Zachód zapatrzony w swoje sankcje, a Ukraina mówi wprost: zostaliśmy sami. Déja vu sprzed 80 lat [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Nawet doby nie wytrzymał wielki antykremlowski front, który miał stanąć murem za bandycko napadniętą Ukrainą. Kiedy trzeba było przejść od słów do czynów, cztery unijne państwa wybrały własne interesy, a nie pomoc walczącym o życie, wolność i dobytek Ukraińcom. Niestety reszta Zachodu też nie ma być z czego dumna.

Na ten wieczór czekali wszyscy. 24 lutego Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Wielka Brytania miały ogłosić - jak zapewniali polityczni liderzy - miażdżący i bezprecedensowy w historii pakiet sankcji, którymi za inwazję na Ukrainę zostanie objęta Rosja. I ogłosiły. Tyle że wspomniany pakiet nie był ani miażdżący, ani bezprecedensowy. Cała sytuacja powiedziała natomiast bardzo dużo o samym Zachodzie.

Sankcje w różnym zakresie i z różną siłą obejmują sektory bankowy, energetyczny, finansowy, transportowy i zbrojeniowy, zakaz importu i eksportu, a także punktowo przedstawicieli rosyjskich elit powiązanych z Kremlem i osobiście z Władimirem Putinem. Dużo? Mocno? W teorii. Bo jakich sankcji Zachód by w tym momencie nie nałożył, zabrakło tej być może nie najważniejszej, ale z pewnością najbardziej symbolicznej.

Zobacz wideo Sankcje to za mało, Zachód powinien szybko dozbroić Ukrainę

S jak SWIFT, S jak symbol

Chodzi oczywiście o odcięcie Rosji od systemu bankowego SWIFT, który umożliwia międzynarodową wymianę handlową. Ten ruch oznaczałby, że rosyjski sektor finansowy i bankowy stałby się pariasem w skali świata. Wspomnianą decyzję zablokowały cztery unijne państwa: Niemcy, Włochy, Węgry i Cypr.

Bardzo ważne jest, byśmy zgodzili się na te środki, które zostały przygotowane, a wszystko inne zachowali na wypadek, gdyby trzeba było pójść dalej

- tłumaczył się ze swojej decyzji kanclerz Niemiec Olaf Scholz. Rzecz w tym, że w tym momencie nie ma na co czekać. Bo co mamy rozumieć przez "gdyby trzeba było pójść dalej"? Tym "dalej" będzie podbicie Ukrainy i uczynienie z niej państwa marionetkowego wobec Kremla? Czy może "dalej" zostawiamy na okoliczność kontynuacji ofensywy Kremla na inne państwa niż Ukraina?

Przykład Niemiec jest tutaj szczególnie ważny i bije po oczach bardziej niż trójka pozostałych "łamistrajków". Włosi już przed kilkoma dniami sugerowali, w trosce o swoje interesy, żeby nie nakładać sankcji na rosyjski sektor energetyczny. Węgrzy od lat są piątą kolumną Kremla w Unii Europejskiej. Z kolei na Cyprze swoje fundusze trzyma duża część rosyjskich elit. Każde z tych trzech państw ma swoje, mierzalne w euro, dolarach, funtach i rublach powody, żeby nie naciskać na Moskwę z całą mocą.

Więcej o inwazji Rosji na Ukrainę i walkach na terenie całego kraju przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Takie powody mają też, rzecz jasna, Niemcy. Ich mocne powiązania gospodarcze z Rosją, zwłaszcza w dziedzinie energetyki, są znane od dawna. Jednak decyzja sprzed paru dni o wstrzymaniu certyfikacji gazociągu Nord Stream II - jakkolwiek wymuszona przez amerykańską administrację, która NSII w przypadku inwazji na Ukrainę chciała "utopić" za wszelką cenę - dawała nadzieję, że najpotężniejsze gospodarczo państwo w Unii Europejskiej, mówiąc słowami klasyka, będzie potrafiło w obliczu wojny na Ukrainie zachować się przyzwoicie.

Spotkanie Bukaresztańskiej Dziewiątki w Warszawie w 2018 roku.Bukaresztańska Dziewiątka dziś w Warszawie. Po apelu Zełenskiego do Dudy

Nie potrafiło. O brak wyłączenia Rosji z systemu SWIFT kilkukrotnie podczas swojej konferencji prasowej pytany był Joe Biden. Amerykański prezydent starał się dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji:

Sankcje, które zaproponowaliśmy wobec (rosyjskich - przyp. red.) banków, mają takie same konsekwencje, może nawet większe. Jest to zawsze opcja, ale w tej chwili nie takie jest stanowisko, które chce przyjąć reszta Europy

Appeasement A.D. 2022

Do Bidena i reszty przywódców Zachodu spora część światowej opinii publicznej ma jednak pretensje, że skupiają się na długofalowym wyniszczeniu gospodarczym Rosji, a nie robią praktycznie nic, żeby faktycznie pomóc Ukrainie tu i teraz. Pomóc przede wszystkim militarnie. I nie chodzi tu o zaangażowanie się w wojnę z Rosją, ale o wsparcie technologiczne czy zaopatrzenie w broń.

Nasze siły nie są i nie będą zaangażowane w konflikt na Ukrainie przeciwko Rosji. Nie jedziemy do Europy, aby walczyć na Ukrainie, ale aby bronić sojuszników z NATO

- podkreślił wyraźnie prezydent Biden. Po chwili dodał jednak:

Stany Zjednoczone będą bronić każdej piędzi terytorium NATO z pełną siłą amerykańskiej armii

Boris JohnsonBoris Johnson wzywa do zwołania spotkania przywódców państw NATO

Ukrainy nie ma jednak w NATO, więc na wojskową pomoc Zachodu liczyć nie może. Jak pokazała polityczna rzeczywistość, nie doczekała się choćby mglistej obietnicy dołączenia do NATO w przyszłości.

Zapytałem 27 europejskich przywódców, czy Ukraina będzie w NATO. Każdy się boi, nikt nie odpowiada. Ale my nie boimy się niczego. Nie boimy się bronić naszego kraju, nie boimy się Rosji, nie boimy się rozmawiać z Rosją

- nie krył w swoim przemówieniu irytacji ukraiński prezydent Wołodymyr Zełeński.

Wcześniej głowa państwa ukraińskiego apelowała o wkroczenie na teren Ukrainy sił bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale w sytuacji gdy Rosja jest jednym ze stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, dysponującym prawem weta, było to apelowanie o niemożliwe. W ten sposób Ukraina została pozostawiona bez opcji dozbrojenia, bez choćby obietnicy dołączenia do NATO i bez ratunku w postaci zaangażowania sił ONZ.

Ma za to wymierzone w Rosję zachodnie sankcje, które - jak mówił prezydent Biden - w dłuższej perspektywie czasowej mocno utrudnią życie Putinowi.

Jestem wdzięczny każdemu państwu, które pomaga Ukrainie konkretnie, nie słowami. Ale jesteśmy sami w obronie naszego kraju. Kto jest gotów za nas walczyć? Szczerze, nie widzę takich

- mówił z goryczą prezydent Zełeński.

W tym kontekście najbardziej dziwią, a może nawet szokują słowa, niemieckich polityków, którzy zupełnie wprost przyznają się do swojej naiwności i tego, że zostali bezwzględnie ograni przez Putina. "Jestem na nas wściekła, bo na całej linii zawiedliśmy" - przyznała w twitterowym wpisie Annegret Kramp-Karrenbauer, szefowa niemieckiego MON w rządzie Angeli Merkel. "Zapomnieliśmy o tym, co powtarzali (kanclerze) Schmidt i Kohl, że negocjacje zawsze mają pierwszeństwo, ale że trzeba być tak silnym militarnie, by odejście od stołu rozmów nie było opcją dla drugiej strony" - dodała.

Dużo uwagi przykuły również słowa Annaleny Baerbock, szefowej MSZ w rządzie kanclerza Scholza, wypowiedziane na antenie telewizji ZDF.

Kanclerz został okłamany, minister spraw zagranicznych Rosji okłamał mnie, całą społeczność międzynarodową

- powiedziała polityczka. Jak dodała, należy "uczciwie powiedzieć: zostaliśmy okłamani z zimną krwią".

Tyran szanuje tylko siłę

Doprawdy ciężko pojąć, w jakim świecie żyli dotychczas czołowi niemieccy politycy, że śmiertelnie zaskakuje ich kłamstwo ze strony najgroźniejszego dyktatora na świecie i jego popleczników. Pytanie, czy to festiwal naiwności, czy robienie dobrej miny do złej gry (wspomniana obstrukcja Niemiec ws. odłączenia Rosji od systemu SWIFT). Jakiej odpowiedzi byśmy tu nie udzielili, efekt końcowy jest taki, że powaga i wizerunek Niemiec na arenie międzynarodowej zostały poważnie poturbowane. Na długie lata.

Prezydent Turcji Recep Tayyip ErdoganNieoficjalnie: Prezydent Turcji ma przyjechać do Polski

Zresztą cały Zachód w sprawie inwazji na Ukrainę sprawia wrażenie dziecka we mgle. Chciałby coś zrobić, ale się boi, nie wie jak, nie wie, czy mu wolno, nie wie, czy się uda. Grozi słowem, ale z czynami porusza się ostrożnie, jakby stąpał po zamarzniętym jeziorze. Byle nie eskalować konfliktu. Byle nie sprowokować Kremla. Putin nie ma takich dylematów. Mówi, co myśli i robi, co mówi. Nawet jeśli między wierszami grozi Zachodowi użyciem broni atomowej.

Z takim podejściem Zachód nigdy nie wygra z bandyckim, kremlowskim reżimem. Nie chodzi - miejmy tego pełną jasność - o wywołanie trzeciej wojny światowej albo konfliktu nuklearnego. Ukrainy nie ma w NATO, więc nikt nie domaga się do Sojuszu zaangażowania w konwencjonalną wojnę z Rosją. Jednak między konfrontacją zbrojną i aktywowaniem słynnego art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, a nie robieniem niczego jest potężna przepaść, w której Zachód zdaje się właśnie utknął. Gołym okiem bowiem widać, że Kreml jest gotów zapłacić za zburzenie światowego status quo wielokrotnie wyższą cenę niż Zachód za jego obronę i utrzymanie.

Postawę Kremla wobec Ukrainy i generalnie w kontekście mocarstwowych dążeń Rosji idealnie podsumował w marcu 2019 roku dr Adam Eberhardt, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich.

Rosyjski scenariusz nie zakłada kompromisu. Im więcej ustępstw uzyska Putin, tym więcej później zażąda, a każdy gest potraktuje jako przejaw słabości. To jest niekończące się przeciąganie liny

- przyznał w wywiadzie dla Gazeta.pl przy okazji piątej rocznicy aneksji Krymu.

Wydaje się, że Zachód, a zwłaszcza Unia Europejska, nadal tego nie rozumie. Nie rozumie, chociaż w Europie był już kiedyś pewien dyktator, który kierował się identycznymi zasadami. Ustępowanie mu, rachityczne próby wywierania politycznej presji i permanentna nadzieja, że kiedyś jednak usiądzie do stołu negocjacyjnego, żeby rozmawiać jak cywilizowani ludzie, skończyły się wówczas tragedią o globalnej skali. Dziw bierze, że można w tym przypadku nie pamiętać o tak oczywistej analogii. Najgorszą zbrodnią nie jest bowiem popełnić błąd, tylko nie wyciągnąć z niego żadnej lekcji na przyszłość.

Więcej o: