Trump to historia? Nic takiego. Jest panem i władcą, który wiedzie prawicę ryzykownym kursem

Jego opinia pozostaje nadal absolutnie kluczowa po prawej stronie sceny politycznej w USA. Donald Trump trzyma Partię Republikańską w morderczym uścisku i w zamian za swoje poparcie oczekuje słonej ceny. Nie jest jeszcze jasne czy wiedzie prawicę do triumfu, czy katastrofy.

Kluczowe są nadchodzące wybory do Kongresu w 2022 roku. Partia Republikańska nie kontroluje obecnie żadnej z jego izb, czyli ma bardzo mały wpływ na rządzenie państwem. Demokraci są jednak słabi, a pierwszy rok prezydentury Joe Bidena nie należy do udanych. Szanse na odebranie im kontroli nad parlamentem są więc spore i republikanie na to liczą. Wszelkie kalkulacje partyjnego przywództwa komplikuje jednak On.

Więcej tekstów na temat sytuacji w USA znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Mniej widoczny, ale nadal dominujący

On, czyli Trump. Z polskiej perspektywy mogłoby się wydawać, że gdzieś zaginął. Wiadomości o nim zniknęły z czołówek mediów. Został wyrzucony z mediów społecznościowych. Wyprowadził się z Białego Domu, wyjechał z Waszyngtonu, zaszył się na Florydzie. Generalnie przestał się liczyć. Nawet w USA przestał być stałym gościem pierwszych stron gazet czy portali. Pomimo tego, jego wpływy pozostają ogromne.

Z sondaży prowadzonych wśród wyborców prawicowych wynika, że 40 procent z nich identyfikuje się przede wszystkim jako wyborcy Trumpa. Nie Partii Republikańskiej, która do niedawna była jedynym istotnym reprezentantem politycznym dla Amerykanów z sercem po prawej stronie. Na dodatek te 40 procent to zazwyczaj ci bardziej aktywni i zaangażowani. To wielki kapitał, którego Trump jest świadom i który wykorzystuje.

Dodatkowo były prezydent dysponuje ogromnymi funduszami na cele polityczne. Według sprawozdań za pierwszą połowę 2021 roku, na kontach powiązanych z nim komitetów wyborczych jest ponad sto milionów dolarów. Tylko w ciągu tych sześciu miesięcy na jego nazwisko miało wpłynąć ponad 56 milionów dolarów datków. To o rząd wielkości więcej, niż zdołał zgromadzić następny na liście skuteczności polityk republikański, senator Tim Scott. Jego wynik to 7,8 miliona dolarów w pół roku.

Znaczenia połączenia dużego poparcia wśród wyborców i znacznych zasobów finansowych nie trzeba tłumaczyć. Trump, pomimo swojej wyboistej prezydentury zwieńczonej wstrząsającym dla wielu Amerykanów szturmem tłumu na Kapitol, nadal jest najpotężniejszą osobistością po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej. Niestraszne mu skandale, niestraszny fakt, że przegrał reelekcję, co nie jest częste. Nie skreśla go też to, że nie ma żadnych realnych dowodów na sfałszowanie wyborów prezydenckich, choć on sam nieustannie promuje tę teorię spiskową. Według sondażu Pew z początku października, 67 procent wyborców republikańskich chce, aby Trump pozostał ważną postacią na scenie politycznej.

Donald Trump (2017)"The Guardian": Donald Trump ma wystartować w wyborach w 2024 r.

Moc sprawcza Trumpa

Znacznie byłego prezydenta widać podczas kampanii prawyborczych, które toczą się w wielu stanach. Partia Republikańska wyłania w nich swoich kandydatów, którzy mają w przyszłym roku zawalczyć o miejsce w Kongresie z kandydatami Partii Demokratycznej. O poparcie Trumpa zabiegają praktycznie wszyscy. Od starych wyjadaczy ubiegających się o reelekcję, po młodych i ambitnych, którzy starają się rzucić wyzwanie tym pierwszym. Zwłaszcza wśród początkujących wyścig po uwagę byłego prezydenta jest najbardziej zacięty i przypomina licytację na to, kto jest bardziej pro-Trump.

Rola byłego prezydenta była bardzo widoczna w stanie Ohio. W sierpniu zakończyły się tam prawybory republikanów i jednym z wygranych był Mike Carey, uprzednio praktycznie nieznany publicznie lobbysta firm branży górniczej. Będzie ubiegał się o miejsce w Kongresie. Jego właściwie jedynym atutem było poparcie Trumpa, które miał sobie zapewnić w prywatnej rozmowie w cztery oczy. Nie oznaczało to jakiegoś wielkiego wysiłku byłego prezydenta na jego rzecz. Ot wspomniał o nim na wiecu i udzielił swojego wizerunku. Dodatkowo, tuż przed samym głosowaniem jeden z komitetów powiązanych z Trumpem wykupił reklamy na rzecz Careya warte niemal 400 tysięcy dolarów.

— Dzisiaj republikanie z 15. okręgu wyborczego w Ohio wysłali jasny sygnał do narodu, że to prezydent Donald J. Trump jest bez żadnej wątpliwości przywódcą naszej partii. Nie mógłbym być bardziej wdzięczny za jego poparcie i jestem dumny, że będę mógł wykorzystać to zwycięstwo do realizowania jego agendy America First — brzmiało oświadczenie wydane przez Careya tuż po ogłoszeniu jego zwycięstwa drugiego października.

Nie chodzi o partię, chodzi o niego

Poparcie Trumpa ma jednak ciemną stronę. Były prezydent nieustannie upiera się przy wspominanej teorii spiskowej sfałszowania wyborów. Trump porażek nie akceptuje, więc tą w 2020 roku wypiera. Od kandydatów, których popiera, wymaga tego samego. Otwarcie teorii spiskowych nikt nie powtarza, ponieważ pomimo ponad pół roku różnych procesów, śledztw i postępowań, nigdzie nie znaleziono na nie dowodu. Większość kandydatów czyni mu zadość, wygłaszając ogólnikowe deklaracje o konieczności wzmacniania kontroli nad procesem głosowania, aby unikać fałszerstw i niejasności. Na otwarte krytykowanie teorii spiskowych nikt sobie nie pozwala, bo to oznacza polityczną śmierć. Według wspomnianego już sondażu Pew, 62 procent wyborców Partii Republikańskiej oczekuje, że kandydaci otwarcie krytykujący Trumpa nie powinni, lub zdecydowanie nie powinni być akceptowani przez partię.

— Z tego powodu Trump jest taki niszczycielski. Nie chce, aby ktokolwiek odnosił sukces bez płaszczenia się przed nim. Nie chodzi o zwycięstwo republikanów. Tu chodzi tylko o niego. Zadawanie się z nim jest naprawdę głupie, bo nigdy nie możesz być pewnym, kiedy postanowi wywrócić wszystko do góry nogami — stwierdziła w rozmowie z "New York Times" Barbara Comstok, była reprezentantka Partii Republikańskiej w Kongresie, która straciła swoje stanowisko w 2018 roku. Głównie z powodu krytykowania Trumpa i zbyt liberalnych poglądów.

Były prezydent już ma wywracać do góry nogami plany lokalnych struktur Partii Republikańskich. Mogą sobie przygotować kampanie wyborcze i akcje promocyjne, jakie chcą, ale kiedy Trump postanowi się zaangażować w ich stanie, wszystko zaczyna się obracać wokół niego. Nie ma już mowy o punktowaniu demokratów czy słabego początku prezydentury Joe Bidena. Jest tylko Trump i sfałszowane wybory. W stanach i tak czerwonych, czyli zdominowanych przez republikanów, to może działać, ale w tych bardziej wyrównanych, już niekoniecznie. Tam może to dodatkowo zmobilizować do głosowania demokratów i zapewnić im bardzo dobrą frekwencję, co może mieć kluczowe znaczenie. Tak jak podczas wyborów prezydenckich w 2020 roku.

Donald Trump, były prezydent USATrump pozywa bratanicę i "The New York Times". Chodzi o jego zeznania podatkowe

Pogarszanie szans republikanów

Z drugiej strony Trump może jeszcze paradoksalnie obniżać frekwencję republikanów. Znów chodzi o rzekome fałszerstwo wyborcze. — Jeśli nie uda nam się rozwiązać tej kwestii, republikanie nie pójdą głosować ani w 2022, ani w 2024 roku. To jest absolutnie kluczowa sprawa — ogłosił na początku października Trump. Czyli najpierw jego misja, potem wszystko inne. Problem w tym, że nie widać żadnej realnej możliwości udowodnienia sfałszowania wyborów. To trudny paradoks dla partii, której faktyczny przywódca się tego domaga, a partyjne szeregi nie mają odwagi się temu sprzeciwić.

Tradycyjni przywódcy Partii Republikańskiej uznają tę sytuację za wyjątkowo groźną, co jeszcze bardziej pogłębia rozdźwięk pomiędzy nimi a Trumpem. Większość już od dawna nie chce go bezwarunkowo wspierać, więc były prezydent uznaje ich za wrogów. Ma na nich pogardliwe określenie RINO, czyli Republican In Name Only (ang. - republikanin tylko z nazwy, hasło jeszcze z początku XX wieku, ale przeżywające obecnie swój renesans), w przeciwieństwie do "prawdziwych" republikanów, którzy są mu posłuszni i ideologicznie bliscy. Trumpowi jest nie po drodze na przykład z Mitchem McConnellem, liderem republikanów w Senacie i faktycznym liderem umiarkowanego skrzydła Partii Republikańskiej. Były prezydent ma mu za złe zwłaszcza pogodzenie się z wynikiem wyborów w 2020 roku i zawoalowaną krytykę szturmu na Kapitol w styczniu. Ostatnio Trump skrytykował go między innymi za porozumienie z demokratami w celu odsunięcia kryzysu budżetowego.

Według "New York Times", McConnell miał wprost powiedzieć współpracownikom w połowie października, że boi się, jak Trump wpłynie na wybory w 2022 roku. Wobec słabości Partii Demokratycznej powinny one dać Partii Republikańskiej dużą szansę na przejęcie całkowitej kontroli nad Kongresem. Jednak nawet jeśli tylko kilkanaście procent najbardziej zatwardziałych zwolenników byłego prezydenta zdecyduje się nie głosować, może to mieć katastrofalny wpływ na szanse republikanów w wielu stanach, gdzie rywalizacja z demokratami jest wyrównana. Zwłaszcza że Trump będzie dodatkowo mobilizował tych drugich.

Jest pewne, że moce byłego prezydenta nie są absolutne. Podczas specjalnych lipcowych wyborów w Teksasie, kiedy republikanie wyłaniali następcę zmarłego na urzędzie kongresmana, kandydatka, której udzielił poparcia, przegrała. To tuż po tej informacji jeden z jego komitetów kupił reklamy w Ohio za 400 tysięcy dolarów. Siła Trumpa jest w znacznej mierze oparta na jego wizerunku tego, który rozdaje karty na prawicy i ma moc sprawczą. Nie może więc sobie pozwalać na to, aby jego kandydaci przegrywali. Pytanie, czy ta moc rozciąga się na wybory ogólnokrajowe. Może być tak, że jedyne co osiągnie Trump to porażka Partii Republikańskiej.

Zobacz wideo
Więcej o: