Ukraińska drag queen o życiu w Kijowie. "Sąsiadka podkładała nam martwe myszy i nasyłała policję"

Jej zdjęcia z kijowskiej Parady Równości co roku obiegają cały świat. Aleksander Danilin vel. Marlen Skandal to więcej niż ukraińska drag queen. Dla miejscowej społeczności LGBT to postać wręcz kultowa. Dla wielu ukraińskich gejów i lesbijek to ona w przebraniu anioła prowadzi ukraińską społeczność LGBT do upragnionej wolności.

Dostać się do jednego z nielicznych gejowskich klubów w Kijowie to nie lada wyzwanie. Jest duszna lipcowa noc 2019 roku. Nawigacja prowadzi nas w alejkę z kontenerami na śmieci. Świecimy ekranami telefonów błądząc w półmroku. W końcu "w ciemno" dzwonimy domofonami i pukamy do przypadkowych drzwi. Szukamy "Liftu" - klubu ukrytego przed nieprzychylnym wzrokiem. Jego nazwa jest tutaj kojarzona, taksówkarz na hasło "Lift" całą drogę posyła nam głupie uśmieszki i sprośne aluzje. Nie zawsze jest tak "wesoło". Homofobia na Ukrainie prowadzi do skrajnej przemocy i morderstw.

Klub "Lift" mieści się na jednym z pięter wysokiego wieżowca nieopodal stacji metra Olimpijska. Stąd jego nazwa: "Winda" - tylko tą drogą można dotrzeć do "Liftu". Jest ukryty, bo dawne "tęczowe" knajpy były regularnie napadane przez nacjonalistów. Zdarzały się też ataki nożowników, dotkliwe pobicia i "polowania na gejów". Ostatnia z wymienionych "rozrywek" prawicowych fanatyków zmusiła właścicieli tęczowych klubów do ewakuacji z centrum miasta.

Wejście nie rzuca się w oczy: światła w holu są wygaszone. Znów błądzimy. Drogę wskazuje dozorca. Na czwartym piętrze skrzydła windy rozsuwają się powoli, ukazując małe pomieszczenie, przypominające przedpokój. Z korytarza odchodzi troje drzwi, których pilnuje tyle samo ochroniarzy. Za niepozornym wejściem do jednego z mieszkań mieści się spory klub z kilkoma parkietami.

 

Oto królestwo Marlen Skandal czyli 31-letniego Aleksandra (Saszy) Danilina, pierwszej divy ukraińskiej sceny drag. Jej występ gromadzi tłumy. Marlen ma tu status niemal świętej - opiekunka nocnych zabaw, pocieszycielka strapionych i dyskryminowanych. Na scenę wychodzi w złotej sukni i koronie przypominającej monstrancję. Jest jak Matka Ukraina, adoptująca pokiereszowanych życiowo gejów z byłego bloku wschodniego. Zaczyna show witana gromkimi brawami.

31-letni Sasza pochodzi z Charkowa. Z rodzinnym miastem pożegnał się jeszcze jako nastolatek. Swoją pozycję w ukraińskim dragu budował latami. W końcu w 2017 roku porzucił dodatkowe zajęcia i utrzymuje się z klubowej profesji. Jako drag queen gości też na prywatnych imprezach i jeździ na artystyczne tournée po byłych krajach ZSRR: od Władywostoku po Kiszyniów. Sasza obsługuje też wieczory kawalerskie, bo striptizerki to dla wielu już zbyt powszechny i oklepany pomysł. Klienci chcą czegoś z pazurem, a Sasza im to daje.

- Marlen powstaje długo - mówi Sasza, prezentując swoją kreację podczas naszego spotkania w klubie. - Czasem zbudowanie całej kreacji kosztuje mnie 4 godziny pracy nad make-upem, i stylizacją - dodaje.

Conocne "tworzenie" Marlen wymusza jej praca, czyli rola wodzirejki imprez w "Lifcie". To jednak nie tylko zawód, ale i misja,  która inspiruje młodych Ukraińców do życia w zgodzie ze sobą.

Parada Równości w Kijowie - 23 czerwca 2019Kijów. Prezerwatywy z fekaliami - tak "zbroili się" na Paradę Równości

 

Narodziny skandalu

Sasza "odkrył" w sobie Marlen na suto zakrapianej parapetówce u zaprzyjaźnionej aktorki, na którą przyszedł ze swoją ówczesną dziewczyną. Impreza w pewnym momencie przeniosła się do garderoby, gdzie Sasza buszował wśród spódnic i sukienek. - Występowanie na scenie musi być łatwe i przyjemne - miał wtedy zauważyć. - To może sam spróbuj! - odparła gospodyni. Wyzwanie zostało przyjęte. Tak narodziła się Marlen Skandal.

Wizerunek sceniczny powstawał na przestrzeni lat. - Potykałem się nieraz o własne nogi. Najpierw były dwa kroki do przodu, potem jeden w tył - mówi o swoich błędach. Jak w każdym innym zawodzie, profesjonalizm wymaga poświeceń i niemałej determinacji.

- Często piszą do mnie młodzi ludzi z pytaniem: od czego zacząć? Zawsze powtarzam im o drodze, którą przeszedłem: sześć lat szkoły tańca, do tego kursy wizażu, śpiewu, mowy scenicznej i warsztaty aktorskie. Dużo się uczyłem, aby osiągnąć sukces. Ludzie słuchają tej wyliczanki, liczą koszty i mówią: "To brzmi tak trudno! Chyba nie dam rady" - opowiada Sasza.

Największym wyzwaniem było dla Saszy znalezienie swojego miejsca na muzycznej i klubowej scenie. Nowy, odważny repertuar nie zawsze trafiał w estetykę konserwatywnych Ukraińców, którzy w dragu widzieli moralne zepsucie. - Bywałem ze swoim show w małych wioskach. Reakcja widowni była nie do przewidzenia. Oczywiście na początku byli zaskoczeni, jakby widzieli brodatą kobietę czy inne cyrkowe cudo. Dzięki pracy i poczuciu humoru wiele problemów udało się rozładować - mówi.

 

W latach 90. gdy globalna sieć dotarła na ukraińską prowincję, przez uchylone cyfrowe wrota zaczęła się wdzierać zachodnia obyczajowość. - Pamiętam jak chodziłem do kawiarenki internetowej, aby oglądać filmy i pokazy draq queen. Chowałem się wtedy w kącie sali, aby mnie nikt nie widział - Sasza wspomina swoje początki.

Był to też okres nie tylko artystycznych, ale też i seksualnych poszukiwań. - Spotykałem się z chłopakami i z dziewczynami. Po co się ograniczać, kocham ludzi bez względu na płeć, miłość to miłość - podkreśla. W wieku 18 lat Sasza przyjechał do domu z chłopakiem na poważną rozmowę z rodzicami. Nie ukrywał niczego: ani swojej orientacji, ani planów na przyszłość. - Postawiłem wszystko na ostrzu noża, albo mnie akceptujecie takim jaki jestem, albo się już nie zobaczymy. Zapadła niezręczna cisza. Mama powiedziała tylko: zdrowie jest najważniejsze. Chodźmy do stołu, zupa stygnie - wspomina Sasza.

Po tych słowach mama Saszy powoli przyzwyczajała się do "nowej wersji" syna. Miał szczęście, o takiej reakcji rodziców większość osób LGBT na Ukrainie może tylko pomarzyć.

W chwili coming outu przed rodziną Sasza żył na swój rachunek, podłapując dorywcze prace. Skończył też studia na… wydziale budownictwa, co szybko stało się obiektem żartów i drobnych uszczypliwości. - Przyjaciele mówili, że w moim przypadku na budowie mogę malować tylko cegły w kolorze błękitnym ["błękitny" to w postsowieckich krajach slangowe określenie geja - red.] - wspomina.

 

Parkiet "Liftu" jest zatłoczony. Zegar wybija godzinę 4 nad ranem. Marlen wita nowych gości. Wokół niej zbiera się tłumek. Sasza cieszy się w środowisku sporym szacunkiem. Jak żartobliwie mawiają przyjaciele Marlen Skandal: "Trzeba mieć jaja, żeby żyć jako otwarty queer na Ukrainie".

Podczas imprezy Marlen często się przebiera. Jej nowa kreacja - zielona suknia z dekoltem zasłoniętym naszyjnikiem z rubinami, odbija żółto-niebieskie światło - barwy narodowe Ukrainy. Drag queen wykonuje swój "miniplayback show" oraz śpiewa na żywo cover piosenki "Freedom" George'a Micheala. Na tym etapie imprezy nie możemy już spokojnie porozmawiać. Marlen obiecuje nam spotkanie z Saszą następnego dnia.

Daniel Rycharski - rok 2013, murale w przestrzeni wiejskiej"Widzę osoby LGBT jako tych, którzy naśladują Chrystusa przez swoje cierpienie". Fragment książki

Tulipany dla homofobów

Nie poznaliśmy go. Zaczepia nas na skrzyżowaniu, staliśmy obok siebie od kilku minut, co bardzo go rozbawiło. Nawet w wersji "cywilnej" Aleksandrowi daleko do heteronormatywnego wyglądu. Przypomina kobietę. Jest drobny, ma na sobie obcisłe białe rybaczki, czapkę z daszkiem i włosy związane w kitkę. Minęlibyśmy go, gdyby nas nie zawołał. Mimo to w niczym nie przypomina Marlen Skandal, gwiazdy stołecznego klubu "Lift". - Nie lubię się malować i chodzić na obcasach. Wygodniej się czuję w krótkich spodenkach niż sukienkach - mówi. I jak dodaje. - Marlen nie jest moim sekretnym życiem. To po prostu moja praca, a że zwykle chodzę do niej w nocy to już inna sprawa.

 

Jest gorąco, 30 stopni w cieniu, dlatego Sasza zabiera nas na ulubioną plażę. W zarośniętym, nieco dzikim parku na lewym brzegu Dniepru, rodziny z dziećmi raczą się szaszłykami. Nieopodal śpią pijani mężczyźni, walają się śmieci i puste butelki. Obok bud z gruzińskim i ukraińskim fastfoodem stoją szklane apartamentowce z wystawnymi penthouse’ami. - Takie mieszkanie kosztuje ze 2 mln. dolarów, jak nie więcej - mówi rozmarzony Sasza, otwierając dwulitrowe piwo w plastikowej butelce, dostojny wkład słowiańskich krajów w kulturę światowego browarnictwa.

Szklane wieżowce okalają socrealistyczne bloki z wielkiej płyty. W jednym z nich mieszka sławna drag queen. Osiedle huczy od plotek. Sasza nieraz musiał bronić się przed atakiem lokalnych dresiarzy. - Ja od początku nie ukrywałem swojej orientacji. Jak ktoś mówił, że jestem pedałem, to odpowiadałem: "Tak. Jestem pedałem. I co zrobimy z tą informacją?" - mówi Sasza, który podkreśla, że nie można dać się zastraszyć i przepraszać za to kim się jest. - Jak mówisz to ludziom z pewnością siebie i z podniesionym czołem, to zbijasz ich z tropu. Nie można przyjąć postawy zagnanej do kąta ofiary. To główny problem naszego środowiska - dodaje.

 

Bywa, że ktoś rzuca się na Saszę z pięściami. Ale w zagrożeniu Saszy pomaga Marlen i jej charakter silnej kobiety. Nieraz zdarzyło się, że z pobliskiego kosza wyciagał szkalną butelkę. - Rozbijam ją o ścianę lub krawężnik i używam jako broni - tłumaczy Sasza. - Oczywiście tylko jako "obrony koniecznej". Kilka lat temu dwóch mężczyzn zaczęło mnie okładać. Jestem zbyt drobny, żeby bić się na pięści. Z kolei oni mogliby mnie połamać jednym uderzeniem. Bo jak przychodzą - to zawsze w grupie, nigdy w pojedynkę - drwi. - Po takich akcjach wzywam policję. Kiedyś sam poradziłem sobie z dwoma kolesiami. Byli ostro poranieni, kiedy przyjechali mundurowi. Zatrzymali mnie na noc, ale policja wypuściła mnie, kiedy sprawdziła nagrania z monitoringu. Na filmie widać, że to oni szukali problemu. Zresztą sami prosili policjantów, żeby ich wypuścić i nie zgłaszać sprawy przeciwko mnie. Zostać pobitym przez "pedała", to dopiero potwarz - śmieje się Sasza, dziś w wyjątkowo dobrym humorze.

Piersi z fabryki snów

- Popatrz, wyglądają jak prawdziwe - mówi Sasza, pokazując na smartfonie zdjęcie sztucznych piersi, które powstały w kalifornijskiej fabryce, produkującej różne gadżety i akcesoria na potrzeby hollywoodzkich wytwórni. - Tanie nie były. Kosztowały prawie tysiąc dolarów, ale są robione na wymiar. A średnia "klubowa" pensja to około 200-300 dolarów. Dlatego drag się nie opłaca. Trudno z tego żyć na Ukrainie. Jeśli chcesz robić to profesjonalnie, musisz zamawiać produkty za granicą - wyjaśnia.

90 proc. ubrań Marlen to ciuchy szyte na zamówienie m.in. w Chinach lub Tajlandii. Internetowe zakupy są zwykle łatwiejsze niż osobista wizyta w sklepie. Zwłaszcza na Ukrainie. - Sprzedawcy i konsultanci wciąż są często zdezorientowani, gdy przychodzę na dział kobiecy, gdzie chcę przymierzyć parę bluzek i "tę piękną, ciasną sukienkę" - podkreśla. To samo dotyczy sklepów kosmetycznych i obuwniczych. I tak jest o niebo lepiej niż przed dekadą.

 - Trzeba było pójść na targ, aby kupić tkaniny i dodatki - najlepiej złote lub błyszczące. Nie mniejszym problemem okazało się znalezienie odpowiedniej krawcowej, która uszyłaby kobiecą sukienkę dla mężczyzny. Teraz w internecie można bez problemu kupić wszystko - podkreśla.

Radna zaprotestowała przeciw uchyleniu ustawy anty-LGBT. Zaśpiewała 'Bogurodzicę' [WIDEO]Radna PiS odśpiewała "Bogurodzicę" przed wycofaniem uchwały anty-LGBT

Drag queen nie na wojnę

Sasza butnie twierdzi, że nie ma na Ukrainie równych sobie drag-konkurentów, choć ostatnio obserwuje całkiem sporo nowych artystek prezentujących przyzwoity poziom. - Takie reality show jak RuPaul Drag Race, który zrewolucjonizował podejście do dragu na całym świecie, czyniąc z tej profesji sztukę, nie mogłoby się odbyć na Ukrainie. Na jeden sezon artystów pewnie jeszcze by starczyło, ale nie na więcej - mówi. Według Saszy znalazłyby się też na Ukrainie kanały, które mogłyby być zainteresowane tego rodzaju przedsięwzięciami, jednak czas na takie projekty nie jest zbyt fortunny. - Na wschodzie kraju toczy się wojna, a wielu ludzi nie ma co do garnka włożyć. Ludzie mogliby na nas skupić drzemiącą w nich agresję. Wydaje mi się, że mogłoby to odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Trzeba na to jeszcze trochę poczekać - podkreśla Sasza.

Póki co brakuje też solidarności i poczucia wspólnoty między ukraińskimi drag queens. - Za mało się nawzajem wspieramy - narzeka Sasza. - Jesteśmy razem podczas występów, a za sceną nie opiekujemy się sobą. Za mało w nas czułości, empatii. Każdy jest w jakiś sposób pokiereszowany, skrzywdzony przez ten kraj i ludzi. Tu jest duży problem z wzajemnym zaufaniem. Poza tym, to w końcu showbiznes, czyli praca i pieniądze. A to zawsze konfliktuje ludzi - kwituje.

 

Drag queens mimo, że wyszły na Ukrainie z podziemia, wciąż są traktowane z jednej strony jako ciekawostka, z drugiej jako skrajna dewiacja. Sasza wielokrotnie był uczestnikiem lokalnych programów telewizyjnych - zarówno jako główny bohater, jak i ekspert w dziedzinie showbiznesu, LGBT czy transpłciowości. Na antenę wielokrotnie zapraszana była też jego niedawno zmarła mama. - Do programu "Mówi Ukraina" zaproszono moją mamę. W trakcie rozmowy Aleksiej Suchanow, gospodarz programu oskarżył ją, że nie sprawowała należytej opieki nad synem. Na co moja mama odpowiedziała: - Niczego nie przeoczyłam. Moje dziecko jest zaangażowane w pracę, którą kocha i jest w niej bardzo dobre. Nie jest też narkomanem, alkoholikiem, nie kradnie, nie żebrze i sam zarabia na siebie. Jestem z niego dumna. Urodziłam 'Marlen', co oznacza, że 'Marlen' jest moja! - grzmiała mama.

To wystąpienie zjednało jego matce dużą popularność w ukraińskiej społeczności osób LGBT. Stała się niemal ikoną - tolerancyjną "matką gejów". - Miałem szczęście do mojej księżniczki. Dzwoniłem do niej aż do ostatniego dnia. Niech Bóg ma ją w opiece - mówi Sasza.

Zanim odeszła wspierała go jak mogła. Występowała w telewizji reprezentując rodziców osób LGBT i prosiła o okazanie szacunku i empatię dla ich dzieci. Wykorzystała cały czas jaki jej pozostał, by walczyć o szczęście syna. Zmarła, gdy Sasza miał 27 lat. - Jej śmierć nigdy do mnie nie dotarła. Do dziś mam jej numer w telefonie i zapisane przypomnienia o jej urodzinach. Może to dziwne, ale dla mnie ona zawsze jest blisko, patrzy i chroni mnie. Chciałbym usiąść, jak kiedyś, na jej kolanach, gdzie zawsze czułem się bezpiecznie - wspomina.

(nie) Tęczowa Ukraina

Ukraińcy należą do społeczeństw wyjątkowo nietolerancyjnych wobec homoseksualistów. Według sondażu Pew Research Center z 2017 roku tylko 9 proc. Ukraińców opowiada się za formalizacją małżeństw par tej samej płci, a 85 proc. jest przeciwnych. Nieco lepiej jest w dużych miastach i wśród młodych ludzi. - Mnie znają wszyscy, ale jestem jak jeden na milion. Jeśli jesteś gejem, to nie warto się z tym obnosić. Może otwarcie "za bycie pedałem" nikt teraz nie będzie chciał uderzyć, co wcześniej się zdarzało, to i tak mogą cię zaczepiać i szukać powodu do bójki - mówi Sasza.

Problemem mogą być też sąsiedzi. - Kiedy wcześniej wynajmowałem kwaterę w innej części Kijowa miałem sąsiadkę, straszną homofobkę, która podkładała nam na wycieraczkę martwe myszy i ciągle nasyłała na nas policję. Nie robiło to na nich większego wrażenia. - "Niech pani idzie spać" - mówili i odjeżdżali - wspomina Sasza.

Kiedyś policjanci wezwani przez sąsiadkę przyjechali do mieszkania Saszy. Wraz ze swoim ówczesnym partnerem przygotowywali się do sobotniego show. - Nie było jeszcze ciszy nocnej. Włączyłem muzykę do makijażu. Nie słuchaliśmy jej jakoś głośno. Gdy policjanci zapukali do drzwi byłem już przebrany za Marlen - opowiada.

 

Mundurowi zaskoczeni widokiem drag queen wydukali, że zostali wezwani w celu rozwiązania "imprezy". - Jakiej imprezy? - zapytała Marlen i zaprosiła policjantów do domu. Ci szybko zorientowali się, że w środku nie dzieje się nic niezwykłego. Polubili Marlen, która raz po raz wysyłała im "buziaczki". Z sympatią żegnali się na klatce, gdy sąsiadka wparowała na półpiętro i zaczęła krzyczeć, że zboczeńcy zakłócają jej domowy mir. Policjanci wysłuchali skrzeczącej tyrady, a jeden z nich odpowiedział "Proszę nie krzyczeć, bo wystawię pani mandat za zakłócanie porządku". Takie sceny tolerancji to zaledwie kilka sytuacji w ciągu całego życia Saszy, jednak dają nadzieję na zmianę w ukraińskiej mentalności.

Wielu jego kolegów nie wytrzymało presji i uciekło do innych krajów, aby tam skryć się przed skrajną homofobią i żyć normalnie. Zdarza się, że nacjonaliści zakładają konta na gejowskich portalach, by wprosić się "na randkę" do chłopaka chętnego na spotkanie. Gdy przychodzą na miejsce biją go do nieprzytomności. Ukraińskie media co jakiś czas piszą o ofiarach takich morderstw. Nie pozostaje to bez wpływu na psychikę wielu ukraińskich gejów.

 

W środowisku co chwilę mówi się o przypadkach samobójstw spowodowanych brakiem akceptacji dla samego siebie oraz negatywną reakcją otoczenia. Brakuje oficjalnych statystyk, bo rodziny ukrywają przed instytucjami prawdziwe motywy tragedii. Nawet po śmierci syna lub córki boją się łatki: "rodziców geja".

Ukraińskie instytucje też są często przesiąknięte homofobią. Nieprzyjemna sytuacja spotkała Saszę w podróży z Charkowa do Kijowa, kiedy na dworcu zatrzymał go patrol policji. - Dzień dobry. Dokumenty. Proszę otworzyć walizkę - powiedzieli policjanci, których oczom ukazały się sukienki, kobiece buty i sztuczne piersi. - Odchodząc jeden z policjantów zaklął: "jebany pedał". Nie odpuściłem sprawy. Podszedłem do nich z pytaniem: "co powiedziałeś?". Oni na to, że się przesłyszałem, ale jak odchodziłem to krzyknął to samo przez cały peron. Jak przyjechałem do Kijowa, to wniosłem na nich skargę - wspomina.

 

Na początku nie chcieli spisać jego zeznań. Radzili złożyć skargę w Charkowie. Kilka godzin walczył o to, żeby odnotowali wykroczenie. - Później zaczęli prosić w imieniu kolegi, który mnie obraził, bym nie zgłaszał "tego incydentu". Nie odpuściłem. Gdy po spisaniu zeznań wróciłem do domu, zadzwonił do mnie komendant jednostki z prośbą o wycofanie zarzutów. Powiedział, że ten policjant ma żonę i dzieci i na pewno straci pracę w wyniku moich oskarżeń. Zgodziłem się, trochę wbrew sobie. Jednak potem dowiedziałem się, że komendant podjął decyzję o zwolnieniu funkcjonariusza. I dobrze. Trzeba ucinać takie zachowania w służbach, które mają dbać o bezpieczeństwo wszystkich obywateli - opowiadał.

Mimo licznych nieprzyjemności Sasza uważa, że na Ukrainie i w krajach nadbałtyckich geje mają stosunkowo najlepiej ze wszystkich krajów byłego ZSRR. - Tu chociaż możemy oddychać. Kiedy jestem w Rosji to wszystko mi nie pasuje, atmosfera mnie ciśnie, wręcz dogniata do ziemi. Co by było gdybym się urodził tam, albo w Kazachstanie? A kiedy wracam na Ukrainę, to nawet mi nie przeszkadza, że drogi ch**owe i wszędzie bieda - mówi. - U nas jest teraz taka tolerancja dla homoseksualności jak w latach 90. w Polsce. Wy w dużej mierze nauczyliście się już samoakceptacji. Wyobrażam sobie taką sytuację: Jestem prezydentem Ukrainy. Siedzę w koronie i otwieram posiedzenie Wierchowej Rady. W izbie siedzi 450 gejów. Wstaję i mówię: "cześć kociaki!" - śmieje się Marlen Skandal. I dodaje. - Nas czeka jeszcze długa droga.

Więcej o: