W aferze o australijskie okręty podwodne okręty są drugorzędne. Stawka jest znacznie większa i dotyczy też nas

Co mają australijskie okręty podwodne do perspektyw stanięcia się polskiego wojska częścią armii UE? Wbrew pozorom niemało. Trwająca od końca ubiegłego tygodnia afera o wielki australijski program zbrojeniowy wykracza daleko poza Antypody i światek koncernów zbrojeniowych. To sprawa o wielu wątkach i potencjalnych długofalowych skutkach.

Konflikt wokół australijskiego kontraktu zbrojeniowego skupia niczym w soczewce szereg kluczowych pytań na temat układu sił na świecie w nadchodzących dekadach. I tego, co może, ale nie musi, stać się z rolą USA w Europie, oraz tym, jak sami Europejczycy będą traktować swoje bezpieczeństwo.

Zobacz wideo

Zwrot na atom

Przyczyną całego zamieszania jest ogłoszenie w minioną środę, 15 września, partnerstwa AUKUS, czyli pogłębionej współpracy w zakresie bezpieczeństwa pomiędzy Australią, Wielką Brytanią i USA. Najczęściej opisywaną konsekwencją porozumienia jest roszada w australijskim programie okrętów podwodnych nowej generacji, który ma kosztować 80-90 miliardów dolarów australijskich (58-65 miliardów dolarów amerykańskich).

Dotychczas nowe jednostki miał budować francuski koncern Naval Group (większościowym udziałowcem jest państwo). Francuskie władze od lat bardzo intensywnie angażowały się w ten projekt. Lobbowały za nim najważniejsze osoby w państwie. Nie tylko z powodu korzyści gospodarczych, ale również politycznych. Paryż ma ambicje globalne i silniejsze związanie się z Australią istotnie podnosiło pozycję Francji w tej części świata. Francuzi wygrali kontrakt na 12 okrętów w 2016 roku. W przyszłym być może miała się rozpocząć budowa pierwszego.

Nie rozpocznie się jednak. W ramach porozumienia AUKUS Australijczycy mają otrzymać bezprecedensową pomoc od Wielkiej Brytanii i USA w postaci dostępu do bardzo ściśle strzeżonych technologii atomowych okrętów podwodnych. To rzecz wyjątkowa, bo dotychczas Amerykanie pomogli w jej opanowaniu tylko Brytyjczykom ponad pół wieku temu. Atomowe okręty podwodne mają dla Australijczyków wiele zalet, głównie w postaci zdolności do pokonywania ogromnych przestrzeni Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego dłużej i szybciej. Mają też szereg wad, głównie w postaci skomplikowania i ceny. Do tego dochodzą poważne problemy technologicznie. Australia nie ma przemysłu atomowego, który odgrywa istotną uzupełniającą rolę w programie atomowych okrętów podwodnych. Oznacza to w praktyce, że nowe australijskie okręty podwodne powstaną później, będzie ich mniej i najpewniej będą istotnie droższe. Mowa teraz o ośmiu jednostkach, których budowa zacznie się gdzieś w latach 30. Nie wiadomo, jak mają wyglądać i kto ma je budować. Sprawa jest otwarta.

Jednak tak naprawdę same okręty podwodne mają tu znaczenie drugorzędne. Nawet gdyby Australijczyków do takiej roszady popchnęła jedynie kwestia rodzaju napędu, to Francja przecież też dysponuje atomowymi okrętami podwodnymi. Mogłaby uczestniczyć w nowej odsłonie australijskiego programu. Niedoszłe australijskie jednostki od Naval Grup miały być w istocie pomniejszonymi nowymi francuskimi atomowymi okrętami typu Barracuda, z silnikami diesla zamiast reaktora. Co więcej, okręty Francuzów pływają na nisko wzbogaconym uranie, znacznie mniej kłopotliwym i bardziej dostępnym, niż wysoko wzbogacony uran (prawie taki sam jak w broni jądrowej), stosowany w okrętach amerykańskich i brytyjskich.

USS Alaska na tle GibraltaruNiezwykła wizyta okrętu, na którym opiera się bezpieczeństwo USA

Pakt przeciw Chinom

Trzeba więc patrzeć dalej niż na same okręty i ich napęd. Porozumienie AUKUS sięga bowiem dalej, choć formalnie to tylko i wyłącznie porozumienie o współpracy w zakresie technologii militarnych. Faktycznie to jednak dobitne potwierdzenie tego, po której stronie staje Australia w wielkiej rywalizacji Chin i USA. Canaberra przez wiele lat starała się w tej kwestii stanąć okrakiem. Czyli mieć bliskie stosunki z USA, w tym wojskowe, ale też nie zamykać się na Chiny, które są najważniejszym partnerem gospodarczym. W 2019 roku australijski premier Scott Morrison publicznie deklarował, że "Australia nie musi wybierać" pomiędzy Chinami i USA. Pomimo zaostrzającej się rywalizacji pomiędzy mocarstwami. Minęły dwa lata i Australia jednak wybrała. Postawiła na USA.

W takiej decyzji pomogli Australijczykom sami Chińczycy. Ostatnie dwa lata był okresem istotnego pogorszenia się relacji pomiędzy oboma państwami. Pekin pod coraz bardziej autorytarnymi rządami Xi Jinpinga wyraźnie zmienił politykę zagraniczną. Od takiej, która koncentrowała się na ukrywaniu swoich ambicji i subtelnej budowie wpływów, na otwartą mocarstwowość i przekonanie o swojej racji. Dobitnie przekonali się o tym Australijczycy w tym roku, kiedy opowiedzieli się za szczegółowym śledztwem WHO w sprawie źródeł koronawirusa i blokowali udział Huawei w budowaniu australijskiej sieci 5G. W reakcji Chińczycy wprowadzili szereg sankcji ekonomicznych, precyzyjnie wymierzonych w australijskie firmy najwięcej zarabiające na eksporcie do Chin.

Teraz nadszedł czas jednoznacznych deklaracji. Australia weszła już obiema nogami do obozu amerykańskiego. I to jest najważniejszym wnioskiem z AUKUS. Porozumienie popiera też australijska opozycja, co wyraźnie pokazuje, jak zmieniło się nastawienie do Chin w Australii. W ramach AUKUS okręty podwodne robią największe wrażenie, ale w porozumieniu jest też mowa o ścisłej współpracy wojskowej na wielu innych płaszczyznach, które mogą być istotne w rywalizacji z Chinami. Od po prostu rozwoju zdolności do wspólnych działań na polu walki, po cybertechnologie, sztuczną inteligencję czy komputery kwantowe. Jasne opowiedzenie się przez Australijczyków to duża korzyść dla Amerykanów, którzy konsekwentnie starają się budować w Azji sieć sojuszników, oplatających i ograniczających Chiny.

Okręt podwodny Oriel typu Antej. Zbudowany na tej samej bazie Białogrod wygląda z zewnątrz bardzo podobnieNajdłuższy w historii okręt podwodny wyszedł na próby

Francuzi będą intensywniej myśleć

Sukces na Dalekim Wschodzie został jednak odniesiony kosztem Francji, czyli jednego z kluczowych graczy w Europie. Francuzi są wściekli na USA tak bardzo, jak nie byli od dekad. Z ust wysokich rangą polityków i urzędników padają słowa o "zdradzie" i "nożu w plecy". Ambasadorzy w Canberrze i Waszyngtonie zostali tymczasowo odwołani do Prayża. Relacje z USA, które przez ostatnie kilkanaście lat istotnie się ocieplały, cofnęły się do epoki lodowcowej, czyli około 2003 roku i czasów inwazji USA na Irak, której Paryż się sprzeciwiał. To ten moment w historii, kiedy co bardziej zapalczywi Amerykanie nawoływali do zmiany nazwy frytek z "french fries" na "freedom fries".

Według "New York Times" w Białym Domu nie do końca zdawano sobie sprawę z tego, jak zareagują Francuzi, bo to nie było przedmiotem specjalnego zainteresowania bardzo wpływowego zespołu odpowiedzialnego za politykę na kierunku azjatyckim. Dla nich kluczowe było AUKUS i swój cel osiągnęli. Po fakcie prezydent Joe Biden ma starać się o bezpośrednią rozmowę ze swoim francuskim odpowiednikiem, Emmanuelem Macronem, aby jakoś załagodzić sytuację.

Co jednak z tego francuskiego oburzenia? Francuzi są przecież znani z intensywnej obrony swoich interesów narodowych, w tym interesów swoich koncernów zbrojeniowych. Ponarzekają i tyle? Raczej nie. Jest mało prawdopodobne, aby to się "rozeszło po kościach". Poczucie zdrady na pewno pozostanie z Francuzami na długo, istotnie wpływając na poglądy ich elit politycznych na USA i pośrednio NATO. Co więcej, Amerykanie zadali cios wprost w Macrona, dla którego geopolityka i australijski kontrakt były jednymi z atutów przed wyborami w 2022 roku. Nie są to kwestie kluczowe, ale prezydent nie jest w komfortowej sytuacji i do reelekcji potrzebuje każdego atutu, a nie "ciosów w plecy".

Za pomocą AUKUS Amerykanie dali więc więcej amunicji zwolennikom większej niezależności UE od USA. Francuzi od zawsze uważali, że państwa europejskie powinny działać bardziej samodzielnie. W tym jeśli chodzi o siły zbrojne i bezpieczeństwo. Nie tyle przeciw USA i NATO, ile równolegle. Różne pomysły na unijne siły zbrojne, czy unijne siły szybkiego reagowania, pojawiają się od dawna, ale nieustannie rozbijają się o politykę i wzajemną nieufność wielu państw europejskich. Obecnie funkcjonuje szereg unijnych inicjatyw z zakresu obronności, ale do unijnych sił zbrojnych jest bardzo daleko. Francuzi dostali teraz dodatkową motywację, żeby to zmienić. - Europejczycy muszą się zjednoczyć i bronić swoich interesów, jeśli nie chcą stracić kontroli nad swoim losem - oznajmił w niedzielę szef francuskiego MSZ, Jean-Yves Le Drian.

Nie oznacza to jakiegoś przyśpieszonego powstania wojska UE, bo większości państw wspólnoty odpowiada taki stan jak teraz. Zwłaszcza że unijne siły zbrojne byłyby konstrukcją ryzykowną bez pogłębionej integracji politycznej. Jednak wobec wyraźnego skoncentrowania się USA na rywalizacji z Chinami i zdeterminowanej Francji, rzeczywistość może zacząć się powoli zmieniać. AUKUS jest krokiem w tym kierunku.

Zobacz wideo
Więcej o: