Duch zarył skrzydłem w ziemię. Trzeci wypadek B-2, trzeci poważny problem [TAKA CIEKAWOSTKA]

Bombowce strategiczne B-2 są dla wojska USA tak ważne, że kiedy jeden się mocno nadpalił, naprawiano go trzy lata kosztem stu milionów dolarów. Po prostu zostało ich tylko 20 i pomimo reprezentowania technologii z lat 80., nadal są wyjątkowe. Teraz doszło do trzeciego wypadku w ich historii.

Wojsko USA początkowo o nim nie informowało, ale wiadomość wyciekła i trafiła do mediów. Maszyna uległa wypadkowi 14 września, we wtorek, około południa. Dzień później portal The Drive opublikował zdjęcie satelitarne bazy Whitemann w Kansas, na których widać rozbitego B-2, co ostatecznie potwierdza informację o wypadku.

Gwałtowne hamowanie w trawie

Rozbitego to w tej sytuacji dużo powiedziane. Maszyna jest w całości i spoczywa na trawie obok pasa startowego. Jej lewe skrzydło jest oparte o ziemię. Satelita zrobił zdjęcie około doby po wypadku i wokół B-2 stoi mnóstwo różnych pojazdów oraz chyba namiotów. Wyraźnie prowadzone są intensywne prace nad zabezpieczeniem i najpewniej podniesieniem maszyny z ziemi. Co ciekawe, widać pokrywy na wlotach powietrza do silników i wylotach z tychże. Ich konstrukcja jest nadal tajemnicą strzeżoną przez Amerykanów.

Ze zdjęcia trudno ocenić skalę uszkodzeń maszyny. Najpoważniejszą kwestią jest fakt oparcia lewego skrzydła o ziemię. Uderzenie mogło spowodować wiele szkód w konstrukcji oraz zniszczyć specjalne poszycie, będące istotnym elementem czynienia B-2 bardzo trudno wykrywalnymi dla radarów.

Z oficjalnych komunikatów wojska USA, wydanych już po opisaniu sprawy przez media, nie można się dowiedzieć nic konkretnego. Do wypadku miało dojść podczas zwykłego lotu treningowego bez uzbrojenia. W powietrzu B-2 doznał jakiejś awarii, która zmusiła załogę do awaryjnego lądowania w bazie Whitemann. Nikomu nic się nie stało.

Według nieoficjalnych informacji portalu The Drive awarii uległ system hydrauliczny, albo jego część. Skutek był taki, że podczas lądowania złożyła się lewa goleń głównego podwozia i lewe skrzydło uderzyło w pas. Ponieważ stało się to w momencie, kiedy załoga hamowała, to całą maszynę gwałtownie obróciło i wypadła z drogi startowej. Na szczęście samolot szybko znieruchomiał i nie wybuchł pożar. Nic nie wskazuje na to, aby załoga się katapultowała.

Zobacz wideo

Innych nie ma

Najistotniejsza w całej tej sytuacji będzie oficjalna informacja USAF, czyli lotnictwa wojskowego USA, na temat stanu maszyny i jej perspektyw. Każdy sprawny B-2 jest dla Amerykanów bardzo ważny i zrobią wiele, aby mieć ich w służbie nadal 20. Dotychczas utracili tylko jednego z 21 zbudowanych.

W 2008 roku na wyspie Guam na Pacyfiku rozbiła się maszyna o nazwie własnej Spirit of Kansas (ang. Duch Kansas, prawie każdy B-2 ma, w stylu starych pancerników, nazwę od jednego ze stanów USA). Do wypadku doszło podczas startu. Niedługo przed nim przez wyspę przeszły bardzo ulewne deszcze i woda dostała się do wszystkich trzech czujników prędkości. Podczas startu dawały złe odczyty, wprowadzając w błąd załogę oraz komputer pokładowy. W efekcie oderwanie od pasa nastąpiło za wcześnie, kiedy samolot poruszał się za wolno. Dodatkowo po otrzymaniu informacji, że jest już w powietrzu, komputer przestawił się na inny tryb działania i po otrzymaniu fałszywych informacji z czujników uznał, że musi gwałtownie poderwać dziób maszyny, aby uniknąć katastrofy. W efekcie do niej doprowadził, bo lecący za wolno i nisko B-2 stracił sterowność. Załoga próbowała jeszcze chwilę walczyć o uratowanie samolotu, ale kiedy ten zawadził skrzydłem o ziemię, katapultowała się i przeżyła. Bombowiec rozbił się i doszczętnie spłonął. Nie było szans na naprawę. Była to najdroższa katastrofa w historii lotnictwa wojskowego USA. Straty wyceniono na 1,4 miliarda dolarów.

Zniszczony B-2 Spirit of Kansas na lotnisku na Guam w 2008 rokuZniszczony B-2 Spirit of Kansas na lotnisku na Guam w 2008 roku Fot. FAA

Prawie dokładnie dwa lata później, również w bazie Andersen na Guam, doszło do drugiego wypadku z udziałem B-2. Maszyna o nazwie własnej Spirit of Washington była szykowana do startu, kiedy wybuchł pożar w jednym z czterech silników ukrytych głęboko w kadłubie. Śledztwo wykazało, że w rejonie silnie rozgrzewającej się dyszy wylotowej doszło do pęknięcia specjalnego materiału pochłaniającego fale radarowe. Przez szczelinę dostały się smary, które uczyniły powłokę łatwopalną. Kiedy uruchomiono silnik przed lotem, doszło do gwałtownego pożaru. Strażacy długo nie potrafili sobie z nim poradzić.

Jak okazało się później, nie było na taki wypadek odpowiednich procedur i sprzętu. Ogień strawił znaczną część wnętrza i struktury B-2, powodując bardzo poważne szkody. Uznano jednak, że można i trzeba je naprawić. Bez względu na koszty. Przez półtora roku maszynę naprawiano na miejscu, na Guam, aby w ogóle nadawała się do lotu. Później trafiła do zakładów koncernu Northrop Grumman w kalifornijskim Palmdale, gdzie powstały B-2. Do służby powróciła ostatecznie pod koniec w 2013 roku. Cała naprawa kosztowała podobno nieco ponad sto milionów dolarów, choć oficjalnie dokładnej kalkulacji nie podano.

XB-70 podczas krótkiego pobytu na świeżym powietrzuMa ponad pół wieku, a nadal wygląda futurystycznie. XB-70 Walkiria

Bombowiec, a echo jak ptak

Jeśli uszkodzenia powstałe w najnowszym wypadku też będą do naprawienia, to można się spodziewać, że Amerykanie się na to zdecydują. Po prostu na razie nie ma maszyn zdolnych dorównać i zastąpić B-2. Te 20 samolotów to jeden z kilku filarów triady jądrowej USA. Ich główną zaletą jest tak zwana technologia stealth. Są tak zbudowane, aby były jak najtrudniej wykrywalne dla radarów. Konkretne dane są objęte tajemnicą, ale w optymalnej sytuacji B-2 mają dawać echo radarowe porównywalne do dużego ptaka.

Jednocześnie w dwóch komorach bombowych mogą pomieścić około 20 ton uzbrojenia. Na przykład 16 bomb jądrowych. W teorii daje to USA unikalną możliwość przeprowadzenia zaskakującego ataku nuklearnego, bo w przeciwieństwie do rakiet przenoszących głowice jądrowe, nadlatujące B-2 trudno wykryć i zawczasu zniszczyć. Zdolność do zniszczenia na przykład kluczowych centrów dowodzenia przeciwnika w pierwszych sekundach wojny, to coś, co jest bezcenne z punktu widzenia Pentagonu. Alternatywnie B-2 mogą zabrać do nawet 80 lekkich bomb kierowanych GBU-38. Czyni to z B-2 idealne narzędzie na pierwsze chwile wojny z każdym oponentem, kiedy w miarę bezpiecznie mogą na przykład demolować system łączności i dowodzenia czy obronę przeciwlotniczą.

Na zdjęciu widać 47 zwykłych bomb Mk-82 o masie 230 kg każda, czyli nieco ponad połowa maksymalnego ładunku B-2. Po dodaniu układu naprowadzania każda zwykła bomba Mk-82 może zostać precyzyjną GBU-82Na zdjęciu widać 47 zwykłych bomb Mk-82 o masie 230 kg każda, czyli nieco ponad połowa maksymalnego ładunku B-2. Po dodaniu układu naprowadzania każda zwykła bomba Mk-82 może zostać precyzyjną GBU-82 Fot. USAF

Te zdolności mają jednak wysoką cenę. Nie chodzi tylko o wysoki koszt każdego z 20 B-2, sięgający dwóch miliardów dolarów po wliczeniu kosztów całego programu ich zbudowania. Bardzo drogie jest też ich utrzymanie. Zwłaszcza specjalnych powłok sprawiających, że są tak trudno wykrywalne przez radary. Bombowce muszą stać w specjalnych klimatyzowanych hangarach i regularnie przechodzić pieczołowite inspekcje oraz naprawy. W efekcie każda godzina spędzona w powietrzu kosztuje około 130 tysięcy dolarów.

Pomimo unikalnych zdolności, a między innymi ze względu na koszty, kres B-2 jest coraz bliższy. Głównie za sprawą postępu prac nad bombowcem B-21 Raider, który w praktyce ma być nieco mniejszym, ale znacznie unowocześnionym B-2. Zdolnym robić to samo, ale lepiej. Na razie plany mówią o zakupie co najmniej stu, choć w przeszłości tego rodzaju wizje wiele razy były korygowane w dół. Pierwszy prototyp prawdopodobnie wzbije się w powietrze na początku przyszłego roku. Produkcja może ruszy w połowie dekady, a gotowość do normalnej służby ma zostać osiągnięta pod jej koniec. Wówczas nadejdzie finał B-2, a razem z nimi nieco starszych B-1. Wszystkie mają zostać wycofane w latach 30. i zastąpione przez nowe B-21. Razem z nimi pozostaną w służbie wieczne B-52 Stratofortress, pochodzące z lat 50. XX wieku. Po istotnej modernizacji będą tańszym i prostszym uzupełnieniem droższych i skomplikowanych B-21. Taki jest plan Pentagonu na siły bombowe w epoce rywalizacji z Chinami.

Zobacz wideo
Więcej o: