Mandarynki zwiastują zimę, ale nie ma powodów do radości. To będzie wyjątkowo trudny czas w Libanie

Nidy, uchodźczyni z Syrii, nie stać na ogrzanie mieszkania. - Zostają nam kołdry i ciepłe ubrania. Na teraz, póki nie jest aż tak zimno - mówi. Dodaje, że choć odczuwa kryzys w Libanie, to najbardziej obawia się o dzieci. Wojna przerwała jej studia, zniszczyła życie. - Wszystko, przez co przeszłam, mogę znieść. Ale nie zniosę patrzenia na to, jak moje dzieci mogą stracić szansę na edukację.

Wszystkie rodziny wypowiadające się w artykule można wspomóc w ramach akcji "Zaopiekowani" Gazeta.pl i Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

"Niesiemy pomoc humanitarną w Libanie już 10. rok, najpierw dla uchodźców z Syrii, teraz też dla ludności libańskiej. Mandarynki na drzewach to dla nas znak, że zaraz będzie zima i trzeba uruchamiać programy pomocy zimowej dla najuboższych. W tym roku jednak na to brak funduszy" - napisał na początku grudnia na Twitterze Wojciech Wilk, szef Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). W Libanie nie ma wątpliwości, że ta zima będzie szczególnie trudna - i dla Libańczyków, i dla uchodźców z Syrii. 

Liban to śródziemnomorski kraj, który może kojarzyć się z ciepłą pogodą. Ale zima bywa tam mokra i deszczowa, a w górach - mroźna i pełna śniegu. Przez lata był to najtrudniejszy okres roku dla mieszkających tam uchodźców z Syrii. W sześciomilionowym Libanie jest półtora miliona Syryjczyków, którzy uciekli przed trwającą od 2011 roku wojną domową. 

W 2019 roku w kraju zaczął się kryzys finansowy, z czasem przechodzą w gigantyczną zapaść gospodarczą. Miliony Libańczyków i praktycznie wszyscy uchodźcy popadli w skrajne ubóstwo. Połowa Syryjczyków i coraz więcej Libańczyków jest zagrożonych niedożywieniem. Teraz obie grupy potrzebują pomocy. 

- Zaczynaliśmy od działań skierowanych do uchodźców z Syrii i małej grupy Libańczyków. W ciągu ostatniego roku te proporcje bardzo się zmieniły i w tej chwili mamy więcej działań skierowanych do obywateli Libanu - mówi Agnieszka Nosowska, która pracuje w biurze PCPM w Libanie. Przez kryzys - o którym więcej przeczytasz w tym artykule - nawet ludzie z klasy średniej popadli w biedę, a mniej zarabiający - w skrajne ubóstwo. Właściciele małych biznesów zamykają je, bo koszty są zbyt duże, a tak mało kogo stać już np. na jedzenie w restauracjach. - Teraz bardzo dużo Libańczyków utrzymuje się dzięki pomocy. Jeśli nie od organizacji i instytucji, to od znajomych i krewnych, szczególnie żyjących za granicą. Liban ma bardzo dużą diasporę. Która w tym kryzysie bardzo rośnie - mówi i dodaje, że teraz organizacjom pomocowym coraz trudniej decydować, kto najbardziej potrzebuje pomocy.

Zima zła

W poprzednich latach PCPM i inne organizacje przed każdą zimą starały się pomóc do niej przygotować: zapewniały olej opałowy do pieców, materiały do naprawy namiotów w obozach. W Libanie nie ma wielkich obozów dla uchodźców z Syrii, jak np. w Jordanii. Większość wynajmuje - często dzięki wsparciu humanitarnemu - mieszkania w niewykończonych domach, garaże czy piwnice. Kilkaset tysięcy uchodźców mieszka w prowizorycznych obozowiskach, namiotach z folii i listewek. Władze nie chcą, by obozy zamieniły się w nowe miasta i dzielnice, dlatego uchodźcy nie mogą zbudować nic trwałego. 

- Są pewne działania, które są doraźne, ale jednocześnie potrzebne co roku od lat. Na przykład dawanie płacht plastikowych i drewna na namioty nie jest trwałe. Ale jest też niezbędne, bo bez tej pomocy ktoś może nie mieć gdzie spać, kiedy pojawi się deszcz lub wichura - tłumaczy Agnieszka Nosowska. Życie w obozach w każdej porze roku jest wypełnione beznadzieją, ale staje się jeszcze trudniejsze. Deszcz zamienia ścieżki w błoto, woda wlewa się do namiotów. Liche konstrukcje walą się od wiatru i śniegu. Gdy dywany i materace do spania zamokną, da się je wysuszyć dopiero latem - mówił mi przed dwoma laty mieszkaniec obozu w libańskich górach. 

Jahja, syryjski uchodźca w obozowisku w ArsaluUciekli przed wojną, zabija ich zima. Koczują w nieludzkich warunkach

Teraz zima uderzy nie tylko w nich, lecz także Libańczyków. Zima to większe wydatki - choćby na ogrzewanie. Podstawowym paliwem do domowych piecyków był dotychczas olej opałowy. Jednak teraz ceny paliwa wzrosły dziesięciokrotnie. Gdy ludzi na nie nie stać, palą drewnem. Podczas wizyt w domach na północy Libanu - szczególnie w górach - wszyscy mówią, że chłopcy i mężczyźni niemal każdego dnia zbierają w lasach drewno na opał.

Jadąc przez region Akkar, co kilka kilometrów widzimy mężczyzn i chłopców, który do bagażników, worków i taczek wkładają drewno. Ono w tym roku zastępuje olej opałowy w piecykach. Jednak przy nich i tak trudno się ogrzać. Ubodzy Libańczycy oraz uchodźcy mieszkają w nieocieplonych, nieraz surowych budynkach. 

- Gdy pada deszcz, ściany i sufit przeciekają. Leje się woda - Sana, która z mężem i dwojgiem dzieci wynajmuje mieszkanie we wsi w regionie Akkar, wskazuje na ściany z pustaków. Piec ma tylko w jednym pokoju.

Sana z dzieckiem w ich domuSana z dzieckiem w ich domu Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl

Jej sąsiadka, Basima, mieszka z bratem i jego dziećmi w domu obok. W górach zima może też odciąć niektóre domy czy wsie od świata. Szczególnie teraz, gdy przez kryzys ludzie nie mogą pozwolić sobie na paliwo czy autobus. Bratankowie i bratanice Basimy muszą iść do szkoły kilka kilometrów pieszo, bo nie stać ich na dojazd. Gdy leży śnieg - a może go być po pas, pokazuje kobieta - dzieci nie chodzą do szkoły. - Nie mamy w domu piecyka. Robimy palenisko na ziemi, musimy otwierać okna, żeby wypuścić dym. Początek dnia jest zawsze najtrudniejszy, bo budzimy się w chłodzie. Gdy robi się bardzo zimno, idziemy do małego namiotu w ogrodzie, palimy tam ognisko siedzimy przy nim, by się ogrzać. Nie mamy zlewu, nawet zimą musimy myć się na zewnątrz - mówi kobieta - Życie jest tu bardzo ciężkie. Czasem wolałabym już umrzeć.

W miastach nie ma możliwości zbierania drewna. - Nie stać nas na ogrzewanie, a tu w mieście nie możemy wyjść po drewno na opał. Ta zima będzie dla nas najgorsza. Najbardziej boję się, że wyrzucą nas z domu. Czynsz to 700 tys. Czasem odmawiam sobie posiłku, żeby odłożyć na mieszkanie, ale i tak nie jestem w stanie płacić na czas - mówi 60-letnia Amal z Trypolisu.

Libański dom

W Libanie żyje - według danych szacunkowych - półtora mln uchodźców z Syrii. Mówimy o szacunkach, bo oficjalnie zarejestrowanych zostało mniej niż milion. Znaleźli schronienie przed wojną i prześladowaniami, jednak ogromna większość popadła w skrajną biedę. Brakuje im też nadziei na poprawę. Większość wciąż obawia się wracać do Syrii - lub czuje, że nie ma do czego wracać. Tymczasem w Libanie sytuacja staje się niemal równie dramatyczna. 

Wielu uchodźców przybyło do Libanu w pierwszych latach wojny i jest tam już prawie dekadę. W Libanie urodziły się ich dzieci, które teraz nie mają żadnych dokumentów, czasem nawet żadnego obywatelstwa.

Rawda mieszka mamą i synem w prowincji Akkar na północy Libanu praktycznie od początku wojny. Jej córka wyszła za mąż pięć lat temu, gdy miała 13 lat. Codziennie odwiedza ją też siostra i jej dzieci. Jej mąż zginął w Syrii. 

Do niewykończonego budynku wchodzimy po ścieżce z pustaków. - Gdy pada, w wejściu zbiera się woda - mówi Rawda. - A zimą pada bardzo dużo. Robi się zimno, czasem nawet pada śnieg.

Rawdy nie stać na olej do pieca, którym ogrzewała mieszkanieRawdy nie stać na olej do pieca, którym ogrzewała mieszkanie Fot. Michalina Chachuła / PCPM

Jej dorosły syn pracuje w zakładzie krawieckim, ale to nie starcza nawet na jego wydatki. - Żyjemy na długach - mówi - zastanawiam się nad sprzedaniem mebli, żeby przetrwać. Nie mogę kupić potrzebnych leków przeciwbólowych, ale z bólem mogę jeszcze przeżyć. Najgorsze jest to, że nie stać mnie na olej opałowy. W domu jest strasznie zimno - opowiada. - Zima jest dla nas zawsze trudna, ale ta będzie szczególnie ciężka, bo nie mamy jak zapłacić za ogrzewanie. 

Uchodźczyni pochodzi z Homs, zaledwie 20 km od granicy Libanu. - Gdy wyjechałam z Syrii, miałam 38 lat. Nigdy nie byliśmy bogaci, ale żyliśmy dobrze. Wyjechaliśmy, gdy zaczęły się walki. Mój mąż został zastrzelony. Opuszczaliśmy miasto ukryci w samochodzie, przy dźwięku strzałów i wybuchów. 

Pytam, czy po 10 latach za dom uważa Syrię czy Liban. - Dla mnie te dwa kraje są jak jeden - odpowiada - Do Syrii nie chcę wracać. Czuję się tu bezpieczniej, mój syn jest to bezpieczniejszy. Tęsknię za życiem, jakie mieliśmy. Ale teraz nic tam na nas nie czeka. Chciałabym, żeby ludzie w Polsce wiedzieli, że żyjemy w biedzie, że to odbija się na naszym zdrowiu - także psychicznym. Popadamy w depresję. 

 "Wszystko zniosę. Ale nie to, że dzieci tracą szansę na edukację"

Nida jest uchodźczynią prawie 10 lat. Także mieszka w miasteczku w prowincji Akkar, tuż przy granicy. Po wyjściu z jej domu widać na horyzoncie Syrię. - Najpierw mieszkaliśmy w Bejrucie, mój mąż pracował jako dozorca, więc mieliśmy gdzie mieszkać i z czego żyć. W 2017 roku wdał się w bójkę z szefem, który nie chciał mu zapłacić. Trafił do więzienia. Gdy po trzech latach wyszedł, nie był już sobą. Ma problemy psychiczne. Żyjemy w separacji, widuję go raz na kilka miesięcy. Jako samotna kobieta padłam ofiarą wykorzystywania. Ale mam teraz dobrych sąsiadów, którzy mnie wspierają

Pytam Nidę o to, jak jako samotna matka i uchodźczyni radzi sobie z kryzysem, co będzie dla niej najtrudniejsze zimą. Kobieta na w domu piecyk na olej - ale teraz na olej ich nie stać. - Zostają nam kołdry i ciepłe ubrania. Na teraz, póki nie jest aż tak zimno. Nie wiem, co będzie później.

Ale Nida nie chce mówić o za dużo problemach finansowych. - Chcę mówić o moich dzieciach, bo one są najważniejsze. Ich edukacja jest najważniejsza. Ja studiowałam w Homs literaturę arabską, ale wojna przerwała moje studia. Stało się tam zbyt niebezpiecznie, w końcu - w 2012 roku - opuściliśmy Syrię. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży. Uciekaliśmy pod ostrzałem, gdy uzbrojone grupy wchodziły do miasta. Musiałam przejść 40 km do innego miasta. Tam urodziłam syna, po czym przeszliśmy przez granicę do Libanu.

Nida i jej troje dzieciNida i jej troje dzieci Fot. Michalina Chachuła / PCPM

- Nie mogłam tu kontynuować studiów. Bardzo, bardzo chciałabym móc je kontynuować. Studia to moje ostatnie dobre wspomnienie. Miałam przyjaciół, miałam plan zajęć, wszystko było cudowne. Miałam ambicje, chciałam być kimś. Teraz bardzo obawiam się, że moje dzieci będą pozbawione edukacji - mówi, patrząc na troje dzieci. Jest około południa i każde ma już na sobie tornister. W Libanie tylko część syryjskich dzieci chodzi do szkoły, najczęściej na popołudniową zmianę. Teraz wysokie koszty transportu, pandemia, mniejsze fundusze organizacji wspierających edukację Syryjczyków i inne powody sprawiają, że uczęszczanie na lekcje jest jeszcze trudniejsze.

Human Rights Watch opisuje, że z 660 tys. syryjskich dzieci w wieku szkolnym w Libanie aż jedna trzecia nigdy nie chodziła do szkoły, ponad połowa nie została zapisana do szkół w ostatnich latach. W czasie pandemii dzieci uchodźców były praktycznie odcięte od edukacji zdalnej. Kryzys dodatkowo pogarsza sytuację - Libańczycy, z braku pieniędzy, przepisują dzieci ze szkół prywatnych do publicznych. A ponieważ mają pierwszeństwo, to miejsc dla uchodźców jest coraz mniej.

- Wszystko, przez co przeszłam, mogę znieść. Ale patrzenie na to, jak moje dzieci mogą stracić szansę na edukację - tego nie zniosę. Miałam wielkie nadzieje. Jeśli dla mnie przyszłości już nie ma - niech będzie. Ale nie mogę przeżyć tego, że moje dzieci może spotkać ten sam los. Staram się uczyć je w domu, jednak w libańskim programie jest francuski, którego wcale nie znam.

Pytamy dzieci Nidy o szkołę. - Lubię się uczyć. Co najbardziej? Arabskiego - odpowiada dziewięcioletni synek. - Uwielbiam szkołę. Mam tylu przyjaciół. A najbardziej lubię arabski - mówi jego siostra. 

- Powrót do Syrii? Może, kiedy będzie tam zupełnie bezpiecznie. Ale wojna wcale się nie skończyła, porwania wcale się nie skończyły. Wolałabym wyjechać do innego kraju. Bo tam byłoby bezpiecznie; tam mogłaby zapewnić dzieciom edukację; tam mogłabym spełnić moje własne ambicje. Gdybym pojechała do Europy lub w inne miejsce, moje dzieci miałyby bezpieczne, stabilne życie. 

Chcesz się skontaktować lub zadać pytanie? Napisz do autora: patryk.strzalkowski@agora.pl

Wizytę Gazeta.pl w Libanie umożliwiła Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. W pracy nad materiałem brali udział Michalina Chachuła oraz Alex Ibrahim z PCPM.  Imiona części bohaterów zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

Więcej o: