Amerykanki stracą prawo do legalnej aborcji. Niemal dokładnie 50 lat po tym, jak je zyskały

Wiktoria Beczek
Choć demokraci mają większość w Kongresie i swojego prezydenta, to prawdopodobnie właśnie teraz - niemal dokładnie 50 lat po wejściu w życie - obalone zostanie prawo Amerykanek do aborcji. Unieważnienie wyroku Roe vs. Wade oznacza brak dostępu do legalnego przerywania ciąży dla mieszkanek ponad 20 stanów.

Sarah Weddington, jedna z prawniczek, które wygrały sprawę Roe vs. Wade zmarła pod koniec ubiegłego roku w wieku 76 lat. Dla Weddington to była pierwsza sprawa w karierze. Wspólnie z Lindą Coffee podjęła tę sprawę, bo i tak nie miała innych zajęć - w latach 70. kancelarie rzadko zatrudniały kobiety. 

Argumentowała to przed Sądem Najwyższym dwukrotnie - w 1971 i 1972 roku. - 22 stycznia 1973 roku byłam w teksańskim parlamencie, kiedy zadzwonił telefon. Reporter "New York Timesa" spytał, czy pani Weddington może skomentować sprawę Roe vs. Wade. Moja asystentka spytała: "Dlaczego? A powinna?". Wtedy zrobiło się ciekawie. Dostaliśmy telegram z sądu, że wygrałam 7-2, a kopia orzeczenia zostanie wysłana pocztą lotniczą - opowiadała po latach.

Sarah WeddingtonSarah Weddington National Archives and Records Administration, Public domain, via Wikimedia Commons

Weddington i Coffee szukały powódki i znalazły ją w w zasadzie przypadkowej Normie McCorvey - była "biała, młoda, w ciąży i chciała aborcji". Dane kobiety zostały zanonimizowane i Stany Zjednoczone poznały ją jako Jane Roe. Ostatecznie ciąży nie przerwała, bo proces trwał zbyt długo - McCorvey urodziła dziecko i oddała je do adopcji. Ale jej powództwo uratowało setki tysięcy Amerykanek, które przestały przerywać ciąże domowymi sposobami i w podejrzanych gabinetach. 

Wywalczyła aborcję, a potem zapłacono jej, by zmieniła zdanie

W latach 90. McCorvey została nagle gorącą przeciwniczką aborcji - ogłosiła zmianę poglądów, wiary i charakteru relacji ze swoją wieloletnią partnerką. Próbowała nawet doprowadzić do ponownego otwarcia sprawy w sądzie okręgowym w Teksasie, by obalić wyrok. Ostatecznie Sąd Najwyższy nie wydał zgody na przeprowadzenie kontroli decyzji sądu niższej instancji i sprawa została zamknięta.

Krótko przed śmiercią w 2017 roku przyznała, że zapłacono jej za wypowiadanie się przeciwko aborcji i próbę zmiany wyroku. Ewangelicki duchowny Rob Schneck potwierdził, że był jedną z osób, które płaciły McCorvey i wyznał, że tego żałuje. Z dokumentu "AKA Jane Roe" wynika, że otrzymała od grupy zwolenników ustawowego nakazu rodzenia około pół miliona dolarów. - To wszystko było kłamstwem, jestem dobrą aktorką - mówiła.

Sarah Weddington i Norma McCorvey nie dożyły obalenia wyroku. Tymczasem obecnie, w 49. rocznicę legalizacji aborcji, jest blisko jak nigdy, by Roe vs. Wade przestało obowiązywać, a Amerykanki z republikańskich stanów całkowicie straciły prawo do przerywania ciąży.

Od początku chodziło o przywrócenie zakazu aborcji

Obalenie Roe vs. Wade było planem Trumpa od samego początku. Tuż przed wygranymi wyborami zapowiedział, że jego zwycięstwo "automatycznie" oznacza unieważnienie wyroku, gdy tylko powoła swoich nominatów do Sądu Najwyższego. 

I nieważne, że Amerykanie nie popierają tego rozwiązania - badania Instytutu Gallupa wykonywane między 1989 a 2021 roku zawsze pokazywały sprzeciw wobec obalenia wyroku. 

Demokraci mają swojego prezydenta, większość w Senacie i Izbie Reprezentanów, a jednak to właśnie w czasie ich dominacji może dojść do obalenia Roe vs. Wade. 

Zaczęło się od teksańskiego "Heartbeat Act", który zakazuje aborcji po szóstym tygodniu ciąży, choć w tak wczesnym okresie ogromna większość kobiet nawet o ciąży nie wie. Absurdalny wybieg prawny utrudnia działaczom i klinikom zablokowanie ustawy. Strażnikami przepisów uczyniono bowiem obywateli, którzy mają zgłaszać każdy przypadek pomocnictwa w przerywaniu ciąży - od lekarzy, aż po taksówkarzy, którzy podwiozą osobę w ciąży pod klinikę. Sprawia to, że nie da się pozwać władz stanowych, co dotychczas stosowano, by odeprzeć tego rodzaju zakusy na prawa reprodukcyjne. 

Wniosek o uznanie niekonstytucyjności teksańskiej ustawy, m.in. ze względu na przeniesienie ciężaru wymierzania sprawiedliwości na obywateli (notabene nagradzanych 10 tysiącami dolarów w przypadku wygrania sprawy) złożyła administracja prezydenta. Sąd Najwyższy nie zgodził się jednak na tymczasowe wstrzymanie skutków ustawy do czasu rozpatrzenia wniosku, co pokazuje stosunek obecnego składu do aborcji.

Jednocześnie w SN trwa rozpratrywanie sprawy ze stanu Missisipi i zakazu przeprowadzenia aborcji po 15. tygodniu ciąży. Prawnicy stanu zwrócili się do sądu wprost o uchylenie wyroku Roe vs. Wade (oraz Planned Parenthood vs. Casey). Jeśli do tego dojdzie - a wszystko na to wskazuje, bowiem konserwatyści mają większość w Sądzie - ponad 20 stanów najpewniej całkowicie zakaże aborcji. Zdaniem aktywistek kolejną ofiarą szarży przeciwko prawom reprodukcyjnym paść może antykoncepcja.

Wyrok w tej sprawie ma zapaść - według wstępnych zapowiedzi - w połowie roku.

Władze republikańskich stanów sposobami ograniczały Roe

Tak naprawdę już dziś prawo aborcyjne jest tylko w części zgodne z Roe vs Wade. W 1992 roku Sąd Najwyższy w sprawie Planned Parenthood vs. Casey, choć potwierdził, że aborcja jest prawem konstytucyjnym, to stwierdził również, że państwo od samego początku ma chronić potencjalne życie. Pozwoliło to wprowadzić w poszczególnych stanach konieczność konsultacji czy badań przed przerwaniem ciąży.

Orzeczenie ws. Roe vs. Wade zakładało, że w pierwszym trymestrze ciąży państwo w zasadzie nie może "wtrącać" się w ciążę. Sprawa Planned Parenthood vs. Casey obaliła podział na trymestry, a wprowadziła podział na podstawie tego, czy płód mógłby przeżyć poza organizmem kobiety (lub innej osoby mogącej zajść w ciążę).

I choć dzisiejsza medycyna pozwala na samodzielne przeżycie od około 22-24 tygodnia, czyli dopiero pod koniec II trymestru, to kolejne stany znacznie przyspieszają ten czas, aż do absurdu. Zarodek sześciotygodniowy bowiem (zakazu od 6. tygodnia ciąży chcą władze Teksasu, Ohio, Georgii i kilka innych stanów) ma około 4 mm i nie ma jeszcze wykształconego mózgu i kręgosłupa. 

Po wyroku Planned Parenthood vs. Casey poszczególne stany zaczęły wprowadzać wymogi opóźniające aborcję - zmuszania do zbędnych badań, zalecanie kolejnych wizyt, ale również wprowadzania wymyślnych zasad mających utrudniać funkcjonowanie klinik aborcyjnych, np. ustalając wymogi co do szerokości korytarzy.

Co może zrobić administracja Joe Bidena?

W 49. rocznicę orzeczenia Roe vs. Wade, prezydent Joe Biden i wiceprezydentka Kamala Harris we wspólnym oświadczeniu zadeklarowali walkę o dostęp do aborcji, m.in. przez "kodyfikację Roe vs. Wade". Widać, że również oni są już niemal pewni, że Sąd Najwyższy pozbawi Amerykanki prawa do aborcji.

Co oznacza kodyfikacja? Prof. Linda McClain z Uniwersytetu w Bostonie wyjaśnia, że chodzi po prostu o zapisanie prawa do przerywania ciąży w ustawie. Takie zapisy zawiera zresztą ustawa Women's Health Protection Act, która przeszła przez Izbę Reprezentantów. Utknła jednak w Senacie, gdzie republikanie stosują obstrukcję (tzw. filibuster), a żeby ją przerwać potrzeba 60 głosów. Tymczasem układ sił w Senacie to dokładnie 50/50 plus głos decydujący Kamali Harris.

Biden ma już tego dość i sugeruje pozbycie się filibustera, by ukrócić zmiany utrudniające m.in. głosowania korespondencyjne, które republikanie wprowadzają w wielu stanach. Pomyślany jako bezpiecznik zapewniający uwzględnienie głosu mniejszości filibuster pozwala dziś zablokować niemal wszystkie reformy partii rządzącej. Nie wiadomo, czy Biden byłby skłonny złamać tradycję dla walki o prawa reprodukcyjne.

Jeśli nie - prognozuje McClain - prawdopodobnie pojawiać się będą prawa stanowe, które mogłyby ułatwić Amerykankom z republikańskich stanów dostęp do aborcji.

Zapisanie prawa do aborcji w ustawie może odbić się czkawką

Dziennikarze Slate uważają, że przegłosowanie Women's Health Protection Act będzie mieczem obosiecznym - republikanie mogliby w przyszłości mieć swojego prezydenta oraz większość w Kongresie i idąc przykładem tej ustawy, wprowadzić całkowity zakaz aborcji.

Zobacz wideo Obecna ustawa antyaborcyjna zgodna z Konstytucją? Prof. Wiącek: Moim zdaniem nie

Slate sugeruje stworzenie w Kongresie funduszu aborcyjnego, z którego pieniądze trafiałyby do organizacji pozarządowych, a te mogłyby je rozdysponować wśród kobiet potrzebujących aborcji. Na przeszkodzie stoi poprawka Hyde'a - od nazwiska wyjątkowo zaciekłego w kwestii zakazu aborcji senatora Henry'ego Hyde'a - zakłada, że nie można przeznaczać funduszy federalnych na aborcję, poza przypadkami, kiedy życie kobiety jest zagrożone lub do ciąży doszło w wyniku czynu zabronionego. Można ją jednak obalić bez oglądania się na obstrukcję parlamentarną, bo ustawy budżetowe wymagają jedynie zwykłej większości, którą demokraci posiadają.

To wszystko pomysły ważne i potrzebne, ale są łataniem dziury. Kobieta w ciąży z republikańskiego stanu bez odpowiednich zasobów i kompetencji może nie wiedzieć, gdzie szukać pomocy. Pokrycie kosztów podróży dla wielu Amerykanek to za mało, gdy muszą znaleźć zastępstwo w pracy czy opiekunkę do dziecka i to nie na jeden dzień. Podróże między stanami nie są wycieczką jak z mazowieckiego do łódzkiego, ale jak z Warszawy do Sarajewa albo Brukseli.

RBG nie dożyła zmiany władzy, Trump nie czekał

Orzeczenie w sprawie Roe vs. Wade zapadło, gdy w Sądzie Najwyższym zasiadali sami mężczyźni. Wśród nich Thurgood Marshall, pierwszy czarnoskóry sędzia SN i działacz na rzecz praw człowieka. Ale pierwsza kobieta w Sądzie - Sandra Day O’Connor - powołana została dopiero w 1981 roku. Kolejną - Ruth Bader Ginsburg - powołano w 1993 roku. 

O ile O’Connor w wieku 76 lat zdecydowała się przejść na emeryturę, o tyle RBG pełniła swoje stanowisko aż do śmierci. Jeszcze w czasie prezydentury Obamy pojawiały się głosy, że Ginsburg powinna zrezygnować, by na jej miejsce powołać kogoś o równie liberalnych poglądach, dopóki Demokraci mają większość w Senacie. Do przejścia na emeryturę namawiał ją też sam Obama, ale prawniczka konsekwentnie odmawiała. 

Sąd Najwyższy. W składzie Sandra Day O'Connor i Ruth Bader GinsburgSąd Najwyższy. W składzie Sandra Day O'Connor i Ruth Bader Ginsburg Sąd Najwyższy USA / domena publiczna

Po wygranej Trumpa w wyborach w 2016 roku liczono, że - mimo bardzo już zaawansowanego wieku i choroby nowotworowej - Ginsburg będzie pełnić stanowisko do wygranej demokraty w wyborach w 2020 roku. Zmarła jednak sześć tygodni przed wyborami prezydenckimi. 

Gdy w lutym 2016 roku zmarł konserwatywny sędzia Antonin Scalia, Barack Obama - jeszcze niemal rok przed opuszczeniem urzędu - nominował na jego miejsce Merricka Garlanda, sędziego o doświadczeniu większym niż jakikolwiek inny nominat do Sądu Najwyższego. Senat rządzony przez republikanów kategorycznie odmówił jednak wysłuchania czy głosowania nad nominatem Obamy w ostatnim roku jego prezydentury. Gdy tylko upłynęła ważność nominacji Garlanda, nowy prezydent Trump powołał na wolne miejsce konserwatystę Neila Gorsucha.

Lider senackiej większości Mitch McConnell blokowani Garlanda nazwał jednym z momentów w karierze, z których jest najbardziej dumny. Podobnego sprzeciwu McConell nie wyrażał rzecz jasna, gdy Trump na miejsce Ruth Bader Ginsburg zaledwie kilka tygodni przed wyborami powołał Amy Coney Barrett, katolicką fundamentalistkę.

Sądowi nominaci Trumpa zostaną na stołkach przez dekady

Sędziowie Sądu Najwyższego to wierzchołek góry lodowej. W obliczu zblokowanego od lat Kongresu, prawdziwa władza leży w rękach sędziów. A ci - choć Amerykanie odrzucili Trumpa w wyborach - będą reprezentantami trumpizmu jeszcze przez dekady.

Jak wyjaśniał w drobiazgowej analizie Vox, Trump powołał więcej sędziów, niż jakikolwiek inny prezydent. Dla porównania - w ciągu jednej kadencji powołał mniej więcej tylu sędziów, ile Obama przez osiem lat.

I nie są to przypadkowi ludzie, bo Trump cały proces wyboru przekazał Federalist Society, skrajnie konserwatywnej organizacji prawniczej. To ludzie z sukcesami, a jednocześnie stosunkowo młodzi, więc będą mogli pełnić funkcje jeszcze przez wiele lat. "Żaden prezydent nie miał takiego wpływu na sądy" - czytamy.

Vox wśród rzeczy, których już dokonali sędziowie Trumpa wymienia zniesienie części ustawy o prawie do głosowania, pozbawienie milionów Amerykanów dostępu do opieki zdrowotnej, stwierdzenie, że uczucia religijne są wystarczającym powodem, by odbierać prawa innym czy drastyczne złagodzenie zakazu molestowania seksualnego.

Sześciu z dziewięciu obecnych sędziów Sądu Najwyższego jest związanych z Federalist Society.

"Histeryczki miały rację"

Republikanie z Kongresu przy powoływaniu Gorsucha, Kavanaugh i Barrett jak jeden mąż zarzekali się, że prawo Amerykanek do aborcji jest bezpieczne. Przy pierwszej okazji okazało się jednak, że sędziowie chętnie to prawo obalą. Laura Bassett, naczelna Jezebel pisała na łamach Atlantica, że "histeryczki miały rację". To nawiązanie do słów jednego z republikańskich senatorów, który przekonywał, że sędziowie nominowani przez Trumpa na pewno nie zmienią Roe vs. Wade, a kobiety, które biją na alarm, "histeryzują". 

To właśnie głosy nominatów byłego prezydenta zaważyły o de facto całkowitym zakazie aborcji w Teksasie. "Od początku był taki plan. Dlatego właśnie zostali wybrani. Kobiety nie 'histeryzowały' na temat zagrożenia wobec Roe vs. Wade - to republikanie kłamali" - pisała.

Poprawka: W pierwotnej wersji tekstu nazwałam 6-tygodniowy zarodek "płodem". Za pomyłkę przepraszam.

Więcej o: