Odey nie chodzi już do szkoły. 13-letni uchodźca pracuje na dwie zmiany i utrzymuje rodzinę

- Z czego żyjemy? Z długów i paczek żywnościowych - odpowiada Houda - i tego, co zarobi Odey. Uchodźczyni z Syrii od pięciu lat mieszka w Libanie. Straciła męża, jej starszy syn został ranny i do dziś cierpi z tego powodu. Młodszy - Odey - od trzech lat pracuje na całą rodzinę. Ma trzynaście lat.

Rodzinę Odeya i inne rodziny syryjskie i libańskie można wspomóc w ramach akcji "Zaopiekowani" Gazeta.pl i Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

W wolne czwartki - Odey pracuje sześć dni w tygodniu - uchodźca z Syrii najpierw idzie nazbierać drewna na opał do domu, a dopiero później ma czas odpocząć. Spotyka się z kolegami, rozmawiają, bawią się na telefonach. Jak to dzieci. Odey ma 13 lat. - Niektórzy moi koledzy są jeszcze młodsi, a pracują - mówi i dodaje, że jego najlepszy przyjaciel jest zatrudniony przy produkcji wyrobów ze stali. 

Chłopiec mieszka w regionie Akkar na północy Libanu, na tyle blisko Syrii, że tamtejsze wsie widać dobrze na horyzoncie. Jednak Odey opuścił kraj jako małe dziecko i praktycznie całe jego życie to doświadczenie wojny i uchodźstwa. 

Praca dzieci jest w Libanie problemem od lat. Szczególnie dotykał on właśnie uchodźców z Syrii, z których wielu od lat żyje w skrajnym ubóstwie. Kryzys gospodarczy, który trwa od 2019 roku, wpędził w ubóstwo także miliony Libańczyków i jeszcze pogorszył sytuację uchodźców. Jednym ze skutków jest pogłębienie problemu pracy dzieci, także libańskich. Czasem to pomoc w domu czy zbieranie drewna, czasem sprzedaż uliczna, a nieraz "zwykła" praca zarobkowa w sklepach, kawiarniach, stoiskach z warzywami.

TrypolisLiban tonie w długach i ciemności. Kryzys wpędził miliony w skrajne ubóstwo

Na dwie zmiany

Rodzinie Odeya pomagała fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. W 2019 roku odwiedzili ich Aleksandra Rutowska z PCPM oraz dziennikarze Monika Krajewska i Bartek Rumieńczyk, którzy opisali historię rodziny Odeya w "Faktach" TVN i Onecie. Rumieńczyk odwiedził rodzinę ponownie w 2020 roku.

Trzy lata temu - Odey miał wtedy 10 lat - chłopiec pracował już w sklepie. - Każdy dzień zaczynam od układania pustych skrzynek przed sklepem. Potem zabieram się za pracę w środku - mówił wtedy o swojej pracy. Po kilku godzinach w sklepie chodził do szkoły (lekcje w Libanie często odbywają się na dwie zmiany - poranną dla uczniów libańskich i popołudniową dla uchodźców z Syrii). Jeden z pracowników PCPM znalazł nauczyciela, który przychodzi wieczorami do piekarni i uczy Odeya. 

13-letni Odey pracuje w piekarni13-letni Odey pracuje w piekarni Fot. Patryk Strzałkowski

Gdy odwiedziłem rodzinę w grudniu 2021 roku, trwający dwa lata kryzys jeszcze pogorszy ich sytuację. Odey nie chodzi już do szkoły. - Teraz pracuje na dwie zmiany w piekarni. Najpierw idzie do pracy rano. Później ma kilka godzin przerwy. W tym czasie zbiera drewno na opał dla rodziny, a czasem zbiera więcej i sprzedaje. Po południu znów idzie do pracy. Kończy o 21:00 - opowiada jego matka, Houda - Odey nie jest już dzieckiem. Bardzo szybko doświadczyło go życie.

Houda, uchodźczyni z Syrii, mieszka w Libanie od 2017 roku. Uciekła z dwoma synami i córką. Jej mąż zniknął w czasie wojny. Nigdy nie dowiedziała się, co dokładnie się z nim stało. - Ale jeśli ktoś w Syrii jest zaginiony od ośmiu lat, to znaczy, że nie żyje - mówi kobieta.

Nida i jej troje dzieciLibańczyków i uchodźców czeka najgorsza zima od lat

Ucieczka z piekła

Jej starszy syn, 19-letni Chalid, został ranny w czasie wojny w Syrii. - Mieszkaliśmy blisko bazy wojskowej. Spadało tam bardzo dużo pocisków, toczyły się ciężkie walki. Mąż zaginął. Pewnego dnia ma ulicy, na której był Chalid, spadł pocisk. Wyciągnięto go z gruzu. Przeżył, ale od tego czasu zaczęły się coraz poważniejsze kłopoty ze zdrowiem. Pojawiły się problemy neurologiczne i chłopiec zaczął tracić wzrok - opowiada.

Nie mogliśmy stamtąd uciec. W naszej okolicy było bardzo dużo bojowników Państwa Islamskiego. Żeby dotrzeć do Libanu, musielibyśmy przejść przez wiele punktów kontrolnych obsadzonych przez islamistów. Ja byłam samotną kobietą z dziećmi. Podróż byłaby bardzo niebezpieczna. Bardzo się bałam. Gdy w końcu udało się uciec, zrobiliśmy to w nocy, w ukryciu. To było przerażające.

Houda opiekuje się Chalidem, jej córka pomaga w domu. Poza pomocą humanitarną rodzina utrzymuje się dzięki Odeyowi, który pracuje już od 10. roku życia. 

Wyleczenie Chalida w Libanie zawsze było poza zasięgiem jego rodziny. Teraz nie mogą sobie pozwolić nawet na badania czy lekarstwa łagodzące objawy. - Byłam z Chalidem u trzech lekarzy. Jeden mówił, że to skutek broni chemicznej. Drugi, że broni biologicznej. A trzeci - że to skutek fizycznego urazu głowy w czasie bombardowania - mówi. - Tak wyglądał Chalid, zanim został ranny - matka pokazuje zdjęcie sprzed lat.

Matka pokazuje zdjęcie Chalida sprzed wojnyMatka pokazuje zdjęcie Chalida sprzed wojny Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl

W czasie naszej wizyty Chalid leży w kącie z twarzą zwróconą do materaca. -  Dziś ma zły dzień. Przez wzrost cen nie stać mnie na lekarstwa dla niego i przestałam mu je dawać. Kosztuje teraz 10 razy więcej niż przed kryzysem.

Inne teksty powiązane z akcją "Zaopiekowani" znajdziesz tutaj >>>

Praca rodzi przemoc

W Libanie głównym paliwem go ogrzewania jest olej opałowy, wykorzystywany m.in. w małych piecykach. Ale paliwo drastycznie podrożało w od początku kryzysu i coraz mniej ludzi - także Libańczyków - jest w stanie sobie na to pozwolić. Dlatego kto może, zastępuje je drewnem. 

Odey nie tylko pracuje teraz na dwie zmiany, ale też w wolnym czasie idzie zbierać drewno na opał i pomaga w domu. Chłopiec zarabia ok. 400 tys. libańskich funtów miesięcznie. To mniej niż dwie trzecie libańskiej płacy minimalnej. Do tego z powodu hiperinflacji można za to kupić bardzo niewiele - po czarnorynkowym kursie to ok. 16 dolarów. 

- Z czego żyjemy? Z długów i paczek żywnościowych - odpowiada Houda. Wynajem malutkiego mieszkania kosztuje 250 tys. (biorąc pod uwagę wzrost cen to i tak niska stawka kwota), ale rodzina od czterech miesięcy nie zapłaciła czynszu. Właściciel na razie przymyka na to oko. Dostępny godzinę lub dwie dziennie prąd kosztuje 300 tys. miesięcznie. - Każdy rok jest gorszy i gorszy - mówi. 

W czasie naszej wizyty Odeya nie ma w domu. Trwa jego poranna zmiana i znajdujemy go w piekarni. - Co jest najcięższe w pracy? Wszystko jest ciężkie. Ale jestem odpowiedzialny za moją rodzinę - mówi. 

W tym miejscu chłopiec pracuje od dwóch miesięcy. Wcześniej był zatrudniony w innej piekarni, ale tam inni pracownicy bili go i nękali. Narażenie na przemoc i nękanie to jedno z wielu zagrożeń dla pracujących dzieci - wynika z raportu Lebanon Protection Consortium (LPC) i International Rescue Committee (IRC) o sytuacji dziecięcych pracowników w Libanie. 

Praca dzieci jest - jak określa się to w języku fachowym - negatywnym mechanizm radzenia sobie z problemami. Przyczynami najczęściej jest skrajne ubóstwo i zagrożenie głodem. Według raportu w Libanie przybywa rodzin, w którym to dzieci utrzymują całe rodziny. W ramach badania sytuacji autorzy publikacji przepytali 650 osób, w tym pracujące dzieci. Ponad połowa z nich mówi, że zdarza im się kłaść do łóżka bez posiłku. 84 proc. obawia się, że w ich domu nie ma dosyć jedzenia.  

Połowa dzieci, które udzieliły wywiadu badaczom, miały ślady skaleczeń i ran. Co czwarte mówiło o zmęczeniu, co piąte - bólu ciała. Wiele zdradziło, że cierpią z powodu przemocy fizycznej i znęcania psychicznego. Takie dzieci gorzej się rozwijają, a ich zdrowie psychiczne jest "drastycznie obciążone" sytuacją. Pracujące dzieci - jak w przypadku Odeya - bardzo często zostają pozbawione możliwości edukacji. 

Informacje do raportu zbierano w połowie 2020 roku. Od tego czasu kryzys w Libanie tylko się pogłębił. 

Wizytę Gazeta.pl w Libanie umożliwiła Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. W pracy nad materiałem brali udział Michalina Chachuła oraz Alex Ibrahim z PCPM.

Więcej o: