Stacjonował w Afganistanie. "Próbowaliśmy zbudować w miarę stabilne państwo"

- Najdłuższa wojna w historii USA dobiegła końca. Teraz Amerykanie muszą nastawić się na dekady rywalizacji z autorytarnymi potęgami - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Wojciech Lorenz, cywilny specjalista przy Polskim Kontyngencie Wojskowym wspomina próby odbudowy Afganistanu i ocenia proces wycofania wojsk. - Uważam, że w interesie Polski i innych europejskich krajów jest to, aby USA przesuwały swoją uwagę strategiczną na zagrożenia ze strony Chin i Rosji - zaznacza ekspert.

Najdłuższa wojna w historii Ameryki dobiegła końca. Konflikt zbrojny pociągnął za sobą łącznie ponad 165 tys. ofiar po obu stronach konfliktu. Zginęło niemal 50 tys. cywilów. Wojna kosztowała USA 2,26 miliarda dolarów. Gdy wydawało się, że udało się odbudować rozdarty wojną kraj, doszło do ofensywy talibskich bojowników. Dwadzieścia lat później flaga talibów ponownie powiewa nad Kabulem.

Wydarzenia w Afganistanie podsumowuje dla Gazeta.pl Wojciech Lorenz - analityk programu Bezpieczeństwo Międzynarodowe, cywilny specjalista przy Polskim Kontyngencie Wojskowym.

Joanna Zajchowska, Gazeta.pl: To już 20 lat. Gdzie był pan tego dnia?

Wojciech Lorenz: 20 lat temu pracowałem jako dziennikarz sekcji polskiej BBC w Londynie. 11 września miałem dyżur. Przygotowywaliśmy program wieczorny "Reflektorem po świecie" i dzienniki dla rozgłośni komercyjnych w Polsce. W redakcji zawsze był włączony telewizor. W pewnym momencie zobaczyliśmy na ekranie dym wydobywający się z jednego z wieżowców WTC.

Jak brzmiały pierwsze doniesienia?

Pierwszy wybuch nie był zarejestrowany przez kamery. Amerykańskie media informowały, że samolot uderzył w budynek, ale nic więcej nie było wiadomo. Gdzieś pojawiła się informacja, że to prawdopodobnie awionetka. Ujęcia z daleka nie robiły jakiegoś wielkiego wrażenia. Nie było ognia, tylko sam dym. Dopiero jak kamera zrobiła zbliżenie, można było dostrzec jak wielka wyrwa powstała w budynku. Jakoś nie bardzo to pasowało to do awionetki. I wtedy na naszych oczach nadleciał drugi samolot. Już nikt nie miał wątpliwości, że doszło do zamachu.

Pamiętam, że na początku nikt nie chciał w to wierzyć.

To był całkowity szok. Każdy rzucił to, nad czym pracował. Szybko zaczęliśmy planować wieczorny program. Wiadomo było, że cały będzie poświęcony zamachowi. Zaczęły dzwonić do nas media z Polski z pytaniami, czy coś więcej wiemy i prośbami o informacje, co się dzieje w Londynie. Było sporo zamieszania. Skłamałbym, gdybym powiedział, że od razu zdałem sobie sprawę z tego, jak to wydarzenie zmieni świat. Przez pierwsze godziny było bardzo dużo niewiadomych. Dopiero kiedy zaczęły się pojawiać doniesienia, że za zamachem może stać Al-Kaida, zaczęło do nas docierać, że wydarzyło się coś, co może zmienić bieg historii.

Zobacz wideo Talibowie rozgonili kobiety protestujące w Kabulu

Terroryzm był w tym czasie realnym zagrożeniem?

Po zakończeniu zimnej wojny i rozpadzie ZSRR zniknęło główne zagrożenie dla bezpieczeństwa dla USA i Europy, jakim była możliwość konfliktu między Układem Warszawskim a NATO, który mógł się zamienić w wojnę nuklearną. Już od początku lat 90. wskazywano, że najpoważniejsze zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego mogą wiązać się z terroryzmem i proliferacją bronią masowego rażenia. Obawiano się, że nieprzewidywalne reżimy, takie jak w Iranie, Iraku, Syrii czy Korei Północnej, będą rozwijać potencjały, które mogą stanowić zagrożenie dla państw sąsiedzkich i Zachodu. Oczywiście nasilało się też zagrożenie terrorystyczne, chociaż dla większości społeczeństw nie był to jeszcze jakiś istotny problem.

Jednak terroryści już wtedy próbowali walczyć z Zachodem i dokonywali zamachów.

Islamscy fundamentaliści już w 1993 roku dokonali pierwszego zamachu na WTC. Zdetonowali wówczas materiały wybuchowe w ciężarówce na parkingu podziemnym pod jedną z wież. Liczyli, że jedna z nich spektakularnie zawali się i spadnie na drugą. To się nie udało. Al-Kaida kilkukrotnie atakowała też Amerykanów, np. w 1998 roku podczas zamachu na amerykańskie ambasady w Nairobi (w Kenii) i Dar es Salaam (w Tanzanii). Chociaż amerykańskie służby poświęcały coraz więcej uwagi zagrożeniu terrorystycznemu, nie wykryły przygotowań do zamachu z 11 września.

Informacji, które powinny uruchomić dzwonki alarmowe, było sporo, ale wtedy nie było jeszcze dobrej koordynacji między różnymi służbami. W efekcie bin Laden dopiął swego i przeprowadził zamach terrorystyczny na nieznaną dotąd skalę. Po raz drugi w historii USA dały się zaskoczyć i zostały zaatakowane na swoim terytorium. Pierwszym takim atakiem był japoński nalot na Pearl Harbor w 1941 r. Tym razem jednak napastnik uderzył w samym sercu Ameryki.

I tak rozpoczęła się najdłuższa wojna w historii USA.

Prezydent Bush już w pierwszym wystąpieniu po zamachu zapowiedział, że USA zamierzają wygrać wojnę z terroryzmem. Ostrzegł, że państwa, które wspierają terroryzm, będą traktowane tak jak zamachowcy. Stany Zjednoczone miały poparcie znacznej części wspólnoty międzynarodowej. Bardzo szybko znalazły sojuszników. Zachód bał się, że zamachów będzie więcej. Nie można było wykluczyć, że w kolejnych atakach będzie użyta broń masowego rażenia.

Wsparcie Ameryce od razu zaoferował Sojusz Północnoatlantycki. Przypomnijmy, że NATO powstało po to, by USA mogły udzielić gwarancji bezpieczeństwa słabszym europejskim sojusznikom. Teraz role się odwróciły. Już w kilkanaście godzin po atakach, po raz pierwszy w historii NATO uruchomiło artykuł piąty Traktatu Północnoatlantyckiego.

Artykuł piąty mówi o tym, że każdy atak na któregoś z członków Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego powinien być interpretowany przez pozostałe państwa członkowskie jako atak na nie same. Państwa sojuszu były co do tego zgodne?

Sekretarz generalny NATO lord Robertson w ciągu kilkunastu godzin po zamachach przekonał sojuszników do słuszności tej decyzji. Żaden z zachodnich przywódców nie chciał dopuścić do kolejnych aktów terroru. Poza tym NATO od dwóch lat miało nową strategię, która wskazywała m.in. na zagrożenie terrorystyczne i otwierała drogę do wspólnej reakcji na zamachy. Sojusznicy wysłali do USA specjalne samoloty, które miały pilnować przestrzeni powietrznej.

Uruchomili misję na Morzu Śródziemnym, żeby nie dopuścić do przemytu broni masowego rażenia drogą morską. Zacieśnili współpracę wywiadowczą. To nie były tylko gesty solidarności, ale wymierne wsparcie. Kiedy jednak USA zdecydowały się na interwencje w Afganistanie, początkowo nie skorzystały ze wsparcia Sojuszu. Większość państw nie miała odpowiednich zdolności militarnych i z amerykańskiej perspektywy tylko utrudniałaby prowadzenie misji. Dlatego USA same, przy wsparciu tylko kilku sojuszników, postanowiły dopaść Al-Kaidę i bin Ladena.

zdj. ilustracyjneAfgańczyk: Gdy zgasną światła, talibowie pokażą prawdziwą twarz [WYWIAD]

Jednak osiągnięcie tego celu zajęło Amerykanom aż dziesięć lat.

Amerykanie wiedzieli, że pierwszym krokiem powinno być obalenie rządów talibów, którzy udzielili schronienia bin Ladenowi i nie chcieli go wydać. Bardzo szybko odsunęli talibów od władzy i rozpoczęli poszukiwania przywódcy Al-Kaidy. Bin Laden się jednak wymknął i przepadł jak kamień w wodę. Wtedy niespodziewanie przekierowali uwagę na Irak. Część doradców Busha uznała, że obalenie reżimu Saddama Husajna pomoże ustabilizować Bliski Wschód i wzmocni bezpieczeństwo USA w długiej perspektywie. Próbowano znaleźć dowody, że Irakijczycy rozwijają broń masowego rażenia. Ponieważ to się nie udało, amerykańska administracja uciekła się do manipulacji. Misja iracka była więc, w przeciwieństwie do afgańskiej, bardzo kontrowersyjna. Nie było w tej sprawie odpowiedniej rezolucji ONZ, która pozwalałaby na przeprowadzenie takiej interwencji. Rozpocząwszy wojnę z Irakiem USA, naraziły się na falę krytyki i straciły znaczną część sympatii międzynarodowej opinii publicznej. Na dodatek prowadziły działania w Iraku i zaniedbali Afganistan, a tam talibowie prowadzili kontrofensywę i zaczęli rosnąć w siłę.

Wtedy 13 października 2003 Rada Północnoatlantycka podjęła jednogłośnie decyzję o rozszerzeniu misji.

Spór o wojnę w Iraku wywołał bardzo głębokie podziały w NATO. Rozłam między USA a największymi państwami europejskimi mógł być naprawdę groźny dla Sojuszu. Dlatego NATO postanowiło wziąć odpowiedzialność za misję w Afganistanie, która nie budziła tak wielkich kontrowersji jak wojna iracka. W efekcie mieliśmy w Afganistanie dwie równoległe misje. Jedną prowadziło NATO, a osobną USA. W szczytowym okresie w Afganistanie było 150 tys. żołnierzy. Chociaż głównym celem było zwalczanie al. Kaidy i uniemożliwienie jej przeprowadzenia kolejnych zamachów, trzeba było też walczyć z talibami i budować nowe struktury państwowe. Działania tez pochłonęły miliardy dolarów. Wreszcie przetrącono kręgosłup Al-Kaidy i po dziesięciu latach złapano najbardziej poszukiwanego człowieka na świecie.

1 maja 2011 roku, o 16:05 czasu waszyngtońskiego, w Białym Domu w Situation Room (sali dowodzenia) powstało jedno z najważniejszych zdjęć w historii.

Misja Trójząb NeptunaMisja Trójząb Neptuna Wikipedia

Jest na nim prezydent Barack Obama wraz z najbliższymi współpracownikami. Patrzą na niewidoczny na fotografii ekran, na którym na żywo pokazywany jest przebieg operacji Trójząb Neptuna. W jej wyniku kilkadziesiąt minut później zginie Osama bin Laden, którego odnaleziono w pakistańskim mieście Abbottabad. Chociaż jeden z głównych celów USA został osiągnięty, misja afgańska wcale się nie kończyła. Nie było przecież gwarancji, że po wycofaniu wojsk międzynarodowych do władzy nie wrócą talibowie i nie odrodzi się Al-Kaida. Trzeba było zbudować afgańskie siły bezpieczeństwa, które będą stabilizować nowy system polityczny i utrudnią przejęcie talibom pełni władzy.

No właśnie, pan w tym kluczowym momencie uczestniczył.

Na przełomie roku 2013 i 2014 przez sześć miesięcy pracowałem w Afganistanie jako ekspert cywilny przy Polskim Kontyngencie Wojskowym. Większość czasu spędziłem w bazie w prowincji Ghazni. Wspierałem działania MSZ - utrzymywałem kontakt z lokalnymi władzami i zbierałem informacje na różne tematy. Byłem pod wrażeniem profesjonalizmu naszego wojska, które odpowiadało za bezpieczeństwo prowincji. Najważniejsze wtedy były przygotowania do wyborów prezydenckich zaplanowanych na 2014 r. To był okres, gdy przygotowywaliśmy się do przekazania odpowiedzialności za bezpieczeństwo w ręce afgańskich władz. Gdyby Afgańczycy byli w stanie samodzielne zorganizować wybory, co jest ogromnym przedsięwzięciem, to można by zacząć myśleć o wycofaniu się z Afganistanu.

Jak podchodzili do tego Afgańczycy?

Ludzie, z którymi rozmawiałem, wiedzieli, że całe bezpieczeństwo ich kraju opiera się na siłach międzynarodowych. Byli bardzo zaniepokojeni zmianą charakteru misji. Obawiali się, że gdy zagraniczne wojska się wycofają, to wzrośnie ryzyko, że talibowie wrócą do władzy.

Jednak próbowaliście ich odpowiednio do obrony przygotować.

Próbowaliśmy zbudować w miarę stabilne państwo. Wiadomo było, że z talibami trzeba się będzie dogadać. Chodziło jednak o to, żeby negocjacje były prowadzone przez afgańskie władze z pozycji siły, aby wymusić na nich zaakceptowanie nowego porządku. Do tego potrzebne było zbudowanie afgańskich sił bezpieczeństwa

Jak przebiegały te działania?

Wojska międzynarodowe pilnowały bezpieczeństwa, a jednocześnie szkoliły afgańskich żołnierzy i policjantów, zapewniały im finansowanie i uzbrojenie. Od początku zdawaliśmy sobie sprawę z licznych słabości takich sił. Począwszy od słabego wykształcenia rekrutów, przez napięcia na tle etnicznym między różnymi mniejszościami, aż po brak planowania, korupcję i dezercje. Obawialiśmy się, że znaczna część dowódców czy ich podwładnych bardziej będzie związana ze swoją grupą etniczną, klanem niż z państwem. Część problemów można było rozwiązać. Mogliśmy np. nauczyć afgańskie wojsko planowania i logistyki. Ale co z tego, skoro nie dało się zwalczyć korupcji. To oznaczało, że wszystko w miarę dobrze funkcjonowało, dopóki było pod naszym nadzorem.

A w pozostałych obszarach?

Można było mieć umiarkowane powody do optymizmu. Przez niemal dwie dekady obecności wojsk międzynarodowych poprawiła się większość wskaźników rozwojowych. Poprawiły się warunki w służbie zdrowia, zmniejszyła się śmiertelność noworodków, zwiększyły prawa kobiet, poprawił się cały system szkolnictwa i opieki zdrowia. Dorosło nowe pokolenie, które żyło w innym świecie. To była zupełnie inna rzeczywistość niż 20 lat temu.

Widziałem, że w tych warunkach zostało zrobione wszystko, co możliwe, żeby Afganistan mógł stanąć na nogi. Dziś wiemy, że to się nie udało.

Czyli był to niepotrzebny wysiłek?

Zawsze trzeba patrzeć, w jakim kontekście były podejmowane decyzje strategiczne. Wydaje mi się, że USA nie miały innego wyjścia. Musiały rozbić Al-Kaidę i zapobiec kolejnym zamachom, a do tego konieczne było obalenie talibów. A skoro obalono reżim, to trzeba było zaproponować jakąś alternatywę. Błędem była bez wątpienia interwencja w Iraku. Może gdyby nie tracono sił i środków na tamtą wojnę i skoncentrowano się na Afganistanie, udałoby się włączyć jakąś część talibów do nowego rządu. Tak się jednak nie stało. Rebelia się nasilała, zaangażowanie Zachodu w Afganistanie rosło. Rosły też straty wśród żołnierzy. W efekcie każdy kolejny amerykański przywódca był pod presją, żeby się wycofywać i zmniejszać skalę zaangażowania w Afganistanie. To doprowadziło do sytuacji, że politycy szukali sposobu na wycofanie wojsk i coraz niechętnie słuchali, z jakim ryzykiem się to wiąże.

Rodzina na targowisku, Kabul, Afganistan, 12.2001Rodzina na targowisku, Kabul, Afganistan, 12.2001 Fot. Łukasz Trzciński

Kolejni kandydaci na prezydenta USA w kampaniach wyborczych posługiwali się sloganami, że trzeba wycofać wojska lub zmniejszyć skalę zaangażowania amerykańskiego. Jednak zrobił to dopiero Donald Trump.

Poprzedni przywódcy musieli weryfikować swoje oczekiwania. Dostawali analizy, że Afganistan runie jak domek z kart. Afgańskie siły nie były jeszcze wystarczająco silne. Afgańscy politycy nie akceptowali wyników wyborów, w administracji kwitła korupcja, a talibowie krok po kroku powiększali obszary pod swoją kontrolą Aż w końcu Donald Trump uznał, że nie będzie się przejmował konsekwencjami politycznymi i podpisał porozumienie z talibami, które otwierało drogę do wycofania wojsk. To było porozumienie, które przynajmniej na papierze zabezpieczało interesy USA i ich sojuszników. Talibowie zobowiązali się np., że zerwą związki z Al-Kaidą. Ale jednocześnie wiadomo było, że jeśli USA zaczną się wycofywać, to właściwie talibowie nie będą mieli żadnego interesu w tym, aby podjąć negocjacje z afgańskim rządem. Jedyna nadzieja były afgańskie siły bezpieczeństwa, które miały im uniemożliwić zbyt łatwe przejęcie całej władzy. Joe Biden, który wygrał wybory prezydenckie w USA, uznał, że skoro jest już takie porozumienie, to podejmie ryzyko i wycofa wszystkie wojska.

Jednak gdy Joe Biden ogłosił wycofanie wojsk, Trump orzekł, że sposób przeprowadzenia wyjścia USA z Afganistanu był "najgłupszym ruchem w historii" Ameryki.

Biden był w sytuacji, w której trudno było podjąć inną decyzję. Porozumienie było już podpisane. Gdyby USA nie zaczęły się wycofywać, talibowie z pewnością oskarżyliby USA o złamanie porozumienia, zaczęliby ataki, a to ponownie doprowadziłoby do straty wśród wojsk koalicji. Dlatego moim zdaniem teoria, że można było utrzymywać status quo przy niewielkim zaangażowaniu sił międzynarodowych, zapewne by się nie sprawdziła. Okazałoby się, że trzeba ponownie dosyłać żołnierzy. Biden chciał tego uniknąć. Oczywiście można krytykować USA za sposób, w jaki się wycofały. Zapewne nie trzeba było opuszczać bazy Bagram w ciągu jednej nocy. To wysłało fatalny sygnał, że odwrót następuje w pośpiechu. Skoro było porozumienie z talibami, że nie atakują sił zachodnich podczas ich wycofywania, można było to przeprowadzić lepiej. Ale ostatecznie i tak żołnierze opuściliby Afganistan.

Czyli nie było innego wyjścia?

Jedynym wyjście było chyba pozostawienie wojsk, ale tego nie chciało już amerykańskie społeczeństwo. Biden opierał się na kalkulacjach, że siły liczące kilkaset tysięcy żołnierzy i policjantów afgańskich będą w stanie przez kilka miesięcy stawiać opór talibom. Byłby to wystarczająco długi czas, aby opinia międzynarodowa przestała się interesować tym, co się dzieje w Afganistanie. Większa część odpowiedzialności za ewentualny rozpad struktur państwowych spadłaby na afgańskie władze. Nie spodziewano się, że talibowie będą w stanie przejąć władzę siłą w takim tempie.

Dlaczego te prognozy tak rozbiegły się z rzeczywistością?

Przede wszystkim decyzja o wycofaniu USA i NATO miała poważne psychologiczne konsekwencje. Talibów uskrzydliła i zmotywowała, a afgańskie siły bezpieczeństwa pozbawiła woli walki. Każdy w sytuacji konfliktu wojennego staje przed wyborem, czy jest sens walczyć i umierać za swój kraj, a kiedy tego sensu już nie ma. Pamiętajmy, że tutaj mieliśmy do czynienia nie z najeźdźcą z zewnątrz, tylko konfliktem domowym. Ta wola walki w obronie rządu w Kabulu musiała być więc znacznie słabsza niż w sytuacji obrony kraju przed agresją innego państwa.

Talibowie prawdopodobnie włożyli sporo wysiłku w przekonywanie lokalnych dowódców, aby zrezygnowali z walki. Obiecywali, że nic im i ich rodzinom się wtedy nie stanie. Do tego doszedł brak silnego przywództwa politycznego i wszystkie te słabości afgańskich sił bezpieczeństwa, z których zdawaliśmy sobie sprawę. Po to są strategie i plany, aby zminimalizować ryzyko najgorszego scenariusza. Nigdy jednak nie ma gwarancji, że uda się mu zapobiec. USA miały strategię i plany, ale było zbyt dużo elementów, nad którymi nie miały już kontroli.

Jak pan ocenia cały proces wyjścia z Afganistanu?

Przede wszystkim jest to dramat dla wielu Afgańczyków, którzy nie podzielają wizji talibów, jak ma być zorganizowane państwo. Talibowie będą próbowali skonsolidować władzę i zaprowadzić porządek, ale Afganistan będzie prawdopodobnie źródłem niestabilności w regionie. Talibowie, którzy mogą liczyć na sympatię Pakistanu, już zapowiedzieli wsparcie dla muzułmanów w Kaszmirze, czyli możemy się spodziewać wzrostu napięć na linii Indie - Pakistan. Sukces talibów może uskrzydlić wiele organizacji ekstremistycznych w regionie. Wbrew obietnicom nie zerwali też związków z Al-Kaidą. W Afganistanie jest także obecne tzw. Państwo Islamskie.

AfghanistanAfganistan. Walki o ostatnią prowincję, jest deklaracja negocjacji

Mimo to uważam, że w interesie Polski i innych europejskich krajów jest to, aby USA przesuwały swoją uwagę strategiczną na zagrożenia ze strony Chin i Rosji. Stany Zjednoczone wchodzą w okres długofalowej rywalizacją z tymi autorytarnymi reżimami. Rosja stanowi realne zagrożenie militarne dla NATO. Chiny są coraz bardziej agresywne na Morzu Południowochińskim i w cyberprzestrzeni. Skutecznie stosują presję polityczną i gospodarczą do dzielenia Zachodu.

Zaczynają prowadzić wyścigu technologicznym. Są już tak potężne, że jeśli Zachód się nie skonsoliduje i nie skoordynuje polityki w niektórych obszarach, nie będzie w stanie skutecznie bronić swoich interesów. Chociaż zagrożenia terrorystyczne nie znikają, ale Chiny i Rosja są teraz o wiele większym wyzwaniem. To, że USA zaczynają zmieniać swoje priorytety, jest korzystne dla bezpieczeństwa globalnego i bezpieczeństwa Polski.

Co Rosja i Chiny mogą ugrać na sytuacji w Afganistanie?

Na pewno ta sytuacja nie jest im na rękę. Rosja obawia się radykalizacji islamskiej w swoich autonomicznych republikach Czeczenii i Dagestanie. Obawia się także destabilizacji Azji Środkowej.

Dla Chin nasilenie islamskiego ekstremizmu jest również groźne. Chiny obsesyjne boją się, że będzie to utrudniać im utrzymywanie kontroli nad prowincją Singciang. Oczywiście w Afganistanie są bogate złoża surowców, w tym litu, którym Chiny mogą być zainteresowane. Nie wiem jednak, czy przejęcie władzy przez talibów jakoś znacząco zmienia kalkulacje dotyczące ryzyka inwestycyjnego. Do tej pory Chiny nie inwestowały w Afganistanie, bo uznawały, że jest tam zbyt niebezpiecznie. Czy talibowie są w stanie zagwarantować odpowiedni poziom bezpieczeństwa chińskim inwestycjom? Zobaczymy.

Oba kraje, Chiny i Rosja, zatrzymały w Afganistanie swoje ambasady, by móc zarządzać relacjami z talibami, a także żeby uzyskać większy wpływ od Amerykanów na rozgrywające się tam wydarzenia. Będzie to dla nich instrument, którym będą mogły także wykorzystywać w relacjach z USA.

A USA nie będą po cichu współpracować z talibami? Mają wspólnego wroga: ISIS.

Nie ma wątpliwości, że trudniej będzie teraz USA monitorować zagrożenie terrorystyczne, dlatego jeśli pojawi się realne zagrożenie terrorystyczne ze strony ISIS, nie można wykluczyć jakiejś nieformalnej współpracy wywiadu USA z Talibami.

Talibowie rozpędzili protestujących , 7 września 2021 r.Talibowie rozpędzili protestujących , 7 września 2021 r. Fot. Wali Sabawoon / AP Photo

Wyobrażam sobie taką sytuację, w której zarówno Talibowie, jak i USA mają informację, że na terenie Afganistanu działa komórka ISIS, która przygotowuje spektakularny zamach. Nikt jednak nie ma pełnej informacji i tylko współpraca umożliwia jej zlikwidowanie. O wiele bardziej prawdopodobne jest jednak to, że Amerykanie pozostawili w Afganistanie bardzo rozbudowaną siatkę wywiadowczą. Przez ostatnich 20 lat rozbudowali też swoje zdolności techniczne do wykrywania zagrożeń na odpowiednio wczesnym etapie. Raczej będą próbowali sami namierzać Al-Kaidę i ISIS i tak, jak do tej pory przy pomocy dronów zwalczać ich przywódców.

Zamachów w pobliżu kabulskiego lotniska dokonało ISIS-K. To ugrupowanie może stanowić realne zagrożenie terrorystyczne dla zachodu?

Cała ta narracja o "upadku Ameryki" i "porażce USA" może wzmacniać ekstremistyczną propagandę. Historia pokazuje, że taka propaganda potrafi być bardzo skuteczna. Nowi rekruci mogą być chętni do wstępowania w szeregi organizacji terrorystycznych albo szukać sposobów na przeprowadzenie zamachów samodzielnie.

Talibowie w GhazniAfganistan. Talibowie przejmują władzę w kraju. USA i Wielka Brytania zwołują szczyt G7 [RELACJA]

ISIS działa na bardzo luźnych zasadach, bez struktur. Oczywiście są eksperci od propagandy, planowania zamachów, konstruowania bomb, ale w dużej mierze ich działalność opiera się na inspirowaniu ludzi do przeprowadzenia zamachów własnymi środkami. W najbliższych miesiącach może się więc nasilić zagrożenie terrorystyczne. Będzie ono też związane z tym, w jakim stopniu Al-Kaida i ISIS znajdą bezpieczne schronienie w Afganistanie. Z drugiej strony USA i szeroko pojęty Zachód angażują ogromne zasoby. Od lat skutecznie monitorują zagrożenie terrorystyczne i próbują zapobiegać zamachom. Chociaż nie zawsze się to udaje, to zdecydowana większość zamachów jest udaremniana.

Najdłuższa wojna w historii USA dobiegła końca. Nie ma w niej wygranych?

Jeśli popatrzymy na szerszy kontekst strategicznym, to nie ulega wątpliwości, że główny cel zaangażowania USA w Afganistanie został osiągnięty. Amerykanie chcieli rozbić Al-Kaidę i uniemożliwić dokonywanie kolejnych zamachów. Mogli przyjąć strategię oblężonej twierdzy, ale postanowili dopaść terrorystów w ich mateczniku.

Zbudowanie na nowo struktur państwowych w Afganistanie to zawsze był tzw. cel wtórny. Amerykanie byli krytykowani, że nie powinni tego robić, że są to działania zbyt kosztowne. Wiedzieli jednak, że nie było innego wyjścia. Byli jedynym państwem, które dysponowało tak ogromnymi zasobami i wolą, by ten wysiłek podjąć. Były też zapewne jedynym państwem świata, które mogło liczyć na wsparcie tak wielu sojuszników.

Działania USA w Afganistanie trwały 20 lat. Teraz Amerykanie muszą nastawić się na dekady rywalizacji z autorytarnymi potęgami. Jest to konieczne, aby nie doszło do znacznie poważniejszej wojny.

Więcej o: