Trzylatek miał przez sześć tygodni nie móc wrócić do rodziców. Na Antypodach nie ma litości

Australijczycy zaczynają widzieć światło na końcu tunelu. Dzięki masowym szczepieniom nadchodzi moment, kiedy życie może wrócić do normalności. Przez ostatnie kilka miesięcy z powodu trzeciej fali zakażeń koronawirusa musieli znosić obostrzenia, które w Polsce byłyby trudne do przyjęcia.

Zakazy wychodzenia z domu przez kilka tygodni. Zakazy podróżowania poza miasto czy stan. Surowe egzekwowanie przepisów o noszeniu maseczek czy trzymaniu dystansu. Obowiązkowe szczepienia dla wielu grup pracowników, w tym na przykład budowlańców. Australia działa ostro i zdecydowanie. Większość obywateli to popiera, ponieważ efektem są rekordowo niskie wskaźniki zachorowań i zgonów. Australijczycy mówią, że pandemia jest testem na odpowiedzialność społeczeństwa. I są przekonani, że ten test zdają, podczas gdy kraje jak USA oblewają.

Zobacz wideo

Nie ma pobłażania

Ostre działania niosą z sobą ludzkie dramaty. Na początku września głośna była między innymi historia małżeństwa ze stanu Queensland, która przez sześć tygodni nie mogła odzyskać trzyletniego syna. Dziecko na początku lipca trafiło na ranczo dziadków w sąsiednim stanie Nowa Południowa Walia, gdzie niedługo później zaczęła rosnąć fala zakażeń. W odpowiedzi Queensland całkowicie zamknął granicę z sąsiednim stanem. Dziecko wróciło do rodziców dopiero 3 września, specjalnym samolotem, po uzyskaniu specjalnej zgody. Premier stanu Queensland zaznaczała przy tym, że rodzice długo nie występowali o nadzwyczajne zwolnienie z restrykcji i kiedy tylko to zrobili, zostało im szybko wydane ze względu na wyjątkową sytuację.

Podobnych ludzkich historii jest wiele. Na przykład Szwedki Krisitny Sahlestrom pracującej od lat w Australii i mającej tam rodzinę. Pod koniec lipca zmarła w Szwecji jej mama. Pomimo dwukrotnych próśb o nadzwyczajne zezwolenie, nie pozwolono jej polecieć na pogrzeb. W drugą stronę nie udało się pojechać Rachael Marciniak, Australijce mieszkającej w Londynie, której mama mieszkająca w australijskim Melbourne usłyszała w sierpniu diagnozę raka płuc. Dostała zgodę na lot w jedną stronę, ale nie udało się jej kupić biletu na jeden ze specjalnych lotów repatriacyjnych organizowanych przez rząd. Wrześniowa pula została szybko wyczerpana. I tak nie było pewności, czy dostanie miejsce w jednym z kilku specjalnych hoteli, gdzie trzeba przejść obowiązkową dwutygodniową kwarantannę, co kosztuje równowartość 7,4 tysiąca złotych. Nie było też pewności, czy uda się jej potem wrócić do rodziny w Wielkiej Brytanii. Nie poleciała więc do chorej na raka mamy.

W obliczu takich historii chyba nie będzie zaskoczeniem, że takie obowiązki jak noszenie maseczek w miejscach publicznych czy trzymanie dystansu są powszechnie stosowane i przestrzegane. W połowie września głośna była historia trzech młodych mam, które w jednym z parków w Sydney przysiadły razem na trawie podczas spaceru z wózkami. Złamały tym samym zakaz spotykania się osób z różnych domostw i każda dostała mandat w wysokości tysiąca dolarów australijskich (około 2800 złotych).

Stosowane są też aplikacje śledzące przemieszczanie się, wymagające skanowanie kodów w sklepach czy środkach transportu publicznego. Kiedy w miniony weekend makijażystka pracująca przy popularnym programie telewizyjnym "I am a Celebrity", podróżująca na specjalnym pozwoleniu pracowniczym po dniu na planie poszła do kilku sklepów i odwiedziła kawiarnię, wywołała wielką aferę w mieście Ballina. Zrobiła to wbrew przepisom stanowiącym, że po pracy powinna siedzieć w hotelu. Nie skanowała na dodatek kodów i okazała się zakażona. Choć chodziła w maseczce, sprowadziła na około sto tysięcy mieszkańców miasta siedmiodniowy lockdown. I to taki surowy, australijski, nie polski. Czyli z praktycznym zakazem opuszczania domu, egzekwowanym przez służby.

Skala obostrzeń zależy od stanu. W tych najmniej dotkniętych, na przykład Australii Zachodniej, gdzie od początku pandemii zanotowano tysiąc przypadków i dziewięć zgonów, a od ponad roku dochodzi do pojedynczych zakażeń, życie toczy się normalnie. Poza byciem zamkniętym na swoim kontynencie. W najbardziej dotkniętych i gęsto zaludnionych stanach na południowym wschodzie kraju są wprowadzane właśnie surowe lokalne obostrzenia, a mamy z wózkami dostają mandaty.

Johannah z rodzicami, 2019 r.5-latka przez pandemię od ponad roku nie widziała rodziców. Utknęła w Indiach

Zachorowań i śmierci wyjątkowo mało

Australia od początku pandemii przyjęła strategię zdecydowanej walki z wirusem, nazywanej czasem "strategią zero". Do lipca tego roku faktycznie działała, ale później do kraju dostał się bardziej zaraźliwy wariant delta i wskaźniki zakażeń poszybowały w górę. Przynajmniej jak na standardy australijskie. Ucierpiały zwłaszcza dwa sąsiadujące stany Nowa Południowa Walia i Wiktoria, gdzie mieszczą się dwa największe miasta kraju - Sydney i Melbourne. Do dzisiaj zanotowano w nich 88 tysięcy przypadków i niecałe 1,2 tysiąca zgonów. W całym kraju było to odpowiednio 94 tysiące i 1,2 tysiąca przy populacji wynoszącej 25 milionów. Kilkudniowy wynik Polski z najgorszego okresu fal jesienią 2020 czy wiosną 2021 roku.

Wskaźniki zachorowań i zgonów w Australii należą do najniższych na świecie. Australijczycy są z tego zadowoleni, więc noszenie maseczki, dystans, czy nawet ostre lockdowny, cieszą się wysokim poparciem społecznym. Według badań opinii społecznej z przełomu sierpnia i września, 65 procent respondentów opowiadało się za podtrzymaniem obowiązku noszenia maseczek i dystansu społecznego nawet po pełnym zaszczepieniu 80 procent dorosłych obywateli, co jest uznawane przez rząd federalny za próg pozwalający istotnie luzować ograniczenia. 58 procent odpowiedziało, że lockdowny i obostrzenia powinny być wykorzystywane aż do momentu, kiedy zaszczepiona zostanie większość dzieci. Czyli do trudnego do przewidzenia punktu w czasie.

Opór jest znikomy. Od początku obecnej fali i powrotu ostrych restrykcji dochodzi co jakiś czas do protestów. Głównie w Sydney i Melbourne. Gromadzi się na nich zazwyczaj od kilkuset do maksymalnie kilku tysięcy osób. Regularnie dochodzi do starć z policją, która stara się egzekwować przepisy zakazujące zgromadzeń. W tym przy użyciu gazu, pałek i gumowych kul, czy zakładania maseczek na siłę. W ostatnich tygodniach protesty koncentrują się na kwestii wymagania szczepień od pracowników. Nawet tych pracujących na budowach, które w Melbourne częściowo zamknięto z powodu licznych przypadków zakażeń wśród budowlańców. Teraz nie będą mogli wrócić do pracy, jeśli nie okażą dowodu przyjęcia chociaż jednej dawki szczepionki. Ten przepis, ogłoszony 23 września, wywołał w kilku kolejnych dniach protesty i zamieszki. Według związków zawodowych branży budowlanej i przedstawicieli władz część demonstrantów stanowili budowlańcy, ale miało być z nimi wielu członków organizacji skrajnej prawicy i ruchów antyszczepionkowych, którzy chcieli skorzystać z okazji.

Virus Outbreak Australia ProtestAustralia. Setki demonstrantów antyszczepionkowych wezwano do testów

Szczepić chcą się prawie wszyscy

Antyszczepionkowcy nie mają jednak w Australii wielkiego poparcia. Wręcz przeciwnie. Według danych uniwersytetu w Melbourne w połowie września osób jednoznacznie niechcących się szczepić był tylko osiem procent. Po doliczeniu tych wahających się, łącznie daje to 15 procent. Współczynnik ten systematycznie spada i według naukowców daje to realną nadzieję na zaszczepienie blisko 90 procent populacji kraju. To bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę powszechne obawy pół roku temu, że z powodu znikomej liczby przypadków i braku poczucia zagrożenia Australijczycy masowo nie będą chcieli się szczepić.

Z tego samego powodu, braku poczucia pilności sytuacji, Australia zaczęła szczepić na dużą skalę później niż większość państw zachodnich. Na dobre program szczepień ruszył dopiero w kwietniu i przez pierwsze miesiące był powszechnie krytykowany jako chaotyczny oraz powolny. Dopiero latem, wraz z nadejściem wariantu delta, naprawdę przyśpieszył. Obecnie 64 procent populacji jest po co najmniej jednej dawce szczepionki. Rządowe prognozy zakładają, iż 24 października zostanie osiągnięty poziom 70 procent całkowicie wyszczepionych (po dwóch dawkach), a dwa tygodnie później 80 procent.

Procent zaszczepionej populacji jest kluczowy w planach rządu federalnego na otwieranie kraju. Rządy stanowe planują podjąć podobne decyzje, choć detale mogą się różnić. Przekroczenie progu 70 procent będzie skutkować luzowaniem restrykcji co do podróżowania w ramach kraju, podniesieniem limitów na powroty do kraju osób zaszczepionych, ponownym umożliwieniu wjazdu do kraju osób niezaszczepionych (pod warunkiem kwarantanny) czy ogólnym ograniczeniem liczby lockdownów oraz restrykcji co do przebywania w miejscach publicznych i korzystania z restauracji, kin czy siłowni. Z zastrzeżeniem, że większość tych miejsc będzie dostępna dla osób zaszczepionych.

Po osiągnięciu poziomu 80 procent zaszczepionych zniesione mają zostać wszystkie krajowe obostrzenia, z zastrzeżeniem, że będzie to tylko dla osób, które się zaszczepiły. Tak samo zaszczepieni Australijczycy będą mogli swobodnie podróżować poza granice kraju. Do listopada życie w Australii powinno więc wrócić do normalności. Przynajmniej dla zdecydowanej większości obywateli. Mogłoby się wydawać, że to stan zdecydowanie pożądany, jednak badania opinii publicznej jasno pokazują, że większość społeczeństwa ma spory problem z powrotem do normalności. Trwa debata o tym, jak wyważyć znoszenie restrykcji z dbaniem o to, aby bardzo niska liczba osób zmarłych na koronawirusa taka pozostała.

Dziennikarz "New York Times", mieszkający w Sydney Damien Cave, opisuje, że wszyscy jego rozmówcy, reprezentujący najróżniejsze warstwy społeczne, są pewni co do tego, iż było warto poddawać się takiemu reżimowi obostrzeń. I że takich poświęceń nie można teraz zmarnować zbyt pochopnym powrotem do normalności. - Wszędzie słyszę ten sam przekaz. Krytycy australijskiego podejścia do pandemii powinni się zastanowić nad tym, czym jest wolność. Bo może nie jest tak wysoce cenioną przez Amerykanów osobistą swobodą, ale raczej wspólnym przywilejem, za którym idą obowiązki. Epidemia to próba gotowości społeczeństwa do poświęceń na rzecz dobra wspólnego. Wobec tego to nie Australia oblała ten sprawdzian, ale takie kraje jak USA - napisał dziennikarz.

Zobacz wideo
Więcej o: