Katastrofa zwana LCS. Wyglądają super, ale wyszły Amerykanom szokująco źle [TAKA CIEKAWOSTKA]

Na pozór mogą robić wrażenie. Amerykańskie okręty klasy LCS wyglądają bardzo nowocześnie. Niektóre nawet futurystycznie. Są jednak symbolem tego, jak bardzo mogą błądzić nawet najwięksi. Choć ostatnie z serii 35 okrętów jeszcze nie powstały, to cztery pierwsze już będą wycofywane ze służby.

Pierwszy już został od niej odstawiony. Pod koniec lipca na zamkniętej ceremonii (oficjalnie z powodu zagrożenia koronawirusem) w kalifornijskiej bazie San Diego, wycofano USS Independence. To pierwszy z serii futurystycznie wyglądających aluminiowych trimaranów klasy LCS. Do służby trafił zaledwie 11 lat temu, więc jak na okręt jest bardzo młody. Zdecydowanie nie w wieku emerytalnym.

W najbliższych miesiącach mają pójść w jego ślady trzy kolejne okręty tej klasy. Ostatni z nich został wprowadzony do służby zaledwie w 2017 roku. Jak na okręty jest wręcz "nówką sztuką". Pomimo tego, i niezadowolenia w Kongresie, US Navy konsekwentnie dąży do pozbycia się tych prawie nowych jednostek. Zaoszczędzone pieniądze mają zostać przeznaczone na nowe, bardziej konserwatywne, fregaty.

Nagranie próbnego odplania rakiety NSM z okrętu klasy LCS

Zobacz wideo

Początki w oparach ambicji i ideologii

Historia porażki, jaką jest program LCS, jest nierozerwalnie związana z tragiczną rocznicą, która mija w ten weekend. Konkretnie zamachów z 11 września 2001 roku i będącej ich efektem wojny z terrorem, która na wiele lat zmieniła priorytety Pentagonu. Wobec braku innego poważnego wroga stali się nim różnej maści terroryści, bojówki, słabe państwa stawiające na prowadzenie wojny asymetrycznie. To na nich skupiła się uwaga sił zbrojnych supermocarstwa.

Problem w tym, że siły zbrojne USA nie były tworzone z myślą o takim wrogu. Zbudowano je do globalnej III wojny światowej z ZSRR i Układem Warszawskim. I na przykład amerykańska flota bezsprzecznie była w stanie pokonać każdego przeciwnika na otwartym oceanie. Jednak nie miała zbytnio narzędzi do działania blisko brzegu, na płytkich wodach przybrzeżnych, nazywanych po angielsku littoral. Wielkie niszczyciele czy krążowniki, będące filarami US Navy, były do tego za duże, za mało ruchliwe i za drogie.

O zbudowaniu okrętów na wody przybrzeżne myślano w USA już od końca lat 90. Miały być małe, szybkie, obsadzone przez niewielkie załogi i tanie, przez co ich utrata na najeżonych niebezpieczeństwami płytkich wodach, miała nie być dotkliwa. Początkowo pomysł jednak zarzucono przez opór dowództwa US Navy. Dopiero po 11 września 2001 roku wrócił na nowo i to z ogromną siłą. Jeden z pomysłodawców małych okrętów został bliskim współpracownikiem nowego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda. Emerytowany wiceadmirał Art Cebrowski został przez niego mianowany szefem Biura Transformacji. Jedną z pierwszych decyzji Cebrowskiego było wepchnięcie butem do gardła US Navy jego pomysłu na nowe okręty. Błyskawicznie narodziła się nowa ich klasa - okręty do walki na wodach przybrzeżnych (LCS - Littoral Combat Ship).

Maszt i fragment nadbudówki niszczyciela typu Alreigh Burke w nocyUFO zaobserwowane przez żołnierzy USA na Pacyfiku

Ambitna wizja

W 2003 roku flota USA ruszyła z programem szacowanym na 15 miliardów dolarów, zanim tak naprawdę zdefiniowała, co jest jego celem. Pomimo tego nikt nie zdobył się na wymuszenie zastanowienia się. Był to gorączkowy czas wojny w Afganistanie, inwazji na Irak, gwałtownego wzrostu wydatków na obronność i walki ze wszystkim, co choć trochę przypomina terroryzm. Okręty LCS idealnie wpisywały się w te potrzeby. Na dodatek odpowiadały wszystkim ówczesnym militarnym modom. Miały być bardzo elastyczne, uniwersalne, modułowe i działać w sieci. Do tego być bardzo awangardowe. Projekt wizerunkowo idealny, więc nie do zakwestionowania.

Już w 2005 roku zaczęto budować pierwszą nową jednostkę, choć tak naprawdę nie było konkretnej wizji tego, jak mają się wpisywać w potrzeby US Navy. Jednocześnie założenia techniczne były ambitne. Początkowo małe, proste i tanie okręty zaczęły puchnąć od kolejnych wymagań i oczekiwań. Ciągle oczekiwano, że będą małe, ale jednocześnie bardzo szybkie (40 węzłów, czyli 75 km/h), zdolne przepłynąć Pacyfik, przyjąć na pokład standardowy śmigłowiec US Navy i na dodatek być obsługiwane przez bardzo nieliczną załogę. Na dodatek powstał pomysł uczynienia ich okrętami modułowymi. Zamiast wszystkie mieć jeden określony zestaw broni i wyposażenia, miały mieć miejsce na tak zwane "moduły misyjne", czyli na przykład wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu, albo sonar i wyrzutnie torped do walki z okrętami podwodnymi. Coś w rodzaju skrzyżowania szwajcarskiego scyzoryka z klockami lego.

Szybko zaczęły się opóźnienia, a koszty poszybowały. Początkowo zakładano cenę 220 milionów dolarów za okręt, ale dwa pierwsze kosztowały trzy razy więcej. Seryjne kosztują dwa-trzy razy więcej w zależności od tego kto i jak liczy. Na dodatek, zamiast zdecydować się na jeden projekt, postanowiono budować równocześnie dwa konkurencyjne. Jeden od koncernu Lockheed Martin (jednostki typu Freedom o jednym klasycznym kadłubie), a drugi od koncernu General Dynamics (typ Independence o nietypowym układzie trimarana). Do dzisiaj brak przekonującego wyjaśnienia, dlaczego tak zrobiono, poza chęcią jak najszybszego budowania jak największej liczby jednostek, zanim tak naprawdę zostaną przetestowane i zostanie stwierdzone, który projekt jest najlepszy. Do tego w grę wchodziło zadowolenie obu dużych koncernów, oraz popierających ich polityków.

Jeden z okrętów typu Independence prezentuje, czym jest układ trimarana. Widoczne trzy kadłuby, główny centralny i dwa boczneJeden z okrętów typu Independence prezentuje, czym jest układ trimarana. Widoczne trzy kadłuby, główny centralny i dwa boczne Fot. U.S. Navy

Kiedy coś ma być do wszystkiego, to jest do niczego

Szybko zaczęło wychodzić na jaw, że nie do końca przemyślane okręty LCS mają cały szereg wad. Choćby nieliczne załogi, liczące 40-50 osób, okazały się skrajnie przeciążone pracą, bo na okręcie nie da się zautomatyzować wszystkiego. Zwłaszcza jeśli wbrew pierwotnym planom wcale nie jest mały i prosty. LCS w końcu wypierają po 3-4 tysiące ton. Tyle co starsze fregaty typu Oliver Hazard Perry, obsadzone przez 170 osób. Co więcej, początkowo od załogi oczekiwano opanowania obsługi wszystkich wymienialnych modułów z wyposażeniem, co okazało się nierealne. Na szczęście dla załóg, opracowania owych modułów też okazało się w znacznej mierze nierealne. Miały być łatwe do wymiany, łatwe do transportu, standaryzowane i proste w obsłudze, a jednocześnie o sporym potencjale bojowym. W praktyce wyszło to tak, że kiedy pierwsze okręty były gotowe, nie było jeszcze żadnych modułów.

W 2016 roku w ogóle zrezygnowano z tej koncepcji. Każdy okręt będzie miał na stałe przypisany jeden zestaw wyposażenia. Do tego załogi zostały podwojone, poprzez dodanie kilkudziesięciu specjalistów od obsługi tegoż wyposażenia. Zrodziło to jednak poważny problem z miejscem do funkcjonowania tylu ludzi. W efekcie okręty LCS są określane jako najgorsze w całej flocie USA jeśli chodzi o jakość życia załogi.

Okazało się też, że osiągnięcie tak dużych prędkości wymusiło zastosowanie napędu o wyśrubowanych parametrach. Standardem dla współczesnych okrętów jest osiąganie około 30 węzłów. Dodatkowe dziesięć to wbrew pozorom istotna różnica. W połączeniu z kiepską jakością prac w części stoczni zaczęły się seryjne poważne awarie napędów jednostek typu Freedom. Do tego stopnia, że przez kilka lat praktycznie nie wychodziły na normalne misje. Jeszcze w tym roku odmówiono przyjmowania kolejnych okrętów, aż Lockheed Martin nie rozwiąże problemów z napędem.

Z drugiej strony w pogoni za prędkością w jednostkach typu Independence, zastosowano do budowy kadłuba aluminium zamiast stali. Lekki i wytrzymały materiał, ale nieodpowiednio zabezpieczony w spotkaniu z wodą morską błyskawicznie ulega korozji. Problemy ze rdzą zaczęły trapić pierwsze jednostki typu Independence. Koszty utrzymania okrętów typu LCS okazały się o 50 procent wyższe niż większych fregat wielozadaniowych.

Przez problemy techniczne, braki w wyposażeniu i przeciągające się szkolenie załogi, okręty LCS długo miały katastrofalnie złe wyniki jeśli chodzi o gotowość do działania. Na misje poza obszar USA wychodziły po jednym razie w latach 2013, 2014 i 2016, potem przez dwa lata w ogóle. Dopiero w 2019 roku przezwyciężono większość problemów i sytuacja zaczęła się poprawiać. Do końca 2020 roku okręty LCS odbyły pięć misji. Obecnie po oceanach z dala od USA ma ich krążyć sześć na raz. Na 22 ukończone i przyjęte do służby.

USS Alaska na tle GibraltaruNiezwykła wizyta okrętu, na którym opiera się bezpieczeństwo USA

Ciszej nad tą trumną

Wszystkie powyższe problemy to jednak nic w porównaniu z tym najważniejszym: nie wiadomo do czego mają służyć. Przez ostatnie dwie dekady rzeczywistość bardzo się zmieniła. Walka z terrorystami i ich szybkimi motorówkami gdzieś blisko brzegu odeszła w niepamięć. Teraz problemem jest gwałtownie rosnąca flota Chin, która seryjnie buduje normalne duże okręty i w liczbach już przeważa nad US Navy. Cały sens istnienia okrętów LCS wyparował, co dobitnie pokazuje, jak słabo zastanowiono się nad jego zasadnością. Bo współczesne okręty zawsze buduje się na pół wieku, a nie na kilka lat. Dlatego trzeba dobrze przemyśleć, do czego mają służyć i jakie mogą być zagrożenia w przyszłości.

W rywalizacji z Chinami okręty LCS nie mają specjalnie miejsca. Jak na swój rozmiar i koszt, mają bardzo słabe uzbrojenie. Na stałe lekką armatę kalibru 57 mm i wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych SeaRAM do obrony na bardzo krótkim dystansie, oraz kilka karabinów. W starciu z jakimkolwiek klasycznym okrętem podobnym rozmiarami to niewiele warte, bo jednostki tej klasy mają już zazwyczaj rakiety przeciwokrętowe o zasięgu rzędu minimum kilkadziecięciu kilometrów.

Dopiero w tym roku ostatecznie oznajmiono, że LCS zostaną istotnie dozbrojone w wyrzutnię rakiet przeciwokrętowych NSM, oraz systemy walki elektronicznej, systemy samoobrony, a w przyszłości prawdopodobnie w lasery. Połowa ma dodatkowo otrzymać moduł do zwalczania min, a druga połowa do zwalczania okrętów podwodnych. W efekcie US Navy otrzyma łącznie 30 przyzwoicie uzbrojonych i wyposażonych korwet, które może znajdą zadania na płytkich wodach Azji Południowo-Wschodniej.

Pomimo tego to nie są okręty marzeń dowódców floty USA. Już w 2014 roku obcięto zamówienie z 55 na 35 okrętów. Teraz cztery pierwsze mają zostać wycofane, ponieważ w ocenie Pentagonu nie ma sensu wydawać pieniędzy na ich modernizację i dozbrojenie. W zamian więcej funduszy ma pójść na program nowych fregat wielozadaniowych Constellation, które mają być budowane masowo i w szybkim tempie. Nawet 20 do końca dekady. Za około pół miliarda dolarów od sztuki. Czyli tyle, co za okręt LCS, podczas gdy fregaty będą dwa razy większe i znacznie silniej uzbrojone.

Zobacz wideo
Więcej o: