Dramatyczna sytuacja na Kubie. "Prezydent pozwolił zabijać w imię rewolucji"

Na Kubie od niedzieli trwają antyrządowe protesty i demonstracje. Od wtorku na wyspie nie działa internet. - Sytuacja wygląda bardzo źle. Leje się krew - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Polka, której partner jest na wyspie. Kobieta mówi wprost: prezydent pozwala zabijać w imię rewolucji.

Już kilka godzin po pierwszych demonstracjach prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel wygłosił orędzie, w którym nawoływał, żeby na ulice wyszli rewolucjoniści. Powiedział, że zadaniem państwa jest zrobić wszystko, żeby obronić dorobek rewolucji przed "protestującymi zdrajcami".

Od niedzieli prawie 190 działaczy antyreżimowych oraz kilku dziennikarzy uczestniczących w protestach uznaje się za zaginionych. Rząd wprowadził całkowitą blokadę internetu. Jedyne, sporadyczne informacje, które przedostają się poza wyspę są publikowane za pomocą kanału Telegram.

Z tych informacji wynika, że podczas manifestacji atakowane są policyjne radiowozy. Tłum wdziera się też do sklepów dolarowych, wynosi jedzenie i artykuły sanitarne. 

- Sytuacja wygląda bardzo źle. Leje się krew - mówi w rozmowie z Gazeta.pl pani Basia, Polka, której partner przebywa obecnie na wyspie. - Prezydent pozwala zabijać w imię rewolucji - mówi.

Z informacji umieszczonych na portalu Periodico Cubano wynika, że od wtorku służby wojskowe Kuby siłą wcielają do swoich oddziałów interwencyjnych młodzież. To działanie ma służyć zwiększeniu liczebności oddziałów pacyfikujących protesty. .

Reżim w Hawanie utrzymuje swoją narrację, że inicjatorzy zamieszek to amerykańscy prowokatorzy, którzy wykorzystali pandemię, by obalić rząd komunistyczny na Kubie.

Kubańczycy protestują 

Protesty na Kubie zaczęły się spontanicznie. W sobotę 10 lipca na ulice miast wyszły tysiące ludzi, którzy skandowali "precz z dyktaturą!". Demonstrantów rozproszyła policja. W poniedziałek wieczorem w centrum Hawany zebrało się około stu osób krzyczących "precz z komunizmem!".

We wtorek rano informowaliśmy, że w wyniku antyrządowych manifestacji zginęła jednak osoba, a kilkanaście zostało rannych. Jak podało kubańskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, zmarły to 36-letni Diubis Laurencio Tejeda. Mężczyzna zginął podczas poniedziałkowego starcia między protestującymi a policją na obrzeżach Hawany. Jak podaje "The Guardian", Erika Guevara-Rosas, dyrektorka Amnesty International ds. Ameryki przekazała, że zatrzymanych lub zaginionych jest co najmniej 140 Kubańczyków. 

Do wybuchu protestów przyczynił się największy od 30 lat kryzys gospodarczy na wyspie. W kraju brakuje żywności i leków, często dochodzi też do wyłączeń prądu. Pogarsza się też sytuacja, związana z pandemią COVID-19.

- Kubańczycy są zdesperowani. Brakuje im leków, żywności, podstawowych produktów higienicznych. Do sklepów ciągną się gigantyczne kolejki, w wielu miastach brakuje prądu - powiedziała w rozmowie z Gazeta.pl Magdalena Woźnikiewicz, autorka strony Cubamia Project.

Reuters podaje, że zdaniem kubańskiego rządu demonstracje organizowali kontrrewolucjoniści finansowani przez Stany Zjednoczone, które manipulują frustracją wywołaną kryzysem gospodarczym, w dużej mierze spowodowanym trwającym od dziesięcioleci embargiem handlowym USA.

Protesty na KubieKubańczyk o protestach: Realna szansa na zmianę sytuacji

Więcej o: