Oficjalnie dla Białorusi Polska jest jak Blofeld dla Bonda. Czy dało się przegrać mniej?

Polska stała się największym złem dla reżimowej propagandy. Polscy działacze są prześladowani i siedzą miesiącami w aresztach. Treści polskiej telewizji są uznawane za ekstremistyczne. Tak złych relacji z Białorusią nie było nigdy. Gdzie zrobiliśmy błąd i czy mogliśmy zrobić coś lepiej?

Relacje Polski z Białorusią były skomplikowane już od początku, w latach 90. No bo z jednej strony w naszym interesie jest, aby Mińsk był jak najbardziej prozachodni. Z drugiej strony jest jednak Rosja, która uważa Białoruś za swoje podwórko i ma tam niemałe wpływy. Od kiedy w 1994 roku prezydentem został Aleksandr Łukaszenko i stopniowo zaczął wygaszać młodą białoruską demokrację, doszedł kolejny poziom komplikacji. Jak rozmawiać z autorytarnym przywódcą, aby z jednej strony nie pochwalać jego działań, a z drugiej próbować go przeciągnąć na swoją stronę.

Kolejne dekady upłynęły pod znakiem ociepleń i ochłodzeń. Po wydarzeniach z 2020 roku, sfałszowanych wyborach i brutalnych represjach, jesteśmy jednak w epoce lodowcowej. Łukaszenka i jego propaganda regularnie oskarżają Polskę o wszystko, co najgorsze. Szefowa nieuznawanego przez reżim Związku Polaków Na Białorusi, Andżelika Borys, jest od wiosny w areszcie i być może zostanie deportowana. Dziennikarze pracujący dla polskiej telewizji BiełsatTV są prześladowani i skazywani na więzienie. Treści umieszczane przez BiełsatTV w sieci zostały uznane za ekstremistyczne i nawet ich podawanie dalej może skutkować poważnymi karami. Perspektywy poprawy sytuacji nie ma.

Przeczytaj także:

Zobacz wideo

Katastrofa na własne życzenie?

Czy mogliśmy zrobić coś inaczej? Lepiej? - Moim zdaniem miarą polityki zagranicznej jest jej skuteczność. Co osiągnęliśmy na Białorusi, jakie cele zrealizowaliśmy? Śmiem twierdzić, że żadne. Przegraliśmy wszystko, co można było przegrać - uważa Witold Jurasz, były chargé d’affaires (szef misji dyplomatycznej niższej rangi niż ambasador) na Białorusi, obecnie dziennikarz portalu Onet. Od lat krytykuje on polską politykę zagraniczną na kierunku wschodnim, zwłaszcza białoruskim. Jego zdaniem nie jest ona dość realistyczna, a osoby za nią odpowiadające nie dość kompetentne, żyjące za bardzo w sferze pragnień, a nie faktów.

Według Jurasza kardynalnym błędem naszej polityki było od lat ignorowanie kontaktów z łukaszenkowską nomenklaturą. Tymi ludźmi, od których poparcia dyktator naprawdę jest zależny. - Ignorujemy fakt, że Łukaszenka to zwieńczenie systemu liczącego dziesiątki tysięcy ludzi, którym trwanie reżimu jest na rękę - uważa. - Przez ostatnie 20 lat trzeba było próbować ich kaptować, budować wpływy - dodaje były dyplomata. Sugeruje na przykład oferowanie wyjazdów na wartościowe kursy i szkolenia na Zachodzie, takie jak choćby MBA.

Zdaniem Jurasza w Polsce przyjęto błędne założenie, że ulica i protesty są w stanie doprowadzić do obalenia reżimu Łukaszenki. - To chyba efekt naszego mitologizowania Solidarności. Przeceniania jej realnego wpływu na obalenie rządów komunistycznych w Polsce. Tak jakby nie było bankructwa sowieckiej gospodarki, Ronalda Reagana, papieża, Michaiła Gorbaczowa, i wielkiego dealu na koniec - uważa były dyplomata.

- Teraz to wszystko jednak historia i zbędne dywagacje. Jest po sprawie. Straciliśmy Białoruś. Reżim zaszedł tak daleko, że nie ma szans na realny dialog. Nie ma do tego warunków. Możemy tylko czekać do jakiegoś kolejnego dużego przesilenia na arenie międzynarodowej. Przetasowania, które pozwoli wyrwać Białoruś z orbity Rosji. Może za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat wrócimy do gry. Na razie i tak nie jest źle, bo chociaż my znaleźliśmy się po właściwej stronie w nowej zimnej wojnie - uważa Jurasz.

Paweł Łatuszka i Kryscina CimanouskaCimanouska: Wzywam tych ludzi do tego, aby mówili, nie milczeli

Okiem Białorusina nie jest tak źle

- Nie podzielam poglądu, że polska polityka zagraniczna wobec Białorusi to jakaś całkowita katastrofa. Nie jest tak źle. Tego, co się stało na przestrzeni ostatniego roku, nikt nie przewidział. Nawet sam reżim czegoś takiego się nie spodziewał. Trudno więc oczekiwać innego efektu - mówi natomiast w rozmowie z Gazeta.pl Anatol Kotow, członek Narodowego Zarządu Antykryzysowego, jednego z głównych ciał białoruskiej opozycji. Odpowiada za sprawy zagraniczne i handel. Do 2020 roku pracował w białoruskiej administracji, ale w obliczu represji rzucił służbę cywilną. - Wasz podstawowy problem jest taki, że musicie grać zgodnie z prawem, zgodnie z zasadami, a gracie z reżimem, który żadnego prawa i zasad nie uznaje - dodaje.

Zdaniem Kotowa działania w rodzaju stworzenia BiełsatTV i fundowania stypendiów dla białoruskich studentów w Polsce, których celem było wspomaganie budowy społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi, to nie był błąd. - Jednak na większą skalę nie ma tym zainteresowania wśród Białorusinów. To nie docierało do szerokiego grona. Więc ta inwestycja nie stała się w pełni skuteczna - stwierdza Kotow. - Teraz cała ta polityka budowania społeczeństwa obywatelskiego już niezbyt ma sens. To mogło działać w miękkim autorytaryzmie, a na Białorusi zapanowało całkowite bezprawie. Jest już za późno - mówi opozycjonista.

Zdaniem Kotowa Polska może teraz pomagać Białorusinom z zewnątrz. Podaje tutaj przykład głównie polskiego pomysłu planu Marshalla dla Białorusi, czyli zaproponowanego w 2020 roku programu znacznych finansowych zachęt do liberalizacji, skierowanego do białoruskiej władzy. Domyślnie bez Łukaszenki na szczycie. - Moim zdaniem to, co Polska powinna robić lepiej, to wspólnie z na przykład Litwą zadbać, aby w ramach UE wypracowano jakąś wspólną strategię działania wobec Białorusi - stwierdza Kotow.

Według opozycjonisty to, czego najbardziej zbrakło rok temu, to szybkość reakcji. Tak ze strony Polski, jak i szerzej UE. - Czas jest zawsze najważniejszy. Na początku protestów reżim był niepewny swojej sytuacji, ludzie mieli entuzjazm, nie było jednak zdecydowanych działań, żeby ich poprzeć. Teraz jest odwrotnie. Jest zdecydowanie, są sankcje, ale w międzyczasie reżim zdołał zdławić opór. Tylko ludzie są zastraszeni - opisuje Kotow. Wspólna unijna strategia mogłaby czemuś takiemu zapobiec w przyszłości. Poprawić czas reakcji.

Kotow dodaje, że teraz warto by było, aby Polska naciskała na uszczelnienie sankcji. - Wszyscy wiedzą, na czym reżim zarabia. Trzeba go od tych dochodów odciąć - mówi opozycjonista. Jako legalne źródła wymienia eksport nawozów potasowych i produktów ropopochodnych. Jako nielegalne przemyt, głównie papierosów do UE i zachodnich produktów do Rosji. - Te najnowsze sankcje tworzono w pośpiechu, chcąc nadgonić stracony czas, w efekcie mają wiele luk, które warto domknąć - uważa Kotow.

Mieć asa w rękawie na czas, kiedy TO się stanie

Były pracownik białoruskiej administracji wymienia Litwę jako partnera Polski w kontekście Białorusi, ponieważ w tej sprawie Wilno jest bardzo aktywne w UE. Po serii szybszych i bardziej zdecydowanych komentarzy oraz działań na przestrzeni ostatniego roku pojawiły się wręcz twierdzenia, że znacznie mniejsza Litwa przyćmiła ospałą Polskę. Zdaniem Jurasza jest w tym dużo racji. - Przestaliśmy być kluczowym partnerem dla białoruskiej opozycji. Teraz jej stolicą jest Wilno - stwierdza. Według niego Litwini od zawsze prowadzili bardziej zniuansowaną politykę i byli w tym konsekwentni. Budowali wpływy i w nomenklaturze, i wśród opozycji. - Przede wszystkim mniej od nas gadają, a więcej robią. W tym więcej dają pieniędzy bez zbędnych ceregieli - uważa były dyplomata. Zwraca przy tym uwagę, że to w Wilnie, a nie w Warszawie ulokowało swoje przedstawicielstwa szereg amerykańskich organizacji pozarządowych działających na kierunku białoruskim. - Są tam obecni też Szwedzi. Tamtejszy Dom Białoruski jest znacznie większy od warszawskiego. Po prostu tam mają większe pieniądze - stwierdza.

Co więcej, według Jurasza opozycjoniści są też przekonani, że Litwini poważniej podchodzą do zagrożenia ze strony białoruskich służb. A to istnieje. Choćby w minionym tygodniu w Kijowie zaginął podczas porannego biegania szef tamtejszego Domu Białoruskiego, organizacji pomagającej Białorusinom uciekającym z kraju. Znaleziono go powieszonego na drzewie w parku. - Kiedy na Litwie zauważą, że ktoś podejrzany za nimi chodzi, to wiedzą, do kogo się zgłosić i że coś z tym zostanie zrobione. W Polsce mogą natomiast usłyszeć: "a co my możemy?". Niestety takie są realia - mówi Jurasz.

TwitterBiałoruska TV pokazywała co tydzień zdjęcia aktywistów ze stryczkami

Ponownie zdaniem Kotowa nie jest jednak aż tak źle. - Litwa może rzeczywiście jest ostatnio głośniejsza w swoich działaniach, ale tak naprawdę to nadal tutaj są większe możliwości. Polska zna się na Białorusi jak żadne inne państwo w Unii Europejskiej - uważa Białorusin. - Akcja z Krysciną Cimanouską pokazuje, że Polska potrafi grać ostro i szybko w sytuacjach kryzysowych. I właśnie w ten sposób trzeba działać - dodaje.

Zdaniem Kotowa Polska powinna już teraz zainwestować w program budowy zaplecza kadrowego dla przyszłej białoruskiej administracji państwowej, już po upadku Łukaszenki. Bo jego zdaniem to jedynie kwestia czasu. - Kiedy już do tego dojdzie, nie będzie kompetentnych ludzi zdolnych zarządzać krajem tak, aby nie stoczył się z powrotem w otchłań. Trzeba ich już teraz kształcić. Żaden inny nasz sąsiad nie ma takiego potencjału edukacyjnego, żeby nad tym pracować - mówi Białorusin. Jego zdaniem to byłaby inwestycja, która mogłaby dać Polsce ogromne korzyści w długiej perspektywie.

Jurasz zwraca jednak uwagę, że poza pomaganiem powinniśmy też zastanowić się nad tym, jak Białorusinów traktujemy. - My od lat przyjmowaliśmy wobec białoruskiej opozycji bardzo protekcjonalną postawę. Kiedy mówili lub robili coś nie po naszej myśli, obcinaliśmy im wsparcie. W efekcie wytresowaliśmy ich sobie tak, żeby mówili tylko to, co chcieliśmy usłyszeć - mówi były dyplomata. Jego zdaniem to recepta na problemy, bo prowadzi to do zafałszowania rzeczywistości.

- Tego czarnego obrazu niestety nie zmieni nawet niewątpliwe PR-owe zwycięstwo, jakim jest sprawa Krysciny Cimanouskiej, bo nic konkretnego z tego nie wyniknie – stwierdza Jurasz. Dodaje, że jego zdaniem ta sprawa jest właśnie pokazem naszego protekcjonalnego podejścia do Białorusinów. - Proszę spojrzeć na to jak zapisujemy jej nazwisko, Cimanouska. Tylko gdyby Pan ją zaprosił do na przykład studia i poprosił, żeby się przedstawiła tak, jak zawsze to robi, toby powiedziała: Tymanowska. Tylko nam to brzmi zbyt rosyjsko, a tak to przecież nie może być. Stosujemy więc pokraczną transkrypcję, żeby brzmiało bardziej białorusko - mówi Jurasz. Zaznacza jednak, że rzeczywistość jest taka, iż po białorusku na co dzień mówi kilka procent mieszkańców Białorusi. - To jest kraj rosyjskojęzyczny, a przez jakiś czas w misyjnym wzmożeniu nawet strona polskiej ambasady w Mińsku nie miała rosyjskiej wersji. No to ja się pytam, jak dyplomacja oparta na takich zasadach ma być skuteczna? Jak ograniczamy przekaz do kilku procent populacji, byleby było zgodnie z naszą wizją? - zżyma się były dyplomata.

Ten tekst powstał przy współpracy z Domem Białoruskim w Warszawie, który od 2011 roku pomógł ponad tysiącowi Białorusinów uciekających ze swojego kraju przed prześladowaniami ze strony reżimu Łukaszenki. Wspiera ich w odnalezieniu się w Polsce, załatwieniu formalności czy uzyskaniu pomocy medycznej. Organizacja nie ogranicza się tylko do tego. Jest też zaangażowana we wspieranie białoruskiej opozycji demokratycznej i społeczeństwa obywatelskiego. Działa nie tylko w Polsce, ale też choćby na Litwie i Ukrainie. Nie jest to całkiem bezpieczne zajęcie. Na początku sierpnia szef oddziału Białoruskiego Domu w Kijowie został odkryty powieszony w parku.

Organizacja finansuje swoją działalność z grantów i datków. Każdy, kto by chciał wesprzeć Białoruski Dom, może to zrobić bezpośrednim przelewem (w linku są dane), albo poprzez platformę zrzutka.pl.

Zobacz wideo
Więcej o: