I tyle było z rewolucji w Kazachstanie. Od uścisków po nóż w plecy przy wsparciu Rosjan

Autentyczny gniew i niezadowolenie części Kazachów elity wykorzystały do swoich celów. Demonstranci zostali brutalnie spacyfikowani przy użyciu ostrej amunicji, ale po ich trupach prezydent sięgnął po pełnię władzy, dokonując przewrotu pałacowego i zaprzedając się Rosji.

Po niecałych dwóch tygodniach jest już jasne, co tak naprawdę stało się w Kazachstanie. Początek roku 2022 przyniósł nie obywatelską rewolucję w autorytarnym państwie Azji Centralnej, ale porachunki satrapów trzymających w nim władzę od dekad. Prezydent Kasym Żomart-Tokajew odebrał swojemu poprzednikowi - i do niedawna patronowi, Nursułtanowi Nazarbajewowi - realną kontrolę nad państwem. Jego sięgnięcie po władzę było możliwe dzięki kryzysowi, który został wywołany przez początkowo autentyczne protesty.

Trzy dekady władzy "starego"

Kazachowie, wychodząc na ulice na początku stycznia w proteście przeciwko podwyżkom cen, zapewne nie spodziewali się, że właśnie wprawiają w ruch wydarzenia prowadzące do końca władzy "starego", jak określano Nazarbajewa. Był przez trzy dekady bezsprzecznym panem i władcą. Jeszcze w latach 80. został premierem kazachskiej republiki w ramach ZSRR i zbudował sobie zaplecze, które dało mu realną kontrolę nad krajem. W 1989 roku został już szefem kazachskiej partii komunistycznej, a po uzyskaniu rok później przez Kazachstan niepodległości, jako jedyny kandydat w wyborach prezydenckich zdobył 95 procent głosów.

Nazarbajew władzy nie oddał tak naprawdę do ubiegłego tygodnia. Rządził krajem trzy dekady jako despota, choć jak na standardy Azji Centralnej ręką dość łagodną i rozsądną. Kazachstan był oazą względnej stabilności i rozwoju gospodarczego na tle większości swoich sąsiadów. Nazarbajew starał się prowadzić politykę możliwie niezależną od Rosji, co mu się długo udawało. W kraju inwestowały nawet zachodnie firmy energetyczne, rozwijając sektor wydobycia ropy i gazu ziemnego. Utrzymywano dobre relacje z Chinami.

Względny rozsądek Nazarbajewa pokazuje też to, że sam postanowił w kontrolowany sposób oddać prezydenturę i usunąć się w cień. Uznawano to za chęć uniknięcia ryzyka spektakularnego upadku, ryzyka dla życia swojego oraz rodziny i utraty zgromadzonego przez dekady ogromnego majątku liczonego w miliardach dolarów. W 2019 roku dobrowolnie ustąpił ze stanowiska, choć uprzednio zapewnił sobie zmianami w konstytucji utrzymanie realnej kontroli nad państwem, poprzez stanowisko szefa znacznie wzmocnionej Rady Bezpieczeństwa i dożywotni tytuł Przywódcy Narodu (za którym idzie między innymi immunitet prawny dla niego i rodziny). Na dodatek osłabił uprawnienia przyszłego prezydenta. Pozostał też szefem partii rządzącej, jedynej partii w kraju. Na swojego następcę namaścił wieloletniego sojusznika i współpracownika, szefa parlamentu Tokajewa.

W 2019 roku abdykacja Nazarbajewa odbiła się szerokim echem

Zobacz wideo

I ty, Brutusie

W 2019 roku ustąpienie Nazarbajewa było zewsząd chwalone jako przykład pokojowego przekazania władzy w regionie, gdzie coś takiego pozostaje rzadkością. - Wypatrujemy sprawnego przekazania władzy zgodnie z konstytucją Kazachstanu - oznajmiła ówczesna rzeczniczka unijnej dyplomacji, Maja Kocijancic. Jej ówczesna szefowa, Federica Mogherini, chwaliła natomiast Nazarbajewa za "wysiłki w celu modernizacji i reform, w tym reformy konstytucyjnej" oraz "odgrywanie istotnej roli w promowaniu globalnie i regionalnie pokoju, stabilności oraz bezpieczeństwa". Takie słowa z ust unijnych dyplomatów skierowane w kierunku autorytarnego władcy pokazują, jak z jednej strony ważny dla Zachodu był Nazarbajew, a z drugiej strony na ile łagodny był w swoich despotycznych rządach.

Z dzisiejszej perspektywy widać, że pokojowa transformacja w 2019 roku była tylko odwleczeniem nieuniknionego. Najwyraźniej Tokajew i jego sojusznicy nie mieli zamiaru pogodzić się z rolą marionetek. Nie ma dowodów wskazujących, że to oni w celowy sposób sprowokowali protesty, które wybuchły 2 stycznia. Nie wiadomo też, jak dalece przykładali się do ich eskalacji w kolejnych dniach. Z perspektywy czasu widać jednak ewidentnie, że sprawnie i bezwzględnie je wykorzystali.

5 stycznia Tokajew ogłosił odwołanie rządu Askara Mamima, który został na to stanowisko powołany jeszcze w 2019 roku przez Nazarbajewa. Usunięty gabinet był dziełem i pozostawał pod kontrolą byłego prezydenta, choć znaczenie w systemie politycznym miał znikome. Początkowo interpretowano to jako element gry kijem i marchewką wobec protestujących i efekt jakichś uzgodnień pomiędzy Tokajewem a Nazarbajewem. Teraz jest jasne, że to był początek odbierania temu drugiemu realnej władzy.

W kolejnych godzinach prezydent ogłosił znaczne zaostrzenie kursu wobec demonstracji, które do tego czasu rozlały się na cały kraj i przyjęły wyraźnie ostrzejszy charakter. Wprowadzono ogólnokrajowy stan wyjątkowy i zezwolono służbom na użycie ostrej amunicji. Co najważniejsze prezydent ogłosił, że pozbawia Nazarbajewa teoretycznie dożywotniego stanowiska szefa Rady Bezpieczeństwa i sam je obejmuje. Tak po prostu, bez podstawy prawnej. Oznajmił też, że protesty są inspirowane między innymi przez członków Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego i mają wsparcie w postaci około 20 tysięcy "terrorystów" sprowadzonych zza granicy. Posłużyło to za pretekst do zdymisjonowania i aresztowania pod zarzutem zdrady szefa wspomnianego komitetu Karima Masimowa. Był to od lat najbliższy współpracownik Nazarbajewa, który faktycznie kontrolował większość resortów siłowych. Tym samym Tokajew i jego otoczenie przejęli najważniejsze stanowiska w państwie.

Władimir PutinWładze Kazachstanu oskarżają islamistów, Putin mówi o"kolorowych rewolucjach"

Rosja wyciąga dłoń

Próby tego rodzaju przewrotów pałacowych zawsze mogą spotkać się ze zdecydowanym oporem starej gwardii, jednak Tokajew zminimalizował to ryzyko innym posunięciem. Poprosił o interwencję Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli coś w rodzaju postsowieckiego NATO, pozostającego pod faktycznym kierownictwem Rosji. W tym samym czasie kazachski prezydent miał odbyć szereg rozmów telefonicznych z Władimirem Putinem, najpewniej ustalając cenę i warunki rosyjskiego wsparcia dla pałacowego przewrotu.

Rosja dzierżawi kilka strategicznych obiektów w Kazachstanie. Między innymi kosmodrom Bajkonur

Zobacz wideo

OUBZ szybko się do prośby Tokajewa przychylił i już 6 stycznia ruszyła machina wojskowa. W ciągu dwóch dni do Kazachstanu przyleciało około czterech tysięcy żołnierzy, w zdecydowanej większości rosyjskich. Skierowano ich do pilnowania obiektów strategicznych, takich jak lotniska, elektrownie czy głównie piekarnie, zwalniając tym samym siły posłuszne Tokajewowi, które mogły z całą mocą skupić się na pacyfikowaniu oporu obywateli i resztek poprzedniej elity. Do 8 stycznia było już jasne, że sytuacja została opanowana za cenę życia około 160 osób (głównie zastrzelonych demonstrantów) i aresztowanie kilku tysięcy.

Nie wiadomo co się dzieje z Nazarbajewem. Od początku kryzysu nie pojawił się publicznie. Jedynie w początkowej fazie protestów w oświadczeniu wyraził wsparcie dla Tokajewa. Ten występuje natomiast w mediach nieustannie i jest ewidentne, że to on jest teraz przywódcą Kazachstanu. Wiele wskazuje też na trwające czystki na niższych szczeblach władzy. Pojawiają się doniesienia na przykład o seryjnych "przypadkowych" zgonach członków aparatu bezpieczeństwa, którzy wypadają z okien swoich mieszkań albo mają zawały.

Centrum Azji bardziej rosyjskie

Trudno jeszcze ocenić długofalowe skutki wydarzeń ostatnich dwóch tygodni. Jest jednak ewidentne, że nie usunięto podstawowych źródeł społecznego niezadowolenia, czyli rosnących cen i systemowych problemów gospodarki Kazachstanu. Na dodatek wizja życia w bardziej liberalnym państwie jest teraz dalsza niż dwa tygodnie temu, ponieważ siłowe przejęcie władzy na pewno pociągnie za sobą zwiększenie represji i zaciśnięcie gorsetu kontroli. Społeczne niepokoje mogą się więc tlić i jeszcze długo stanowić źródło destabilizacji państwa, które do niedawna uznawano za bardzo stabilne jak na region.

Jest też ewidentne, że wydarzenia ostatnich tygodni drastycznie obniżą pozycję międzynarodową Kazachstanu. Kraj, który dotychczas starał się lawirować i unikać uzależnienia od Rosji, teraz sam rzucił się w jej objęcia. Jaki rachunek wystawi Kreml, to się okaże z czasem. Na pewno tematem będą prawa kilkumilionowej rosyjskojęzycznej mniejszości w Kazachstanie, która w ocenie Rosjan jest represjonowana.

Protesty w KazachstanieKazachstan. Ponad 2 600 żołnierzy z poradzieckiej ODKB tłumi zamieszki

Strata Kazachów to zysk Rosji. Przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie. Znacznie większe wpływy w najważniejszej republice Azji Środkowej to poważny zysk dla Kremla. Jest nim też pokazanie sprawności OUBZ. To rosyjskie para-NATO od początku istnienia było w stanie letargu i nie robiło nic konkretnego. Teraz na przestrzeni tygodnia pokazało sprawność i siłę. To istotny sygnał dla wszystkich innych satrapów rządzących republikami postsowieckimi. Ważnym wnioskiem z wydarzeń w Kazachstanie jest też zdystansowana pozycja Chin, które od lat coraz więcej inwestują w tamtejszą gospodarkę i często są postrzegane jako rywal Rosji w walce o kontrolę nad Azją Centralną. Pekin wsparł jednak Moskwę dobrym słowem, co pokazuje, że oba mocarstwa nie tyle rywalizują, ile współpracują. Rosjanie zajmują się tematami "twardymi", czyli bezpieczeństwem, Chińczycy bardziej "miękkimi", czyli gospodarką.

Na dłuższą metę interwencja w Kazachstanie być może nie będzie tak korzystna dla Rosjan. Dotychczas stabilny kraj stał się mniej stabilny. Niezadowolenie społeczne zostało stłumione, ale nie usunięte. Może z tego wyniknąć jeszcze wiele problemów. Na razie Moskwa może jednak odtrąbić sukces. Rosyjscy żołnierze w najbliższych dniach mają zacząć wracać do kraju.

Więcej o: