#WizaDonikąd. "Oni nie wychodzili. Policja była tu z dwóch stron. Teren ogrodzono płotem, siatką"

Z jakich powodów i w jaki sposób ludzie z Afryki, Bliskiego Wschodu i nie tylko trafiają na granicę Polski i Białorusi? Co ich spotyka? W tym tygodniu grupa reporterów Outride.rs opisuje szlak migracyjny do Europy w siedmiu krajach. Ich relacje i historie azylantów znajdziecie m.in. w poniższym aktualizowanym artykule.
Zobacz wideo Są różne powody, dlaczego ludzie decydują się opuścić swoje domy. Akcja Outriders i Gazeta.pl

17.10.2021, g. 13:00

Vydeniai, wieś w południowo-wschodniej Litwie, którą zamieszkuje ok. 400 osób. To tu znajduje się budynek opuszczonej szkoły, w której latem tego roku zamieszkali uchodźcy. Szkoła mogła pomieścić do 146 osób, ale z wypowiedzi mieszkańców wynika, że mogło być w niej nawet dwa razy więcej ludzi.

- Jak mieszkańcy zareagowali, gdy w tej szkole zamieszkali uchodźcy? - pytamy pana Waldemara.

- A różnie. Jedni mówili, że tak się nieswojo czują, że dzieci boją się wypuszczać na ulicę. Różnie było - odpowiada po polsku.

- Czy wydarzyły się jakieś sytuacje, które mogły sprawić, że ludzi się bali?

- Nie. Sytuacji nie było chyba takich, bo oni nie wychodzili. Policja była tu z dwóch stron. Teren ogrodzono płotem, siatką, ale płot był taki prymitywny. Żeby nie policjanci, to ogrodzenie było takie prymitywne, że poszliby dalej.

- Czy oni mogli wychodzić na zewnątrz?

- Mogli, ale tylko z pozwoleniem i na przykład razem z policjantem do sklepu, jeśli czegoś brakowało.

Litwa. Budynek opuszczonej szkoły, w której zamieszkali uchodźcyLitwa. Budynek opuszczonej szkoły, w której zamieszkali uchodźcy Outriders

Osoby, które tu mieszkały, pochodziły z krajów afrykańskich: Kongo, DRK, Kamerunu, Gwinei czy Erytrei. Ludzie spali w większości na łóżkach polowych, dostali też śpiwory. Pan Waldemar, który był nie raz w tej szkole, gdy jeszcze działała, dodaje, że są w niej umywalki, prysznice i kuchnia, więc warunki są przyzwoite i dużo lepsze niż były na przykład w Rudninkai. Do tego, gdy zaczęło robić się chłodniej, z kominów unosił się dym, więc szkoła była ogrzewana.

Migranci opuścili Vydeniai kilka tygodni temu w myśl ustaleń rządowych, że do 1 października wszyscy migranci z ośrodków tymczasowych mają zamieszkać w jednym z pięciu oficjalnych ośrodków. Osoby stąd miały trafić m.in. do Kybartai.

Litwa. Budynek opuszczonej szkoły, w której zamieszkali uchodźcyLitwa. Budynek opuszczonej szkoły, w której zamieszkali uchodźcy Outriders

***

16.10.2021, g. 13:00

Olaf Jansen, kierownik ośrodka w Eisenhüttenstadt, mówi o systemie dublińskim [regulacji mówiącej, że azylant ma prawo ubiegać się o ochronę tylko w pierwszym bezpiecznym kraju UE, do którego trafi - Outriders]: "System dubliński opracowano w czasach, gdy bardzo niewiele osób szukało azylu. Dziś, przynajmniej moim zdaniem, nie ma zbyt wiele sensu."

"UE ma otwarte granice i wolną gospodarkę. W UE zależy nam przecież na tym, żeby alokacja ludzi była jak najbardziej efektywna, żeby mogli się przemieszczać, żeby znajdowali pracę i swoje miejsce w życiu, żeby mogli wyżywić rodzinę i żeby dobrze czuli się tam, gdzie są. Wydaje mi się, że to trochę przestarzałe, żeby próbować trzymać ich w jednym kraju. Poza tym to nie działa. Związki między ludźmi, społeczności, wsparcie socjalne, szanse jakie daje im życie w danych miejscach, czy praca - to one decydują o tym, gdzie ludzie chcą trafić. Nie rządy".

Jansen twierdzi, że dopóki kryzys uchodźczy będzie czymś, co postrzegamy jako problem pojedynczych krajów - wczoraj Grecji, dziś Polski i Litwy - dopóty nie zdołamy go rozwiązać. "Europejczycy powinni działać razem".

Olaf Jansen, kierownik ośrodka w EisenhüttenstadtOlaf Jansen, kierownik ośrodka w Eisenhüttenstadt Outriders

***

16.10.2021, g. 10:00

W podróżach uchodźców szukających nowego życia w Europie kluczowy jest jeden składnik: media społecznościowe. W Libanie kilka osób wyjaśniło nam, czego dowiedziały się z podróży z Bejrutu do Mińska lub nawiązało kontakt z przemytnikami na Facebooku.

Są nawet youtuberzy pokazujący, jak bezpiecznie przekroczyć granicę. Kanał ten nosi nazwę "Niemcy po arabsku". W tutorialu youtuber zaleca zabieranie żywności "zarówno pożywnej, jak i lekkiej", takiej jak suszone owoce, "na przykład orzechy nerkowca, migdały, rodzynki czy np. daktyle".

 

Youtuber wyjaśnia również, że ludzie zabierają ze sobą wiele ładowarek do telefonów, takich jak przenośne ręczne ładowarki dynamo do telefonów komórkowych. Poza tym radzi: "co do ładowarek słonecznych nie skorzystasz z nich, bo na granicy białoruskiej jest bardzo zimno i mało słońca".

"Ostatnia, bardzo ważna rada: nie ufaj ludziom, którzy mówią 'daj mi pieniądze' lub 'zapłać mi teraz', a nawet 'błagam'; wszyscy są kłamcami, którzy kradną twoje pieniądze, niezależnie od tego, czy należą do arabskich agencji, a nawet do agencji białoruskich, polskich czy litewskich" - dodaje.

"Droga nie jest łatwa (…) jeśli masz rodzinę lub bardzo małe dzieci, nie radzę wyruszać i narażać ich życia. Możesz zrobić o wiele lepiej dla swojej żony i dzieci, jeśli pójdziesz sam. Na przykład po przyjeździe do Niemiec lub Holandii czeka się rok lub nieco ponad rok na zebranie wszystkich niezbędnych elementów, aby bezpiecznie sprowadzić żonę i dzieci" - ostrzega na swoim kanale Muhammet Tammo, inny youtuber.

 

W innym filmie, zatytułowanym "Z Białorusi do Europy: szczegółowa trasa za mniej niż 4000 dolarów (2021)", inny youtuber wyjaśnia, jak sprawić, by podróż była tańsza. W tym celu zaleca korzystanie z taksówek, ponieważ kierowca nie zna statusu prawnego przewożonych osób i nie będzie rozmawiać z nimi. Wyjaśnia, że jest to sposób na zaoszczędzenie pieniędzy zamiast płacenia przemytnikom.

***

15.10.2021, g. 16:00

W Bejrucie sprawdziliśmy osobiście, jak działa turystyka migracyjna i jakie są obecnie ceny wiz na Białoruś proponowane w Libanie. Ale to nie wszystko. Ustaliliśmy też kilka biur podróży w różnych krajach, które oferują "wycieczki do Białorusi".

Zakros Travel z Jordanii, Al-Nayzak z Iraku, Mehan Türk i Alkabidda z Turcji oraz białoruska agencja turystyczna Ulla Bel, to tylko niektóre biura podróży oferujące "wycieczki do Białorusi" - oficjalnie lub mniej oficjalnie.

Niektóre biura, jak Ula Bell, czy Mehan Türk i Alkabidda, ofertę wycieczek mają na stronie, inne robią to bardziej subtelnie. Informacje o tym można znaleźć w social mediach. My zapisaliśmy się do grupy na Facebooku "Migracja przez Białoruś do Europy" (dziś okazało się, że albo grupa została zamknięta, albo nas zablokowano). Tam śledziliśmy od dwóch tygodni wymianę kontaktów i polecane biura podróży. Bohaterowie naszej historii, Dżamila i Kadhim również wskazali nam agencje, z usług których korzystali.

Jeśli nie zdołasz dotrzeć do Polski i utkniesz w lasach to nikt o Tobie nie usłyszy. Bo nie przyjdzie do Ciebie ani Białorusin, ani Polak, stracisz wodę i jedzenie, a przy ostrym zimnie możesz nawet umrzeć. Uważaj na siebie.Jeśli nie zdołasz dotrzeć do Polski i utkniesz w lasach to nikt o Tobie nie usłyszy. Bo nie przyjdzie do Ciebie ani Białorusin, ani Polak, stracisz wodę i jedzenie, a przy ostrym zimnie możesz nawet umrzeć. Uważaj na siebie. Outriders/Facebook

Dżamila zaproszenie do Białorusi kupiła w Ulla Bel. Przelot z Bejrutu do mińska przez dubaj, zaproszenie i hotel kosztowały 2000 dolarów.

Ulla Bel to agencja turystyczna dla turystów arabskojęzycznych istniejąca od kilku lat. Właścicielka Uljana Kuzniecowa. Uczyła się arabskiego na Uniwersytecie Lingwistycznym. Prowadzi od kilku lat arabskojęzyczny kanał na YouTube o Białorusi. Nasi rozmówcy w Niemczech również potwierdzali, że korzystali z usług Ulla Bel.

Z kolei Kadhim, który uciekł z Iraku pod koniec lipca, skorzystał z usług bagdadzkiego biura Al-Nayzak, które jednak wprost nie oferuje "wycieczek" do Białorusi, niemniej jednak nadal je realizuje.

Wpisu na facebooku pochodzą z grup, które dotyczyły wyjazdu do Europy. "Jeśli nie dotrzesz do Polski, utkniesz w zakazanych lasach (...) Możesz stracić jedzenie, wodę, a przy srogim zimnie możesz umrzeć. Bądź ostrożny" - brzmi jeden z wpisów.

***

15.10.2021, g. 13:00

- Zwykle do Brandenburgii trafiało około 300 osób miesięcznie. Od kwietnia ich liczba wzrosła - do 500 osób. W październiku spodziewamy się 3500 - mówi Olaf Jansen, kierownik ośrodka w Eisenhüttenstadt. Mimo to, jak podkreśla, sytuacja jest "trudna, ale nie dramatyczna".

Niemiecki system organizacji uchodźców wpisuje się w stereotyp o tym państwie - jest bardzo dobrze ułożony. Ośrodek jest wypełniony zielonymi namiotami wojskowymi i kontenerami, które dostawiono naprędce. Zwykle pierwszą noc imigranci spędzają w namiotach, kolejne dwie w kontenerach, a potem przenoszeni są do budynków (dotyczy to samotnych mężczyzn, rodziny zwykle od razu umieszcza się w budynkach). Nawet pandemia COVID nie przeszkadza w funkcjonowaniu ani nawet we wpuszczaniu dziennikarzy.

Pavel, były policjant z Iraku, opowiada, że warunki są dobre. - Dostaliśmy pokój, trzy posiłki dziennie. Traktują nas dobrze - mówi. Niektórzy narzekają - wszystko funkcjonuje "od - do", więc ktoś, kto poczuje się źle po zamknięciu punktu medycznego, musi czekać do rana.

Jansen swobodnie porusza się po terenie. Opowiada o procesie weryfikowania tożsamości przybyłych. Od każdego pobierane są odciski palców, dokonywany jest tzw. background check. Na terenie znajduje się też biuro agencji federalnej, w której rozpoczyna się proces ubiegania o azyl. Jansen zwraca uwagę dziennikarzom, żeby robili zdjęcia tylko tym osobom, które wyrażą na to zgodę.

Z ośrodka w każdej chwili można wyjść. Ochrona przy wejściu służy temu, żeby nie dostał się tu nikt niepowołany, migranci swobodnie poruszają się po okolicy. Oczywiście jeśli opuszczą ośrodek, przerwą proces ubiegania się o azyl. Jeśli policja złapie ich w mieście bez dokumentów, prawdopodobnie też przywiozą ich z powrotem tutaj.

Jednak marzenie o pozostaniu w UE dla większości skończy się zawodem.

- Zwykle 25 do 30 procent wniosków azylowych jest rozpatrywana pozytywnie. Jeśli w kraju nie ma wojny domowej albo politycznego przewrotu, trudno udowodnić dyskryminację albo prześladowania, których było się ofiarą. Irakijczycy, którzy stanowią teraz większość, mają małe szanse, podobnie Pakistańczycy. Afgańczycy, Syryjczycy i Jemeńczycy większe. Każdy ma jakąś szansę, ale tak to wygląda - opowiada Olaf Jansen. Migranci w Eisenhüttenstadt wydają się nieświadomi tych liczb. Wielu nie przychodzi nawet do głowy szukać pomocy prawnej organizacji pozarządowych. Gdy przemieszczają się do kolejnych ośrodków - w których mają czekać na przesłuchanie w kwestii azylu - wydają się pokładać wiarę w systemie.

Ośrodek dla uchodźców w EisenhüttenstadtOśrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt Outride.rs

Ośrodek dla uchodźców w EisenhüttenstadtOśrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt Outride.rs

***

15.10.2021, g. 10:00

W mediach wielokrotnie pojawiały się obrazki z mińskiego lotniska, gdzie stłoczeni byli migranci, takie również pokazywali nam nasi rozmówcy. Teraz sytuacja wyraźnie się zmieniła. Z migrantami przylecieliśmy z Dubaju do stolicy Białorusi. Pogranicznicy zabrali ich przed bramkami kontroli paszportowej do specjalnej kolejki - wysiadaliśmy na płycie lotniska, nie przez rękaw. Potem nie dało się ich znaleźć ani na wylotach, ani na przylotach, ani na transferze. Nie widzieliśmy też busów albo aut, które by ich zabierały. A jeszcze kilkanaście dni temu na mińskim lotnisku w jednym miejscu stłoczonych było ok. 500 osób oczekujących nawet po 48 godzin na dokumenty i transport do hotelu wykupionego w ramach "wycieczki". Na białoruskim lotnisku spędziliśmy całą noc. Rano w gęstej mgle wylądował samolot ze Stambułu, którym mieliśmy polecieć do stolicy Turcji. Ten również nie podjechał po wylądowaniu do rękawa. Pasażerowie, podobnie jak my, wysiadali na płycie lotniska, większość z nich to migranci. Dopiero gdy wszyscy wysiedli, maszyna została połączona z rękawem.

W nocy próbowaliśmy podpytać obsługę lotniska o sytuację przybyszów z Iraku, Syrii, Jemenu, Iranu czy Jordanii. Ale Białorusini też się boją o tym rozmawiać. Jedynie pani, która przygotowuje dla nas herbatę, mówi, że nie wie, co się stało z migrantami, ale zadziało się to bardzo szybko, choć rzeczywiście jeszcze niedawno w tym porcie lotniczym koczowały tłumy.

Pogranicznicy bardzo dokładnie sprawdzali nasze dokumenty, wypytywali, skąd przylecieliśmy, dokąd lecimy i po co, ale widać było, że zdecydowanie bardziej zaangażowani są w sprawy migrantów. Gdy wylecieliśmy z Mińska do Stambułu, ABW poinformowała o zatrzymaniu mężczyzny, Polaka, podejrzanego o współpracę z białoruskim wywiadem KDB. Usłyszał już zarzuty. Sąd podjął decyzję o aresztowaniu mężczyzny na trzy miesiące. Chodzi o byłego funkcjonariusza ZOMO, milicji i wreszcie Straży Granicznej, gdzie zakończył służbę dwadzieścia lat temu w randze porucznika.

Zobacz wideo

***

14.10.2021, g. 18:00

Podbrodzie, miasteczko na Litwie położone prawie 50 km na północny-wschód od Wilna. To tu mieści się Centrum Rejestracji Cudzoziemców i ośrodek dla uchodźców. Także tutaj pojawiły się pierwsze namioty dla uchodźców na Litwie w tym roku.

Ośrodek ten jest podzielony na dwa bloki: pierwszy jest przeznaczony do izolowania, drugi – do zakwaterowania migrantów. Izolacyjny może pomieścić do 60 osób, a blok mieszkalny – do 290 osób. Władze litewskie podkreślają, że na terenie obozu znajdują się „niezbędne udogodnienia takie jak prysznice, toalety, umywalki i miejsca gastronomiczne". Widzimy, jak czarnoskóry mężczyzna idzie w ręczniku po dworze (temp. 5 stopni Celsjusza), aby skorzystać z takiego miejsca.

Nie możemy wejść do środka, ale funkcjonariusze straży granicznej mówią nam, że możemy robić zdjęcia z zewnątrz, nie powinniśmy jednak rozmawiać z osobami, które są po drugiej stronie. Przez płot widać jednak dużo. Widać rozstawione wojskowe namioty, plac zabaw, boisko. Ludzie chodzą, biegają, grają w piłkę, rozmawiają. Wchodzą na teren ośrodka osoby, które przynoszą torby pełne ubrań i ta pomoc jest przyjmowana. Przyjechał samochód straży granicznej, z którego wysiadły trzy osoby.

Wydaje się, że życie płynie tu spokojnie, nie widać na pierwszy rzut oka niezadowolenia, które pojawiało się na przykład w czerwcu 2021 r., gdy Państwowa Służba Ochrony Granicy poinformowała, że funkcjonariusze użyli gazu łzawiącego i oddali dwa strzały z pistoletu pompowego w powietrze. Osoby, przebywające wówczas w ośrodku, próbowały bez zezwolenia wydostać się z niego siłą. Z tego miejsca można wyjść, ale mogą to zrobić osoby, które ubiegają się o azyl. Mają prawo dostać przepustkę na jeden dzień. I dostają. Nie wszyscy jednak wracają.

Ośrodki na Litwie są strzeżone przez Państwową Straż Graniczną i Służbę Bezpieczeństwa Publicznego. Wspomagają ich patrole policji, żandarmeria wojskowa, żołnierze-ochotnicy, a nawet związek strzelecki i funkcjonariusze Departamentu Więziennego.

Centrum Rejestracji Cudzoziemców, LitwaCentrum Rejestracji Cudzoziemców, Litwa Outriders

Ośrodek dla uchodźców, LitwaOśrodek dla uchodźców, Litwa Outriders

***

14.10.2021, g. 16:00

Po raz kolejny rozmawiamy z ludźmi z Doliny Bekaa w Libanie. Mieszkają tam w namiotach uchodźcy syryjscy. Od lat nie studiują i nie pracują. Wczoraj tłumaczyli nam, dlaczego jadą na Białoruś, a dziś dwie osoby opowiedziały, jak mają zamiar tam dotrzeć. To cały proces podróży.

Rozmawialiśmy z Farah (to pseudonim – przyp. red.), 28-letnią nauczycielką matematyki. W jej rodzinie tylko ona pracuje. Ojciec zmarł siedem lat temu. Farah utrzymuje matkę i rodzeństwo. Brat nie ma pracy i podjął trudną decyzję o wyjeździe i podróży do Białorusi.

Nauczycielka wyjaśnia, że większość Syryjczyków, którzy wyjeżdżają, ma od 20 do 30 lat. Z reguły spędzają w Libanie 5-6 lat. - Tutaj nie robią nic. Jeśli dostaną pracę, to ledwo starcza im pieniędzy na jedzenie. Wykonujemy drobne prace, aby przetrwać, ale nie możemy się uczyć ani mieć prawdziwej pracy - mówi.

Zobacz wideo Droga do Doliny Bekaa. źródło: Outride.rs

Wspólny raport Międzynarodowej Organizacji Pracy i UNICEF-u przeprowadzony w Dolinie Bekaa z 2015 r. wykazał, że średni dochód per capita wśród syryjskich uchodźców wynosił tutaj 50 dolarów na miesiąc. Takie warunki życia zmuszają wiele dzieci do pracy. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy większość zarabiających na życie małoletnich pracuje w rolnictwie (ok. 75 proc.).

Nauczycielka matematyki zna kilku młodych ludzi, którzy obecnie przebywają w środku lasu na Białorusi. Wyjechali pięć dni temu. - Nie mają wody, nie mają co pić - mówi. Martwi się, co może się stać z jej bratem, gdy będzie podróżował, ale rozumie powody, dla których musi wyjechać.

Farah wyjaśnia, że o wyjazdach do Białorusi dowiedzieli się dzięki znajomemu, który powiedział im, że z pomocą przemytnika mogą polecieć do Mińska i przedostać się samochodem do Niemiec. - Powiedziano nam, że w Bejrucie są agencje, które organizują wyjazdy. W mieście Chtaura w dolinie Bekaa również można je znaleźć - tłumaczy kobieta. Powiedziano im, że agencje załatwiają bilety lotnicze i wyrabiają wizy w Syrii.

Rozmawialiśmy również z pewną młodą syryjską parą. Mąż Khalil (imię zmienione – przyp. red.) rusza na Białoruś za mniej więcej miesiąc. Jego żona jest przerażona, ale nie widzą innego wyjścia, aby normalnie żyć. - Tu nie ma przyszłości - stwierdza Khalil.

Objaśnia nam cały proces podróży na Białoruś. - To nie jest trudne - mówi i opowiada, że zjawił się w biurze podróży, przekazał paszport i pieniądze na opłaty wizowe. - Następnie osoba z agencji jedzie do Syrii po wizę i wraca z nią za jakieś 15 dni - dodaje.

Kilku znajomych również opowiedziało im o całym przedsięwzięciu. Po przyjeździe do Mińska Khalil będzie musiał spędzić kilka dni w hotelu i tam ma zamiar kupić zimowe ubrania. Z Mińska ma nadzieję udać się do Europy i "zbudować przyszłość dla siebie i swojej rodziny".

Inne źródło wyjaśnia nam, że większość informacji można znaleźć w mediach społecznościowych, gdzie osoby, które wcześniej podróżowały, udzielają różnych wskazówek. Niektórzy udostępniają bezpieczne współrzędne na Facebooku. Nasze źródło nie może potwierdzić narodowości przemytników. - Mówią po arabsku - to wszystko.

Liban jest obecnie państwem o najwyższym na świecie odsetku uchodźców per capita. Syryjczycy stanowią obecnie ponad 20 proc. populacji Libanu. Jednak libański rząd ogranicza dostęp Syryjczyków (tych niezarejestrowanych w Biurze Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców, UNHCR) do oficjalnego rynku pracy, z wyjątkiem sektorów rolnictwa, budownictwa i utrzymania czystości.

Uchodźcy zarejestrowani w UNHCR nie kwalifikują się do pracy w Libanie, ponieważ otrzymują pomoc humanitarną. - Gdybyśmy mogli uczyć się, mieć szanse na normalne życie i czuć się bezpiecznie, jak ma to miejsce w przypadku uchodźców w Emiratach, nie wyjeżdżalibyśmy - podkreśla nauczycielka matematyki. Znajomy w Niemczech powiedział jej, że tamtejszy rząd wspiera ludzi w ramach studiów i zakwaterowania, "podczas gdy tutaj uchodźcy nie mogą się uczyć i nie mogą pracować". - Nie mamy tutaj przyszłości - kończy Farah.

14.10.2021. g. 14.00

Niemcy i dalej Zachodnia Europa to koniec długiej i niebezpiecznej drogi. Wiele osób jest okradanych, wiele traci pieniądze. A jednak mają środki, żeby podróżować dalej. To oczywiste, że nie wożą wszystkich pieniędzy ze sobą.

"Jest człowiek w Turcji, człowiek o dobrej reputacji. Wszyscy trzymamy pieniądze u niego. To kosztuje 100 dolarów, żeby mieć gwarancję. Potem kontaktujesz się z tym w Abu Dhabi [człowiekiem, który organizuje transport - przyp. Outriders] i jeśli potrzeba to ten z Turcji wysyła mu pieniądze [na kolejne etapy]. Jeśli ten z Turcji powie , zostaniesz na granicy z Polską dopóki nie umrzesz. Potwierdzenie płatności musi przejść, żeby w ogóle wyruszyć w podróż. 

Niemcy i dalej Zachodnia Europa to koniec długiej i niebezpiecznej drogiNiemcy i dalej Zachodnia Europa to koniec długiej i niebezpiecznej drogi Niemcy i dalej Zachodnia Europa to koniec długiej i niebezpiecznej drogi/Fot. Outriders

[Działa to tak, że] jeśli nie dotrzesz do Niemiec, pieniądze z Turcji nie trafią do tego człowieka z Abu Dhabi. Jeśli umrzesz, pieniądze zostaną w Turcji. Jeśli przeżyjesz, pieniądze weźmie facet w Abu Dhabi.

To Syryjczycy Jemeńczycy, Marokańczycy, Algierczycy. Człowiek, który zabrał nas po polskiej stronie do Niemiec miał tamtejsze obywatelstwo, ale myślę, że pochodził z Syrii, na podstawie jego dialektu [w języku arabskim].

Jechaliśmy trzema samochodami, pierwszy był pusty. Miał tylko sprawdzić, czy nie ma kontroli policji. W pozostałych dwóch byliśmy my."

***

14.10.2021. g. 12:00

Pamiętacie historię Syryjczyków - Dżamili, która jest inżynierem i Ahmeda oraz jego siostry chorych na talasemię? Gdy do nich dotarliśmy byli po kilku nieudanych próbach przekroczenia granicy z Polską. Udało im się wrócić do Mińska, co łatwe nie jest.

- Proponowaliśmy białoruskim żołnierzom 1000 USD za dziesięcioosobową grupę, by puścili nas do Mińska, nie udało się - mówi Dżamila. Ale w kolejnym punkcie wysoki rangą oficer, jak twierdzi dziewczyna, dał szansę powrotu kobietom i dzieciom. Inne z jej grupy nie chciały wracać do Mińska, ona zdecydowała inaczej. Powrót kosztował 150 USD.

- Bóg nade mną czuwa. W drodze powrotnej mieliśmy poważny wypadek samochodowy. Mi nic się nie stało, ale dziewczyna obok w ciężkim stanie trafiła do szpitala - opowiada Syryjka.

Czemu nie próbowała uciekać dalej z innymi? - Nie miałam już siły. W lesie było wiele rodzin z dziećmi, jedna ciężarna kobieta w ósmym miesiącu ciąży, jedną na pewno zabrali do szpitala (to była Syryjka z Iraku). Ci ludzie byli głównie z Iraku, Syrii, Jemenu, Kurdystanu, Tadżykistanu i Egiptu, z tego co pamiętam. Jedna dziewczyna nie miała niczego, dałam jej mój telefon, by zadzwoniła do rodziny i powiedziała, że żyje - opowiada.

W Mińsku skontaktowaliśmy się z Dżamilą, ale nie odbierała wiadomości. Zapytaliśmy więc jej brata, który mieszka w Libanie, co się dzieje. Okazało się, że Dżamili udało się właśnie dostać do Niemiec. On też nie ma z nią kontaktu, ale informację potwierdził mu znajomy, którego brat jest razem z Dżamilą. Dziewczyna poprosiła o azyl w Niemczech. Procedura się rozpoczęła.

Ahmad z siostrą wyjechał z Mińska pociągiem, ale wciąż jest w Białorusi (nie ujawniamy miejsca ich pobytu ze względów bezpieczeństwa). Okazało się, że chłopak trafił do lokalnego szpitala. - Nie mieliśmy transfuzji krwi od 20 dni, to bardzo długo - tłumaczy Syryjczyk z Doumy. Rodzeństwo choruje na talasemię. Białoruski szpital nie przyjął Ahmada ze względu na brak ubezpieczenia medycznego. Dysponujemy dokumentacją medyczną potwierdzającą ten poważny rodzaj wrodzonej niedokrwistości u rodzeństwa. Oboje deklarują, że proszą o azyl w Polsce, by móc się leczyć. Dzwonili do konsulatu, ale zatrzymała ich bariera językowa (komunikaty po polsku i po rosyjsku).

- ONZ obiecał nam pomóc, dlatego wyjechaliśmy z Mińska do X, bo tak jest bezpieczniej. Ale na razie nic nie zrobili - opowiada. A jak trafili do szpitala? Oboje czuli się już bardzo źle. - Wezwano karetkę dla mnie i mojej siostry. Zbadali mnie i moją siostrę i postanowili zabrać nas do szpitala i tam przeprowadzili dokładne badanie, analizy i echokardiogramy - wylicza Ahmad.

Dokumentacja medyczna Ahmada, naszego bohatera chorego na talasemięDokumentacja medyczna Ahmada, naszego bohatera chorego na talasemię Fot. Outriders

Według dokumentacji medycznej wykonano m.in. badanie krwi, USG organów brzucha i zalecono kontrolę hematologa "w miejscu zamieszkania".

- Ale lekarz rozłożył ręce, bo nie mamy ubezpieczenia i nas odesłali, choć przyznali, że nasz stan jest poważny - opowiada. Ahmad i jego siostra uciekli z Syrii, by leczyć postępującą talasemię. Bez fachowej opieki mogą nawet umrzeć.

***

14.10.2021, g. 9:00

W poniedziałek rano wylądowałam na lotnisku w Stambule. Dłuższą chwilę czasu zajęło mi ogarnięcie olbrzymiego lotniska z ogromną liczbą ludzi. W ciągu godziny udało mi się zorganizować komunikację z Warszawą i doczekać się odpowiedzi od osoby, z którą najbardziej chciałam się spotkać na miejscu. Po tym wszystkim, śmiało wyruszyłam do miasta, które jak i lotnisko nie przestawało zaskakiwać mnie ludźmi i całym swoim ogromem.

Pomiędzy Sofiją a Niebieskim Meczetem spotkałam swojego rozmówcę. Przywitaliśmy się po angielsku, ale natychmiast w grę wszedł Google Translate. Jest Syryjczykiem z Aleppo, a jego dom został zbombardowany podczas wojny. Trzy lata temu wyjechał samotnie do Turcji, a następnie dojechała jego żoną z dziećmi. Od ostatnich dwóch lat stara się o azyl do jednego państwa europejskiego przez ambasadę w Turcji.

Mój kontakt od 10 lat pracuje dla organizacji humanitarnych, pomagał m.in. Syryjczykom na granicy tureckiej. Według jego słów, w jego rodzinnych stronach grozi mu kara śmierci, bo jest wrogiem dla kilku stron konfliktu.

W Turcji z nikim nie utrzymuje kontaktów. W samej Syrii została część rodziny, przyjazdu których nie oczekuję w najbliższym czasie w związku z sytuacją w kraju.

Co do obecnej sytuacji z uchodźcami, którzy jadą do UE przez Białoruś, ma sceptyczne nastawienie. Według niego, na przelot do Białorusi mogą pozwolić sobie bogaci ludzie, którzy zostali lojalni wobec rządu w Syrii. Mają do tego warunki, dlatego korzystają z okazji i poszukują lepszego życia w krajach, gdzie mają znajomości. Cały opozycja wyjechała z kraju w poprzednich latach. Ci, których na to nie stać – biedni – wciąż próbują przekraczać granicę turecką. Ani w Syrii, ani przy granicy nie będą mieli przyszłości.

W podobnym stopniu dotyczy to tych, którzy jadą z Libanu czy Jordanii, ponieważ rządy tych państw współpracują z Basharem Al-Assadem. Według słów mojego rozmówcy, prezydentowi nie zależy na tym, żeby ludzi zostali w kraju, ze względu na ciężką sytuację ekonomiczną. Wiele osób głoduje.

***

13.10.2021, g. 19:00

Ponad setka - tyle par przestraszonych, niepewnych, a może tylko zmęczonych oczu rozgląda się niepewnie w kolejce do wejścia B4 na terminalu 3 w Dubaju zaplanowanym na 18.50 przez FlyDubai. To głównie mężczyźni w bardzo różnym wieku, ale przede wszystkim młodzi. Są też rodziny z dziećmi. Patrzę na trzymane w rękach paszporty z kartami pokładowymi (głównie Emirates). W ostatnim czasie Outriders nauczyli się je poznawać po okładkach. Na tym locie przeważająca większość to Irak, Jemen i Syria. Ale nie widzę wszystkich. Mężczyzna w niebieskim swetrze kieruje ruchem. Oni stoją w długiej kolejce, do drugiej, krótszej, ten w swetrze kieruje Białorusinów. Patrzy na mnie. Mówię - Polska. Idź - decyduje dodając, że mam przygotować jeszcze wynik testu PCR na koronawirusa. - Mój brat studiuje w Warszawie - mówi z dumą po angielsku odprawiający mnie mężczyzna. - Też bym chciał - pada z kolejki obok. Ale nie pozwalają mi zostać. Muszę iść na dół.

Zapakowali nas w dwa autobusy, jadę drugim. Znakomita większość pasażerów to arabscy mężczyźni. W różnym wieku. Śmieją się, żartują, jeden ma pełną siatkę cebuli, drugą pełną bułek. Gdy w autobusie pojawiły się kobiety, mężczyźni natychmiast ustępowali miejsca (ja siedziałam wcześniej, więc ciężko mi ocenić) w tym swoim chaotycznym stylu. Mają na sobie głównie jeansy, inni tylko T-shirty, a czasem eleganckie koszule, jeszcze inni dodatkowo swetry, a nawet grube kurtki. Maseczki traktują wybiórczo. Nie wiem o czym rozmawiają, ale na pewno starają się rozładować wyczuwalne napięcie. Dziewczynka, która patrzy na mnie swoimi orzechowymi oczami ma może 12-13 lat. Obserwuje. To nie strach, a raczej próba zrozumienia sytuacji, w jakiej się znalazła.

Buty mają wyraźnie sportowe, wiedzą, że mają być wygodne. Niektóre aż pachną nowością. Przy wejściu do samolotu robią sobie zdjęcia, po wejściu na pokład tradycyjne zamieszkanie z miejscami, bo rodziny wcale nie mają miejsc obok siebie. Do mnie wszyscy zwracają się po rosyjsku. Za mną w tłoku Białorusin patrząc na mnie wymawia odpowiednik naszego soczystego "kurwa", niecierpliwiąc się, że nie może dotrzeć na swoje miejsce. Kilkuletni chłopiec z kolei na tyłach maszyny jest wyraźnie zmartwiony tym, że rozrywka na pokładzie jest płatna, a więc bajek w trakcie lotu nie będzie.

Choć boarding zaczął się 70 minut przed startem, o planowanej godzinie odlotu, czyli 18.50 wciąż usadzamy się w samolocie. Jest pełny. Z 40-minutowym opóźnieniem startujemy. Zasypiam. Po 40 minutach budzi mnie krzyk. W rzędzie przede mną zemdlała kobieta, Białorusinka, bo w samolocie jest duszno. Załoga pyta, czy na pokładzie jest lekarz, odpowiedzi brak, sami podejmują działania. Jest nerwowo, bo pojawia się pytanie o awaryjne lądowanie, ale na szczęście udaje się opanować sytuację i tego uniknąć.

Cały lot na pokładzie jest głośny i chaotyczny. Podchodzi do mnie młody człowiek, na oko lat sześć (nie ma górnych jedynek, jak moja córka) i wybucha perlistym śmiechem, gdy udaje mu się pociągnąć za troczki mojej saszetki, która zaciska się na brzuchu.

Z kolei mój iracki współpasażer przeprasza, że właśnie uderzył mnie głową w ramię we śnie.

Rozmowy w samolocie są trudne, bo bez internetu nie mamy translatora. Ale udaje mi się dowiedzieć, że jedni chcą studiować, inni przestać się bać, a inni skończyć z byciem głodnym. W Jemenie i Syrii od lat trwa wojna. Wiele osób w Polsce dopiero przez przygraniczny kryzys zaczyna sobie z tego zdawać sprawę. Ale czy rozumieć? Wiem, że gdybym nie miała jak nakarmić moich dzieci, zrobiłabym wszystko, by nie były głodne. Wszystko.

W Mińsku lądujemy o północy, we mgle. Załoga nie ma łatwego życia. - Siadać - krzyczy po arabsku, rosyjsku i angielsku, bo niektórzy tuż po przyziemieniu zaczęli zbierać się do wyjścia. W końcu wysiadamy i piechotą idziemy do terminalu. "No photo, no video" - uprzejmie informuje białoruska strażniczka widząc wszystkich z telefonami w ręku.

Na wejściu czekają pogranicznicy. Prosza ich o zaproszenie i/lub wizę. Wszystkich kierują na lewo. Mnie i Białorusinów na kontrolę paszportową. Dokąd lecę? Do Stambułu, a potem do Warszawy. Przyleciałam z Dubaju. - OK - rzuca pani w okienku prosząc tylko o dokumenty ubezpieczenia i wynik koronatestu. Pieczątka i tracę z oczu moich współpasażerów. Drugi bilet jest na nowej rezerwacji, więc czeka mnie siedem godzin nim wejdę w strefę transferową. Moich współtowarzyszy podróży nie znalazłam przez całą noc.

Rano na kontroli paszportowej okazało się, że w sumie mogłam, a nawet powinnam iść do transfer zony i pani strażniczka bardzo mnie przeprosiła, że panie z informacji popełniły błąd. W strefie transferowej w oczekiwaniu na lot do Stambułu miałam okazję oglądać przylot (w tej mgle to podjazd pod rękaw) maszyny Turkish Airlines ze Stambułu. Pełna. I znów, jak rejs z Dubaju, wyjście płytą lotniska, my wsiadaliśmy rękawem. Gdzie Łukaszenka schował migrantów, którzy jeszcze niedawno zapełniali korytarze? Nie wiemy. Wiemy jednak, że wciąż przylatują, choć na portalach społecznościowych, które śledzimy, coraz częściej szukają połączeń oraz opcji wizowych przez Ukrainę i Rosję.

Lotnisko w DubajuLotnisko w Dubaju Outriders

Zdjęcie zrobione podczas lotuZdjęcie zrobione podczas lotu Outriders

***
13.10.2021, g. 17:00

Ahmad z Dumy koło Damaszku (Syria) i jego siostra są nadal w Białorusi.

Ja i moja siostra chorujemy na talasemię. Gdyby nie ta choroba, nie wyjechalibyśmy z naszego kraju, ale trwające od 2011 roku działania wojenne sprawiły, że straciliśmy dostęp do leczenia i stan naszego zdrowia się pogarszał. Dowiedzieliśmy się od znajomych o szlaku do Europy przez Białoruś. Cała nasza rodzina musiała się złożyć na ten wyjazd, który kosztował 7000 USD (po 3500 USD na osobę). Mieszkaliśmy w Doumie niedaleko Damaszku, stamtąd ciągle wypychał nas reżim. Kiedy się dowiedzieliśmy o możliwości ucieczki, znaleźliśmy przemytników i kupiliśmy zaproszenie. Nie znam ich nazwisk ani twarzy, kontaktujemy się przez komunikatory, media społecznościowe. Oni się ukrywają, a po dogadaniu ceny pieniądze przekazywaliśmy osobie trzeciej. Potem dostaliśmy wytyczne kiedy stawić się na samolot i przylecieliśmy bezpośrednio 25 września z Damaszku do Mińska.

Jesteśmy ludźmi pracy. Ja skończyłem szkołę średnią i zacząłem studia na wydziale handlowym i ekonomicznym, ale musiałem je przerwać, bo system edukacji w Syrii nie jest sprawiedliwy i efektywny, musiałem też pracować. Moją ambicją jest elektrotechnika, pracowałem przy generatorach, silnikach i energetyce słonecznej. Moja siostra miała salon piękności. Kiedy przyjechaliśmy na Białoruś, samochód zawiózł nas na granicę. Kilkakrotnie próbowaliśmy przejścia i na Litwę, i do Polski, bo chcieliśmy się dostać do Niemiec, ale stan naszego zdrowia się pogorszył i wróciliśmy do Mińska. Teraz skończyła się nam ważność wizy. Wiem, że sytuacja jest trudna i żałosna, ale to wy jesteście krajami praw człowieka, to wy musicie nas chronić. Zostaliśmy oszukani. Nie przyjechałam tu mieszkać w krajach europejskich za pensję pomocy udzielanej uchodźcom. Jestem osobą, która potrafi się szybko uczyć i dobrze integrować ze społeczeństwem. Mam wszystkie umiejętności. Jeśli ambasady otworzyły nam drzwi do postępu, ułatwiły i przyspieszyły tempo imigracji, to wiemy, że Europa jest jedynym beneficjentem uchodźców, bo potrzebuje pracowników i ludzi do pracy, płacenia podatków, zużywania energii elektrycznej i opłacania rachunków. Gdybym chciał podróżować, przybyłbym z falą imigracji w 2015 roku. Jestem osobą doświadczoną przez życie i w tej szkole nauczyłem się, że dobre serce to największy ból dla człowieka.

Od redakcji Outriders: Rodzeństwo wyjechało z Mińska do innego miasta. Ze względu na ich bezpieczeństwo nie ujawniamy, gdzie są, ale my to wiemy. Ahmad w ciężkim stanie trafił do szpitala, bo od 20 dni nie miał transfuzji krwi - poinformowała jego siostra. Nie został przyjęty, bo nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Chcą prosić o azyl w Polsce i leczenie talasemii.

Lot do MińskaLot do Mińska Outriders

***

13.10.2021, g. 15:00

Pod koniec września w Wilnie otwarto ośrodek dla migrantów. Jako miejsce wybrano dawne schronisko dla bezdomnych w Naujininkai, dzielnicy Wilna położonej bardzo blisko dworca kolejowego. Obiekt jest ogrodzony wysokim murem. Początkowo przyjęto tu 80 osób. Kolejne 200 osób, głównie rodzin z dziećmi, ma trafić w październiku. - Wczoraj [26.09.2021] pierwsi migranci dotarli na miejsce. W obozie jest około 80 osób, w tym 32 dzieci i dziewięcioro niemowląt - mówiła dziennikarzom minister ubezpieczeń społecznych i pracy Monika Navickien?. W ośrodku znajduje się gabinet lekarski, a każda osoba otrzymuje miesięczny zasiłek w wysokości 77 euro. Większość migrantów mieszkających w Naujininkai to Irakijczycy, ale też Syryjczycy i Afgańczycy. Zostali przeniesieni do Wilna z ośrodków namiotowych m.in. z Medininkai. Większość z tych osób złożyła wnioski o azyl. Z oficjalnego pisma wysłanego nam przez straż graniczną wynika, że osoby, które ubiegają się o azyl, mają zakaz rozmowy z dziennikarzami. Mogą natomiast wychodzić na zewnątrz i robią to, zewsząd słychać głosy, szczególnie bawiących się dzieci.

Dawne schronisko dla bezdomnych w Naujininkai (Wilno)Dawne schronisko dla bezdomnych w Naujininkai (Wilno) Outriders

***

13.10.2021, g. 13:00 

Wybraliśmy się z Bejrutu do obozu dla uchodźców w dolinie Bekaa w Libanie, aby zrozumieć, dlaczego ludzie, a nawet pary z dziećmi, ryzykują życie w zimnym lesie na Białorusi, próbując przedostać się do Europy.

W wypełnionym kurzem obozie, w białym namiocie przykrytym czarnymi oponami przebywa rodzina, której syn Ibrahim i sąsiad Hassan w najbliższych dniach wyruszą na Białoruś. Ibrahim ma 25 lat, dziesięć z nich spędził w tym właśnie obozie dla uchodźców w Libanie. Mówi, że nie ma nic do stracenia. Obok niego siedzi jego matka. – „Moja rodzina niepokoi się, ale rozumie sytuację" – tłumaczy Ibrahim, który nie chodził do szkoły, odkąd dziesięć lat temu przybył do Libanu. Wtedy w jego kraju wybuchła wojna domowa. Czasami Ibrahim wykonuje jakieś drobne prace. 

Obóz dla uchodźców w dolinie Bekaa w LibanieObóz dla uchodźców w dolinie Bekaa w Libanie Obóz dla uchodźców w dolinie Bekaa w LibanieFot. Outriders

Jego sąsiada, 35-letniego Hassana, również czeka w tym miesiącu podróż. „Muszę coś zrobić dla mojej rodziny" – wyjaśnia, wskazując na swoje niepełnosprawne dziecko. Podczas wywiadu bawi się piłką obok potomka.

Hassan dowiedział się od innych syryjskich uchodźców, że ludzie trafiają do Niemiec, lecąc z Libanu na Białoruś. – „Niektórzy z nich powiedzieli mi, że to trudne". Czytał, że w lesie znaleziono ciała dwóch osób. Inni radzili mu, „żeby wziąć zimowe ubrania i trochę słodkiego jedzenia, jak daktyle, aby wytrzymać w lesie".

Podobnie jak w przypadku tych Syryjczyków, brak możliwości rozwoju dla młodych ludzi skłonił wielu z nich, w tym pary z dziećmi, do rezerwacji wyjazdowych pakietów wakacyjnych na Białoruś, a następnie zapłacenia przemytnikom za przewiezienie ich w kierunku polskiej granicy. To nowy szlak migracyjny do Europy.

„Pokaż światu, jak żyją tu Syryjczycy. Zgłosiłem władzom, że mój 13-letni syn został zgwałcony w tym obozie i nikt nic z tym nie robi" – mówi sąsiad. Wyjaśnia, że czasami mają miejsce nocne naloty. Wyprowadzają wtedy wszystkich mężczyzn na zewnątrz. – „Pewnej nocy zmusili starszego mężczyznę do biegania, tylko po to, żeby się z niego śmiać".

W innym namiocie kolejna rodzina i kolejna historia utraty nadziei na lepsze życie. Podczas przeprowadzania wywiadów syryjska dziewczyna z podekscytowaniem wpatruje się w notatnik reportera. – „Moje dzieci nie potrafią nawet napisać swoich imion, a mają 13 i 18 lat" – mówi 57-letni Hussein, Syryjczyk z Dary, miasta, w którym dziesięć lat temu wybuchła syryjska rewolucja, a potem wojna domowa.

Hussein wyjaśnia, że przez lata mówiono im, że „szkoły są pełne". Mówi, że złożyli kilka próśb, „a kiedy przyszli urzędnicy z organizacji pozarządowej, spisali nasze dane i zrobili zdjęcia, ale nigdy nie wrócili". Według Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) w Libanie przebywa ok. 488 000 dzieci syryjskich uchodźców w wieku szkolnym. Ponad połowa z nich nadal nie uczęszcza do szkoły.

Dla uchodźców, którzy się uczą, przyszłość również nie jest obiecująca. Seedra chodzi do szkoły i lubi uczyć się „arabskiego, matematyki, fizyki, chemii…", wymienia. – „Chciałabym być prawnikiem, ale jako uchodźcy syryjscy nie możemy być prawnikami w Libanie, więc zamierzam studiować pielęgniarstwo" – podsumowuje Sedra.

***

13.10.2021, g. 11:00

Skąd jesteś? - Z Warszawy. - "Jak się masz" - zagaja ładnym polskim steward FlyDubai.

- Latamy tam od września, a jeszcze nie miałem okazji zobaczyć miasta, a podobno jest piękne - dodaje. FlyDubai, low cost Emirates od niedawna lata z polskiej stolicy do Dubaju. Z Warszawy mimo planowych 6 godzin dolatujemy w 5. Samolot jest obłożony w około 40 procentach, pasażerowie to głównie Polacy. Ale na gigantycznym lotnisku w Dubaju jest już totalna wieża Babel.

Ja ląduję na terminalu 3, więc nie mogę sprawdzić samolotów Belavii z Mińska, a takie dwa przylatują do południa, ani odlotu jednego z nich o 13 do stolicy Białorusi, ale po przylatujących na mój terminal lotach mogę się domyślać obłożenia w obu kierunkach. I ten do Mińska na pewno był pełny. Na mój terminal przyleciała maszyna Emirates z Bagdadu, stolicy Iraku. Przy tzw. transfer desku ustawiła się duża grupa pasażerów tylko tego lotu. A słowo "Mińsk" łatwo dało się wychwycić. Z mojego terminalu, ale dopiero wieczorem, ma odlecieć FlyDubai do Mińska.

#Wizadonikąd akcja Gazeta.pl i Outriders#Wizadonikąd akcja Gazeta.pl i Outriders Outriders

Irak m.in. z powodu nacisków UE wstrzymał bezpośrednie loty z Bagdadu do Mińska, jednak nie ma najmniejszego problemu, by do stolicy Białorusi dostać się z Bagdadu przez Dubaj. Rejsy na tej trasie realizuje m.in. Emirates. Wcześniej z Bagdadu do Mińska bezpośrednio latały samoloty Iraqi Airways. Tak do Mińska dostał się Khadim, który dziś na swoje lepsze jutro czeka w litewskim obozie i o którym opowiadałam Wam wczoraj.

- Bagdad, Bagdad! - krzyczy gromko od 12 pracownica Emirates w charakterystycznym dla tych linii lotniczych stroju. Od 11.40 tablica pokazywała "last call", od 12 "gate closed", ale do 12.20, przy akompaniamencie wzywającego na modlitwę muezina chyba zebrano komplet.

Postanowiłam sprawdzić, jak wygląda obłożenie lotów na trasie Dubaj-Stambuł obsługiwanej przez Emirates. Jedyne 20 minut marszu na drugi koniec terminala i można to zrobić. Tłoczno, ale patrząc po paszportach lecieli jednak Turcy i obywatele ZEA.

Do Dubaju przylatują również samoloty z migrantami z Bejrutu (taką drogę pokonują na przykład Syryjczycy, jak bohaterka naszego reportażu Dżamila) czy Kairu. A obywateli m.in. Jemenu, Iraku i Syrii oczekujących na lot do Mińska FlyDubai można było w małych grupach spotkać wszędzie. Zarówno rodziny z dziećmi, jak i mężczyzn w różnym wieku.

Czy to, że FlyDubai i Belavia nie latają do Mińska z tego samego terminala ma związek z obecnym kryzysem uchodźczym i ociekające złotem Emirates nie chcą sobie psuć wizerunku na "swoim terminalu"? Nie, bo taki podział wynika z przypisania poszczególnych linii danym terminalom na tak dużych lotniskach, by był porządek. Ale nam to zdecydowanie utrudniło pracę.

***

13.10.2021, g. 9:00

Nazywam się M., jestem z Jemenu. Mam dwadzieścia lat.

Mieszkałem w Jemenie do 2018 roku, potem wyjechałem do Malezji, tam pracowałem przez jakiś czas, ale potem nie mogłem już przedłużyć pobytu. W Jemenie trwa wojna. Nie masz na nic wpływu, po dziewiątej klasie zabierają cię do wojska. Albo to, albo zabiją cię lub aresztują. Możesz uniknąć armii, ale to kosztuje 10 tys. dolarów.

O szlaku dowiedzieliśmy się z mediów społecznościowych. Facebook, Twitter. Zaczęło się od zaproszenia do Białorusi, zorganizowanie tego trwało jakieś dziesięć dni. Potem przyjechałem do Mińska, tam spędziłem kolejne trzy dni i potem powiedzieli, żebym wziął taksówkę. Kierowca miał mnie zostawić blisko granicy, ale tego nie zrobił. Zażądał 300 dolarów ekstra za dowiezienie we właściwe miejsce, a kiedy nie chciałem mu ich dać kazał mi i pozostałym wysiadać.

Szliśmy jakieś 20 kilometrów, ja i jeszcze dwie osoby, zanim zatrzymała nas białoruska armia. Krzyczeli na nas. Moi towarzysze nie mówili po angielsku, za tłumacza robiłem ja. Zabrali nam papierosy, spytali, czy chcemy dostać się na granicę. Kazali czekać na ciężarówkę, która ma nas tam zabrać. Ale ciężarówka nie przyjechała. Po półtorej godziny po prostu zaczęliśmy iść. Wyruszyliśmy o godz. 18, o godz. 22 zatrzymał się przy nas czarny samochód. Wypadło z niego pięciu mężczyzn w kominiarkach. Złapali pozostałych dwóch, ja zacząłem uciekać. Jeden z zamaskowanych mężczyzn dogonił mnie, zaczęliśmy się szarpać. Potem dobiegł drugi. Bili mnie i kopali, ciągnęli po ziemi. Zabrali nam wszystkim pieniądze i połamali karty SIM, zostawili jedzenie i telefony. Kazali wracać do Mińska.

Obóz dla uchodźców w EisenhüttenstadtObóz dla uchodźców w Eisenhüttenstadt Outriders

Nie wiem, skąd byli. Wydaje mi się, że mówili między sobą po rosyjsku. Jeden z nich uderzył mnie w twarz. Nie rozumiałem, co do mnie mówi, więc w pewnym momencie… Wyjąłem telefon i użyłem translatora, żeby go zrozumieć. Tłumaczył z rosyjskiego. Wróciliśmy do lasu i schowaliśmy się, poszliśmy spać. Wrócili o drugiej w nocy. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli, gdzie jesteśmy. To chyba była armia, ale byli ubrani jak wy, dżinsy, bluzy. Znowu nas pobili, znowu mówili, żebyśmy wracali do Mińska. Jednej z osób, z którymi byłem, złamali nogę.

Zadzwoniliśmy na policję. Przyjechali po 20 minutach, zabrali nas na posterunek i przesłuchali. Pokazaliśmy nasze obrażenia, tę złamaną nogę też, ale nie chcieli nas słuchać. Zamknęli nas na noc w areszcie. Rano, kiedy nas wypuścili, powiedzieli, że jeśli chcemy iść do Polski, mamy nie dzwonić więcej na policję. Powiedzieli: "białoruska armia i straż graniczna pomoże wam dostać się do Polski".

Spróbowaliśmy jeszcze raz. Znowu spotkaliśmy białoruską armię, wzięli od nas po 600 dolarów i pokazali, którędy mamy iść. Poszliśmy. Było nas dwunastu. Zabrali nas ciężarówką do obozu po stronie Białorusi. To było gdzieś za Brześciem. Tam spotkałem nowe osoby, moja grupa liczyła ich już 22. W samym obozie było ponad 300 osób, może 400. Były dzieci, kobiety. Wiele płakało. Nie dawali tam wody ani jedzenia, ludzie mieli tylko to, co wzięli.

Powiedzieli, że możemy iść tylko do Polski. Że będziemy próbować znowu i znowu, ale do Mińska nie możemy zawrócić. W nocy zebrali wszystkich z obozu i wzięli na granicę. Kazali być cicho, nie palić, a jeśli zobaczymy światło, paść na ziemię. Tak zrobiliśmy. Białorusini przecięli drut na granicy i puszczali nas, grupa za grupą.

Byliśmy w tym lesie cztery dni. Skończyła nam się woda i jedzenie. Słyszeliśmy ludzi z psami, może polską straż graniczną, ale schowaliśmy się przed nimi. Potem zadzwoniliśmy na numer "taksówki". Żeby dostać ten numer, musieliśmy zapłacić 2000 euro. Za osobę. Każda z 22 osób musiała zapłacić 2000 euro [za transport spod białoruskiej granicy po polskiej stronie - przyp. Outriders]. Ludzie, którzy to organizują, to Syryjczycy i Jemeńczycy.

Kierowca kazał nam iść do jednego punktu, a potem do następnego. Wiedzieliśmy jak iść dzięki GPS, użyliśmy opcji "share location", żeby on widział, gdzie jesteśmy. Kiedy się spotkaliśmy, kierowca spytał, gdzie chcemy jechać. Powiedzieliśmy "Berlin". Jechaliśmy jakieś 7 godzin. Wyrzucił nas przy moście na Odrze. Powiedział, że za dowiezienie do Berlina musimy zapłacić jeszcze 1750 euro od osoby. Nie mieliśmy takich pieniędzy, chcieliśmy żeby zabrał nas i tak, ale nie zgodził się. Z całej grupy tylko dwie osoby zdecydowały się zapłacić. One pojechały, nas wysadził.

Byliśmy od trzech dni bez wody i jedzenia, więc zadzwoniliśmy na niemiecką policję. Przyjechali i nas zabrali. Dali wody, jedzenie i ubranie. Jedną osobę z grupy zabrali do szpitala, a nas przywieźli tutaj [do ośrodka w Eisenhuttenstadt - przyp. Outriders]. Warunki tutaj są w porządku. Chcielibyśmy zostać, w Niemczech albo jakimkolwiek innym kraju tutaj, bezpiecznym. Chcielibyśmy nauczyć się języka, studiować. Ważne, żebyśmy byli bezpieczni. Moja rodzina została w Jemenie. Chciałbym, żeby tu przyjechali. Żeby też byli bezpieczni. Droga jest bardzo niebezpieczna, można zginąć, ale musiałem zaryzykować. Nie robi mi różnicy, czy zginę próbując się dostać tutaj, czy w Jemenie.

***

12.10.2021, g. 20:00, lotnisko w Stambule

O 7.10 lokalnego czasu na lotnisku w Stambule, w którym spędziłam noc, miał rozpocząć się pierwszy lot do Mińska, liniami Turkish Airlines. Pod bramką (gatem) zgromadziła się kolejka na tzw. boarding. Na pierwszy rzut oka pasażerowie wydawali się być Słowianami. Dopiero później wszyscy, kto siedzieli dookoła mnie, udali się w stronę korytarza. Byli to przeważnie młodzi mężczyźni arabskiej urody. Trochę Afrykańczyków.

Dziesięć minut przed wylotem pozostają tylko puste krzesła, a pod jednym z nich - biały różaniec.

Następny rejs był mniejszy. O 13.20 startowałą Belavia. Kolejki na pokład prawie nie dało się zauważyć. Po ogłoszonym przez obsługę lotniska "last callu" widziałam raz na jakiś czas ludzi śpieszących do bramki. Co ciekawe, dookoła mnie było pusto. Początkowo dwie osoby zawrócono, ale po kilku telefonach - udało im się wejść na pokład. Tu były rodziny, widziałam dwie młode Arabki. Mimo wszystko większość z tych, którzy wsiedli na pokład, byli młodymi Arabami. Patrzyłam na nich: są młodzi, dobrze ubrani, ale za parę dni po lądowaniu zapewne już będą w błocie gdzieś w okolicy polsko-białoruskiej, a może litewsko-białoruskiej granicy.

Lotnisko w StambuleLotnisko w Stambule Fot. Outriders

Następny samolot o 17.40 i znowu przewoźnikiem jest Belavia. W poczekalni obok mnie siedzi młody chłopak, około dwudziestoletni, i trzyma w rękach paszport, z którego pomiędzy stronami wystawie fioletowy chaber - logo Belavii. Kobieta, Hinduska z córką razem ze mną obserwują jak przygotowują samolot przed wylotem. Młody chłopak, cały czas w różnych planach fotografuje swój czarny paszport z Jemenu i bilet. Nie mogę nie zwrócić uwagi na jego białe, jak nowe, sneakersy. Obok siada młoda rodzina z Iraku, testy mają zrobione w Turcji. Powoli poczekalnia się wypełnia. Białorusini w tym samolocie będą w zdecydowanej mniejszości.

Piętnaście minut przed wylotem na sali zostało tylko parę osób, które albo się spóźniły albo czekają aż skończy się kolejka. Last Call for Mińsk i już jest kolejna arabska rodzina przy wejściu na pokład.

Dziesięć minut przed i już nikogo nie ma. Pozostaje tylko obserwować samolot, na którym ludzie szukają lepszego życia, ale trafią donikąd.

***

12.10.2021, g. 17:00

Verebiejai to wieś w okręgu Alytus na Litwie, położona 12 km na północ od Simnas. W lipcowym artykule africanews.com przeczytaliśmy, że "setki uchodźców" mieszkają obecnie w tej małej wsi, w budynku opuszczonej szkoły. Jedziemy tam.

W międzyczasie uczymy się, jak jest szkoła po litewsku, bo bez znajomości takich słów nigdzie nie bylibyśmy w stanie dotrzeć. "Mokykla" - to jej szukamy. Myślimy, że na wsi nie powinno to być trudne, ale jednak mamy tu dwie puste szkoły. Idziemy do sklepu. Pani pokazuje, gdzie jest ta szkoła. Mówi, a raczej pisze przez Google Tłumacza, że przez trzy miesiące było tu ok. 160 uchodźców: kobiet, mężczyzn i dzieci. Idziemy do szkoły. Z drugiej strony jest wejście do biblioteki.

Outride.rsOutride.rs Opuszczona szkoła w Verebiejai na Litwie

Bibliotekarka potwierdza nasze informacje, dodaje, że uchodźcy dwa tygodnie temu zostali przeniesieni do innego ośrodka i byli tu od lipca. - Większość z nich była z Iranu oraz z Afryki - mówi. Gdy pytamy, jak reagowali miejscowi, dodaje: "Bali się na początku, ale się przyzwyczaili". Przed budynkiem stoją trzy kosze na śmieci, w których znajdują się ubrania. Dobre ubrania. Pani potwierdza, że należały do migrantów. Mówi również, że zostaną poddane recyklingowi, ponieważ "oni ich już teraz nie potrzebują".

Na teren szkoły nie możemy wejść.

Kosze z ubraniami przed szkołą w Verebiejai na LitwieKosze z ubraniami przed szkołą w Verebiejai na Litwie Outride.rs

***

12.10.2021, g. 15:00

Osoba, którą zaczepiamy po polskiej stronie Odry, w Słubicach, twierdzi, że to wszystko musi być "rozdmuchane". "Widuje się czasem ludzi, których łapią na moście, ale rzadko. Poza tym oni [policja] lecą w kulki, siedzą w samochodzie i mało robią".

Z naszych danych wynika, że to co robią, robią całkiem skutecznie. Kilka dni wcześniej rzecznik policji, Jens Schobranski, twierdził, że o większości prób przekroczenia granicy wiedzą z dużym wyprzedzeniem. Dostają informację, gdzie migranci spróbują się przedostać i tam wysyłają jednostki. Dowiedzieliśmy się również, że większość transportu do Niemiec realizowana jest vanami lub taksówkami. Ruch jest natomiast tak duży, że trudno oszacować liczbę osób codziennie przekraczających granicę.

Polsko-niemiecka granicaPolsko-niemiecka granica Outriders

Sam Frankfurt nocą zaludniają jedynie grupki pijanej młodzieży, ktokolwiek przekraczałby most o tej porze, byłby bardzo widoczny. W mediach pojawiały się jednak doniesienia o grupach próbujących dostać się do Niemiec przez most kolejowy przy stacji cargo, kilka kilometrów dalej. Droga tam wydaje się idealna - dobra, ale prawie nieuczęszczana, do tego prowadzi na obrośnięte drzewami obrzeża miasta. Na moście, tuż przy miejscu, gdzie styka się z brzegiem, trawa na skarpie jest mocno wydeptana, przetarta aż do ziemi. Widać ślady stóp. Szło tędy co najmniej kilka, może więcej osób. Ale tej nocy nikt nie schodzi z mostu nam naprzeciw.

Kiedy wracamy, zatrzymuje nas patrol policji. Zareagowali w 5-6 minut, twierdzą, że widzieli nas na kamerach przy moście. 5-6 minut. Ktokolwiek próbuje się dostać do Niemiec, raczej nie pozostaje niezauważony. Najskuteczniejszą metodą muszą być duże mosty i masowy ruch samochodowy.

***

12.10.2021, g. 13:00

Irakijczyk Kadhim Mazin jest teraz w obozie na Litwie. Był to bezpośredni lot (Iraqi Airways) z Bagdadu do Mińska z biurem podróży AL-Nayzak.

Pokój w obozie na LitwiePokój w obozie na Litwie Kadhim Mazin

"Litewski rząd nie wspiera LGBTQ, ale musiałem się tu ubiegać o azyl, bo inaczej oskarżą mnie o nielegalny wjazd do ich kraju. Moim celem była Finlandia lub Niemcy, ponieważ te państwa chronią osoby LGBTQ, a ludzie są bardziej tolerancyjni w stosunku do gejów" - mówi.

Ważne jest to, że Irak właśnie wstrzymał bezpośrednie loty z Bagdadu do Mińska (ale nadal możliwy jest lot przez Dubaj)

***

12.10.2021, g. 11:00

Zdecydowałam się opuścić Liban, ponieważ życie w Libanie jest bardzo trudne dla Syryjczyków. Trudno o dokumenty do legalnej pracy, trudno o cokolwiek, bo nas tam po prostu nie chcą. Jestem inżynierem. Chciałabym normalnie pracować w zawodzie. Mój przyjaciel wyjechał w sierpniu do Niemiec przez Białoruś i powiedział, że to łatwe. Może wtedy tak było, ale to się na pewno zmieniło. To nieprawda, że jest to łatwe. Opowiadam wam swoją historię, aby ludzie nie wydawali pieniędzy na te koszmarne podróże. W Bejrucie dowiedziałem się od znajomych, że przez Białoruś można łatwo dostać się do Europy. Takie usługi oferuje wiele biur podróży w Bejrucie. Ale ja nie skorzystałam z biura podróży, tylko dostałam numer do kobiety i ona prowadziła całą sprawę.

Zaproszenie i przelot przez Dubaj kosztowały 2000 USD. Polecieliśmy FlyDubai do Dubaju (wylot z Bejrutu 18 września o 10.00), na lotnisku w Dubaju czekaliśmy ok. 15 godzin i 19 września 2021 roku wylądowaliśmy na lotnisku w Mińsku o 11.30.

Ponieważ mieliśmy tylko zaproszenie, trzeba było jeszcze wyrobić wizę, jak się okazało dodatkowo płatną – 250 USD. A na lotnisku było bardzo dużo ludzi. Zebrano nas wszystkich razem, jakieś 500 osób, na drugim piętrze. Bez jedzenia i wody spędziliśmy tak 48 godzin. Niektórym, gdy zabierano paszporty, one w tym chaosie ginęły, podobnie jak pieniądze „na wizę".

Po dwóch koszmarnych dniach na lotnisku zabrano nas do hotelu Willing w Mińsku.

Wielu się dziwi, że telefony nam działają? Przed wyjazdem jeszcze dostaliśmy listę rzeczy do zabrania: m.in. woda, ciastka, powerbanki największej mocy (mieliśmy po 30-40 tysięcy miliamperów każdy), kurtki przeciwdeszczowe i nożyce do cięcia płotu. Ja kupiłam kartę białoruską i dlatego mieliśmy zasięg i internet. 

23 września 2021 r. o godzinie 15.30 pod hotel przyjechały auta. Transport do polskiej granicy kosztował kolejne 200 USD od osoby. Pora była wybrana specjalnie, by na pogranicze dojechać już wieczorem, gdyż granicę forsuje się tylko pod osłoną nocy. Przez wiele godzin chodziliśmy po polach kukurydzy, wiedzieliśmy, że do Polski mamy 3 km.

Dżamili mimo kilku prób nie udało się dostać do Polski. Została na Białorusi.

***

12.10.2021, g. 9:00 

Kryzys migracyjny nie jest teraz - to co dzieje się na polsko-białoruskiej nie spełnia takich kryteriów. Jednak sześć lat temu - wtedy można było o tym mówić. Wtedy przez kilka miesięcy do Europy docierali uchodźcy - najwięcej tzw. drogą bałkańską, która wiodła przez Grecję, Macedonię, Serbię, Węgry albo Chorwację, Słowenię do Austrii i Niemiec. 

Kryzys migracyjny - zdjęcia z Węgier i BudapesztuKryzys migracyjny - zdjęcia z Węgier i Budapesztu Kryzys migracyjny - zdjęcia z Węgier i Budapesztu/Fot. Outriders

Na początku września 2015 - świat obiegły zdjęcia z Węgier i Budapesztu. Rząd węgierski już od dłuższego czasu prowadził anty-migrancką kampanię na billboardach w całych krajach. Nie przewidział jednak, że mieszkańcy na widok ludzi w potrzebie, aż tak mocno się zorganizują. W Budapeszcie powstawały punkty z jedzeniem, z ubraniami, wiele miejsc do spania. Były też specjalne patrole obywatelskie, który chroniły uchodźców przed policją i zabierały do mieszkań, w których mogli spędzić noc.

Ten zryw pomocy nie był na rękę władzom - szybko przystąpiły do budowy muru i zablokowania swojej granicy z Serbią.

Łatwiej straszyć kimś kogo nie widać.

***

11.10.2021, g. 22:30

Jesteśmy w Kybartai na Litwie, miasteczku położonym tuż przy granicy z obwodem kaliningradzkim. Jeszcze niedawno znajdowały się tutaj zakłady karny i poprawczy (więźniowie zostali przeniesieni do innych zakładów karnych). Obecnie podniesiony szlaban zachęca do wjazdu na teren, gdzie za wysokim murem z drutem kolczastym mieszkają uchodźcy.

W sierpniu zapadła decyzja, że zostaną tu przeniesione osoby z obozu namiotowego na poligonie w Rudninkai (ok. 800 migrantów). Czekamy na ranek...

***

11.10.2021, g. 21:00.  "Przyjechałem do Niemiec 3 stycznia 2016"

Z N. właśnie przybyłym Irakijczykiem rozmawiamy przed bramą ośrodka w Eisenhuttenstadt.

- Przyjechałem do Niemiec 3 stycznia 2016 - mówi N. Tego samego roku o azyl w Niemczech poprosiło ponad 700 tys. osób.

Dziś w Niemczech przebywa ponad milion, a według niektórych prawie dwa miliony, osób, które pokonały podobną drogę. Nierzadko to oni są pierwszym kontaktem dla tych, którzy próbują dostać się do Europy przez Białoruś.

Doświadczenie 2015 roku oznacza, że Niemcy wypracowali cały system, którego celem jest radzenie sobie z napływem ludności. Do końca 2018 roku 72 procent z tych, którzy ubiegali się o azyl uzyskało ochronę i pełną możliwość podjęcia pracy. Kolejne 17 procent mogło pracować, ale z ograniczeniami.

Z fali uchodźców w 2015 i 2016 r. początkowo tylko jeden na stu deklarował znajomość języka niemieckiego w stopniu dobrym lub bardzo dobrym. Po kilku latach była to prawie połowa. I choć w pewnym momencie blisko 70 proc. Niemców uważało, że napływ obcokrajowców są największym wyzwaniem dla kraju, to ich zaufanie, że rządzący potrafią mu sprostać nigdy nie spadło poniżej 50 proc. W 2019 roku obywatele Niemiec za ważniejszy problem uznali zmianę klimatu.

To oczywiście tylko dane. Aktywistka z centrum pomocy prawnej dla uchodźców w Berlinie twierdzi, że przejście przez machinę biurokratyczną Niemiec to dla migrantów "piekło".

W Eisenhuttenstadt spotykamy między innymi Afgańczyków, którzy przebywają tam już ponad pół roku. Tutejszy ośrodek to jedno z tak zwanych "initial reception centers", gdzie trafiają przechwyceni przez niemiecką policję migranci, w tym Irakijczyk, którego przyprowadził N. Rezydentów jest teraz znacznie więcej niż przeznaczonych dla nich miejsc, na terenie ośrodka rozłożono wojskowe namioty.

Jutro wejdziemy do środka.

***

11.10.2021, g. 19:00. Na Litwie trwa kryzys migracyjny o niespotykanej skali i sile

Od początku 2021 r. na Litwę przybyło nielegalnie ponad 4100 migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Środkowej. Według danych litewskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z sierpnia 2021 r. prawie połowa z nich pochodziła z Iraku i podróżowała samolotami z Bagdadu do Mińska. 200 migrantów przybyło z Demokratycznej Republiki Konga, a 131 – z Kamerunu – dwóch innych najliczniejszych narodowości przybywających na Litwę po Irakijczykach.

Kryzys migracyjny o takiej sile jest nowym zjawiskiem na Litwie, kraju liczącym 2,7 mln mieszkańców, graniczącym z Białorusią, Polską i Łotwą. W całym 2020 r. odnotowano tu 74 nielegalne przyjazdy, a rok wcześniej – tylko 37. Litewski rząd, którego niepokoi liczba migrantów, zdecydował o rozpoczęciu budowy muru wzdłuż granicy z Białorusią i oskarżył Aleksandra Łukaszenkę o celowe działania i odwet za sankcje UE oraz wsparcie dla opozycji białoruskiej w tym Swiatłany Cichanouskiej, która przebywa na Litwie. Od 2 lipca 2021 r. obowiązuje stan wyjątkowy na terytorium całego kraju.

Reporterzy Outriders są na miejscu, aby poznać, zrozumieć i dowiedzieć się więcej o tym, jak wygląda droga ludzi, którzy trafiają na Litwę.

***

11.10.2021, g. 17:00.  Syryjczyk przebywający w Libanie: „Migracja to nie tylko pieniądze, rozpoczęliśmy syryjską rewolucję, wzywając do szacunku, a tutaj tego szacunku nie otrzymaliśmy"

- Moi rodzice nie wiedzą, że moja siostra przebywa w lesie na Białorusi. To starsi ludzie, nie chcę ich martwić – wyjaśnia Syryjczyk, gdy siedzimy w kawiarni w Bejrucie. Pokazuje nam kilka filmów, na których widać grupę ludzi ukrytych w lesie. – Siostra wysłała mi dzisiaj te filmy – dodaje. Pytamy go, czy się o nią martwi: - Pójdzie przed siebie, nie ma tutaj nic do roboty. Jego siostra ma 30 lat, studiowała inżynierię, ale nie ma dla niej pracy. Kiedy więc dowiedziała się że w Bejrucie jest biuro podróży oferujące zorganizowaną podróż do Białorusi, nie wahała się i wyjechała.

Kryzys w kryzysie, czyli syryjscy uchodźcy w Libanie

Ta syryjska rodzina przybyła do Libanu w 2013 r. Setki tysięcy Syryjczyków, którzy uciekają ze swojego kraju, trafiają do Libanu, do centrum kryzysu finansowego, politycznego i zdrowotnego. Nie mają jednak nic do stracenia. Według Wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców pod koniec 2020 r. w Libanie, w kraju liczącym mniej niż 7 mln ludzi, przebywało ok. 865 531 syryjskich uchodźców. Według Banku Światowego Liban przeżywa jeden z najpoważniejszych kryzysów na świecie – w 2020 r. realny PKB skurczył się o 20,3 proc., a PKB per capita spadł o ok. 40 proc.

Dlaczego w lesie na Białorusi są rodziny z dziećmi, które ryzykują życiem?

- Głównym powodem jest to, że jeszcze przed kryzysem uchodźcy syryjscy w Libanie mogli pracować tylko w trzech dziedzinach: rolnictwie, robotach budowlanych i wywozie śmieci, a jeśli myślimy o ich przyszłości, to nie ma szans na rozwój – wyjaśnia badaczka pracująca w Dolinie Bekaa, godzinę drogi od Bejrutu. Przez ostatnie miesiące słyszała historie o przyjaciołach koleżanki, która zna kogoś, kto podróżował do Białorusi. Część z tych wyjazdów zakończyła się sukcesem i ludzie są obecnie w Niemczech. Część podróży nie udała się i migrujący są uwięzieni na granicy białorusko-polskiej. Jednak niektórzy wciąż próbują tej niebezpiecznej podróży.

- Myślę, że tylko połowa uczniów w wieku szkolnym chodzi do szkoły, a ci, którzy chodzą do szkoły, chodzą po południu. Nie uczą się z dziećmi libańskimi – kontynuuje badaczka. - Jeśli jesteś więc rodzicem i nie możesz zagwarantować przyzwoitego życia, edukacji i przyszłości dla swojego dziecka, próbujesz – kontynuuje.

Badaczka wyjaśnia, że obecne warunki życia Syryjczyków podczas kryzysu w Libanie są jednym z powodów, które skłaniają ich do podróży. - Kolejny powód to fakt, że podróż po prostu jest możliwa, nie jest tania, ale 2 tys. dol. to suma, którą rodziny mogą zebrać. „Ludzie uważają też, że las nie jest tak niebezpieczny jak morze, nawet jeśli to nieprawda".

Jest jeszcze inny powód. Ta badaczka wyjaśnia, że kiedy sytuacja na granicy białorusko-polskiej znacznie się pogarszała, porozmawiała z przyjacielem, syryjskim lekarzem. Zapytała go: - Jeśli ci ludzie mają 2 tys. dolarów, to dlaczego nie zostaną? Mogliby przeżyć kilka miesięcy w Libanie. Lekarz odpowiedział – To kwestia ludzkiej godności i szacunku. Nie chodzi o pieniądze; rozpoczęliśmy syryjską rewolucję nie z powodu pieniędzy. Zaczęliśmy domagać się wolności, godności i szacunku, a tego szacunku tutaj nie dotarliśmy, więc niektórzy ludzie są gotowi zaryzykować swoje życie, aby znaleźć miejsce, w którym byliby traktowani z szacunkiem.

Kiedy rozmawialiśmy z Syryjczykiem, którego siostra znajduje się obecnie na białoruskiej granicy, jedynym światłem na ulicy były lampy restauracji. System elektroenergetyczny Libanu załamał się w sobotę, ponieważ rząd miał problemy z opłaceniem rachunków za paliwo. Dobiegający z ulic dźwięk to dźwięk generatorów prądu w hotelach i u tych szczęściarzy, których na to stać. Reszta miasta pogrążona jest w ciemności.

***

11.10.2021 Dżamila: Żołnierze odstawili nas na stronę białoruską

Mam na imię Dżamila, jestem Syryjką, do Mińska przyleciałam z Bejrutu, z Libanu. Zdecydowałam się opowiedzieć tę historię, by była przestrogą dla innych. By ludzie nie wydawali oszczędności życia na podróż, podczas której ich i ich pieniądze mogą pochłonąć bagna na białorusko-polskiej granicy.

Białoruscy żołnierze gdzieś nas przewieźli, próbowali nawet żartować, że pomogą się nam przedostać do Polski. Jednak okazało się, że nie żartują. Zawieźli nas kolejne dwa-trzy km dalej i w nocy pokazali, jak się przecina płot. Zdążyliśmy zrobić dziurę i pojedynczo dostać się do Polski. To był 28 września w nocy. W tym miejscu było pole i jakieś drzewa. Szliśmy po cichu w jakiejś rzece 300 m, by schować się w lesie i nie wystraszyć ludzi, bo zaraz była jakaś mała wioska.

Nie chcieliśmy, by wezwali policję. Ja byłam tak zmęczona, że praktycznie zasnęłam, gdy szłam. Mimo ostrożności trafiliśmy na polskich żołnierzy. Odprowadzili nas pod płot i wypchnęli o 3:30 w nocy na stronę białoruską. Byli bardzo agresywni. Byliśmy bardzo zmęczeni, więc wróciliśmy do lasu, rozpaliliśmy ognisko i poszliśmy spać.

***

Na polskiej granicy trwa kryzys humanitarny i każdego dnia, także w tej chwili, trwają tam dramaty ludzi, którzy zdecydowali się szukać bezpieczeństwa, schronienia czy lepszego życia w Europie. Części udaje się przedostać przez granicę. Jest ona tylko fragmentem długiej i często trudnej podróży. 

Aby odpowiedzieć na pytania, dlaczego, jak i dokąd zmierzają, reporterzy Outriders rozmawiają z ludźmi na szlaku od Libanu, przez Litwę po Niemcy i nie tylko. Przez cały tydzień obserwujcie te relacje w mediach społecznościowych, a w piątek zobaczcie całą historię na Outride.rs i Gazeta.pl.

Wiza Donikąd#WizaDonikąd. Reporterzy w siedmiu krajach przybliżą drogę migrantów

Więcej o: