Ukraińskie wojsko jest słabsze, ale nie na straconej pozycji. Może drogo sprzedać skórę

Tak, rosyjskie wojsko jest znacznie większe niż ukraińskie. Jednak nie stoi całe na granicach Ukrainy. Różnica potencjału na wypadek otwartego konfliktu nie jest aż tak drastyczna. Ukraińcy będą w stanie się bronić, choć będzie to bardzo trudne.

Na papierze przewaga Rosjan jest ogromna. Milionowa armia przeciw 200 tysiącom w armii ukraińskiej. Do tego arsenał jądrowy i o rząd wielkości więcej czołgów, samolotów, śmigłowców czy okrętów. Jednak niecała rosyjska armia stoi na ukraińskiej granicy i nigdy nie będzie. Należy więc patrzeć tylko na to, co realnie może wziąć udział w konflikcie.

Ćwiczebne natarcie zmechanizowane podczas ćwiczeń białorusko-rosyjskich

Zobacz wideo

W ludziach podobnie, w sprzęcie...

Rosyjskie wojsko gromadzi swoje siły w pobliżu granic Ukrainy już od jesieni 2021 roku. To proces stopniowy i stosunkowo powolny, który miał kulminację w połowie lutego. Nie bez powodu wówczas na dobre zaczęła się eskalacja napięcia. Górna granica szacunków dotyczących tego, ile właściwie ludzi Rosjanie zgromadzili na granicach Ukrainy, to około 190 tysięcy. W zdecydowanej większości to żołnierze sił lądowych, które ogólnie liczą 280 tysięcy żołnierzy zawodowych. Czyli na granicach Ukrainy Rosja ma obecnie ich większą część. Nadal to tylko wycinek całego rosyjskiego wojska, które liczy milion ludzi. Jednak faktycznie do inwazji na Ukrainę wszyscy nie przystąpią.

Takiej sile Ukraina może przeciwstawić nominalnie około 200 tysięcy żołnierzy sił regularnych, z czego około 120 tysięcy w wojskach lądowych. W tym przypadku można zakładać, że właściwie wszyscy znajdą się w walce. Do tego dochodzi około 50 tysięcy członków Gwardii Narodowej (formalnie podlegających MSW) oraz nowo tworzonej Obrony Terytorialnej. Ogłoszono również mobilizację części rezerwistów, co jeszcze bardziej podniesie liczebność ukraińskich sił. Widać więc, że jeśli chodzi o samą liczbę ludzi pod bronią, to na prawdopodobnym teatrze działań Rosja nie ma przewagi.

embed

Sama liczba żołnierzy nie ma jednak kluczowego znaczenia. Nie na współczesnym polu walki, gdzie dominuje technika. Tutaj tkwi istota przewagi Rosjan. Można to prześledzić na przykładzie najcięższych wozów bojowych. Nie wiadomo, ile dokładnie Rosjanie zgromadzili ich na ukraińskich granicach, ale można to oszacować. Według cywilnych analityków rosyjskie wojsko wystawiło do potencjalnej ofensywy co najmniej sto batalionowych grup bojowych. Jedna taka bGT to około dziesięciu czołgów i 40 transporterów opancerzonych plus kilkanaście sztuk artylerii samobieżnej. Czyli na granicach Ukrainy stoi co najmniej tysiąc czołgów, cztery tysiące transporterów opancerzonych i 1,4 tysiąca sztuk artylerii samobieżnej. Przy czym są to zaniżone liczby, biorąc pod uwagę, że nie wszystkie rosyjskie siły są formowane w bGT. Ciężkiego sprzętu jest na pewno więcej, zwłaszcza artylerii.

Ze swojej strony Ukraińcy w najlepszym wypadku mogą wystawić około 800-900 czołgów, do tego około dwóch tysięcy transporterów opancerzonych i około tysiąca sztuk artylerii samobieżnej. Widać więc rysującą się wyraźną przewagę Rosjan w ciężkim sprzęcie. Poza samą jego ilością dochodzi też kwestia jakości i tu rosyjska przewaga robi się jeszcze większa. Widać to na przykładzie właśnie czołgów. Po obu stronach dominują konstrukcje o radzieckim rodowodzie, wywodzące się z zimnej wojny. Konkretnie T-64 u Ukraińców i T-72 u Rosjan. Te rosyjskie są jednak właściwie wszystkie poważnie zmodernizowane. Przede wszystkim dysponują nowocześniejszą elektroniką i systemami obserwacji, umożliwiającymi sprawniejsze prowadzenie ognia w każdych warunkach. Do tego mają nowocześniejszą armatę, amunicję i istotnie poprawione opancerzenie. Ukraińcy część swoich wozów też zmodernizowali, ale na niższym poziomie i w ilościach o rząd niższych. Prawdopodobnie każdy z rosyjskich czołgów stojących na ukraińskiej granicy góruje jakościowo nad nawet najlepiej zmodernizowanymi ukraińskimi T-64. A tych jest tylko około 300.

Stacja radarowa systemu przeciwlotniczego S-400 w pozycji marszowej, ze złożoną anteną ­­Uszanka, karabin na sznurek i amunicja dla co drugiego? Zapomnij

Przewaga Rosjan rośnie, kiedy się spojrzy na jeszcze bardziej skomplikowany sprzęt. Zwłaszcza samoloty i śmigłowce. Tutaj trudno powiedzieć ile wyznaczyli do ewentualnych działań przeciw Ukrainie. Na zdjęciach satelitarnych baz w pobliżu potencjalnego rejonu walk widać dziesiątki maszyn, a śmigłowce w naprawdę dużych ilościach nagrywano i fotografowano na prowizorycznych lądowiskach w pobliżu granicy. Swobodnie można mówić o kilkuset maszynach, przy czym ta liczba szybko może ulec zmianie, ponieważ siłą rzeczy sprzęt latający można szybko przerzucić z baz w innych częściach Rosji. W zdecydowanej większości jest to sprzęt lepszej jakości niż ukraiński. Na zdjęciach satelitarnych widać wiele myśliwców Su-30 i Su-35 oraz bombowców Su-34. To maszyny nowego pokolenia w porównaniu do swoich ukraińskich odpowiedników. Ukraińcy mają najwyżej około setki sprawnych do lotu myśliwców, bombowców i maszyn szturmowych, przy czym to głównie na poziomie takim, jakie zostały odziedziczone po ZSRR. Później przechodziły  co najwyżej remonty i lekkie modernizacje. Do tego około 130 śmigłowców transportowych i szturmowych. Jeśli chodzi o te pierwsze, to obie strony dysponują podobnymi Mi-8/17, ale w tych drugich znów jest duża różnica. Rosjanie dysponują głównie o pokolenie nowszymi Mi-28 i Ka-52, podczas gdy Ukraińcy starymi Mi-24 i to w ilości zaledwie około 20-30 zdatnych do lotu. Co i tak nie jest właściwie istotne, bo wobec rozbudowanej rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, ich użycie byłoby niezwykle ryzykowne.

Rosjanie mają też przewagę ilościową oraz jakościową w artylerii i systemach przeciwlotniczych. Ukraińska flota właściwie nie istnieje. Jej jedynym atutem jest nowy system rakiet przeciwokrętowych odpalanych z lądu o nazwie Neptun. Ukraińcy nie mają też właściwie w ogóle systemów dalekiego zasięgu. Rosjanie natomiast za sprawą swoich rakiet manewrujących i balistycznych mogą natomiast atakować cele w całej Ukrainie. Rosyjskie wojsko słynie też z bardzo rozbudowanych wojsk walki elektronicznej, czego po stronie ukraińskiej też właściwie nie ma.

Rosyjskie czołgi i transportery opancerzone podczas ćwiczeń na Białorusi Generał błoto pokazuje, na co go stać. Rosyjskie czołgi grzęzną

Drogie sprzedanie skóry

To wszystko nie oznacza jednak, że Ukraińcy stoją na z góry straconych pozycjach. Jak pisaliśmy w ubiegłym roku, ukraińskie wojsko przeszło poważne przemiany od początku wojny z Rosją w 2014 roku. Wówczas było w stanie katastrofalnego rozkładu. Obecnie jest znacznie lepiej. Dysponuje między innymi nadal przyzwoitą obroną przeciwlotniczą odziedziczoną po ZSRR i trochę unowocześnioną własnymi siłami. Zakupiono znaczną ilość (dokładnie nieznaną) polskich lekkich dronów rozpoznawczych Flyeye. Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy Ukraińcy otrzymali też znaczne dostawy lekkiej zachodniej broni, głównie pocisków przeciwpancernych. Co więcej, ukraińskie wojsko ma też znaczne ilości analogicznych systemów krajowych, produkowanych masowo od kilku lat. Ich sprawne użycie może poważnie stępić potencjał rosyjskich wojsk zmechanizowanych.

Na rzecz Ukraińców przemawia też fakt, że jeśli dojdzie do eskalacji i starć, to będą stroną się broniącą. Ta ma zawsze nieco łatwiej, ponieważ może sobie zawczasu przygotować odpowiednie pozycje, dobrze zna teren i ma poparcie lokalnej ludności. Dodatkowo Ukraińcy prawdopodobnie mogą liczyć na wydatne wsparcie wywiadowcze Zachodu. Amerykańskie samoloty i drony zwiadowcze to stali goście nad Ukrainą. Przy czym są to te, które mają uruchomione transpondery i chcą się światu pokazać. Nie widzimy tych, które nie chcą być widziane. Tak samo jak satelitów. W przypadku otwartej wojny Ukraina będzie pewnie też mogła liczyć na dalsze dostawy broni, choć nie ma co tu się spodziewać cudów. Nawet gdyby Amerykanie postanowili dostarczyć Ukraińcom, co mają najlepsze (choć to wątpliwe), to i tak wdrożenie tego sprzętu do użycia zajęłoby miesiące, albo nawet lata.

Jeden z możliwych scenariuszy rosyjskiej inwazji. Więcej w tym tekście

embed

Jest natomiast niemal pewne, że w przypadku poważnej inwazji sytuacja będzie się rozwijać błyskawicznie i będziemy odmierzać czas dniami, nie tygodniami. Wschodnia Ukraina jest obszarem pozbawionym większych przeszkód terenowych. To nie to samo co Afganistan czy Wietnam. To teren płaski i pokryty w zdecydowanej większości polami. Jedyna poważna przeszkoda terenowa to dopiero wielka rzeka Dniepr. W znacznej części swojego biegu jest bardzo szeroka za sprawą zapór wodnych tworzących wielkie rozlewiska. Rejonów gdzie można by próbować przeprawy, jest stosunkowo niewiele, a może być ich jeszcze mniej, jeśli Ukraińcy zaczną awaryjnie zrzucać wodę z tam. I z tego też powodu Dniepr jest uznawany w większości analiz dotyczących możliwego przebiegu wojny jako maksymalna granica rosyjskiej ofensywy. Choć obecność dużego zgrupowania rosyjskich wojsk na Białorusi komplikuje sytuację, ponieważ wielka rzeka nie stoi mu na drodze.

W przypadku rosyjskiej agresji Ukraińcy nie mogą mieć więc raczej wielkich nadziei na zwycięstwo i odrzucenie przeciwnika za granicę. Maksimum ich możliwości będzie drogie sprzedanie skóry i zadanie Rosjanom ciężkich strat za cenę mniejszych własnych. Przy jednoczesnym niedopuszczeniu do upadku ducha i rozpadu wojska oraz całego państwa.

Zobacz wideo
Więcej o: