Chińczycy bronią się, jak mogą, ale muszą stać się trochę jak my. Ludzkie tsunami opada

Chińskie władze od lat serwują światu i swojemu społeczeństwu narrację, że Chiny są unikalne i podążają swoją oryginalną drogą rozwoju, która jest lepsza niż ta proponowana przez zachodnie demokracje. Tę narrację psują jednak natura i uniwersalne ludzkie zachowania.

Źródłem problemów jest demografia. Chińskie społeczeństwo zaczyna gwałtownie się starzeć, a dzieci rodzi się coraz mniej. Pokazują to dobitnie wyniki najnowszego wielkiego spisu ludności i kilka nerwowych kroków, podjętych po ich ogłoszeniu.

- Spisowi powszechnemu towarzyszyły kontrowersje. Kilka razy odwlekano publikację jego wyników, co zrodziło spekulacje, czy dane nie zostały jakoś zafałszowane - mówi Gazeta.pl Alicja Bachulska, analityczka ds. polityki Chin w Ośrodku Badań Azji Akademii Sztuki Wojennej oraz koordynatorka projektu MapInfluenCE na Polskę.

Jeden z obrazków komiksu mającego pokazywać 'sortowanie zagranicznych śmieci'. Ten blondyn z niebieskimi oczami miał nie nosić maseczki w miejscach publicznych. Finalnie trafia do kubła z odpadkami domowymi.Chińczycy zwracają się przeciw obcokrajowcom

Kurs na duże zmiany

Ostatecznie wyniki wielkiego spisu, organizowanego raz na dekadę, opublikowano w połowie maja. Było to niezwykle ważne wydarzenie dla władz, które na uroczystej konferencji prasowej starały się przedstawić dane w jak najlepszym świetle. Podkreślano bogacenie się Chińczyków, coraz lepszą edukację, urbanizację sięgającą 60 procent i temu podobne wskaźniki, w których Chiny rzeczywiście wypadają coraz lepiej i coraz bliżej im do państwa rozwiniętego. Wrażenie robiła też liczba obywateli Chin, która oficjalnie sięgnęła 1,41 miliarda.

W tej beczce miodu była jednak łyżka dziegciu, czyli nieustannie spadający przyrost naturalny. W dekadzie 2010-2020 wyniósł średnio 0,53 procenta. W poprzedniej dekadzie było to 0,57 procenta. W Chinach rodzi się coraz mniej dzieci. Oznacza to coraz szybsze starzenie się społeczeństwa. Średni wiek Chińczyków nieustannie rośnie i wynosi już 38,4 roku. Ten proces jest wyjątkowo szybki. Liczba osób uznawanych za stare (65 lat +) podwoi się w Chinach z około 10 procent w 2017 roku do 20 procent dwie dekady później. W przypadku Niemiec zajęło to 61 lat. - Starzenie się społeczeństwa jest widoczne zwłaszcza w miastach - mówi Bachulska.

Jest właściwie pewne, że kolejny spis powszechny w 2030 roku wykaże spadek liczby ludności. - Być może tak naprawdę już teraz mamy do czynienia z kurczeniem się populacji Chin - mówi Bachulska. To jedna ze spekulacji, które zrodziły się z powodu opóźniania publikacji danych. Prawdy się jednak nie dowiemy, bo jedyne dokładne dane to te, które kontroluje rząd Chin.

Kurczenie się populacji i jej starzenie się oznacza tektoniczne zmiany nie tylko w Chinach. Chińska gospodarka opiera się na taniej i mobilnej sile roboczej. Ogromny sukces gospodarczy Chin w ostatnich dekadach został zbudowany na plecach wyzyskiwanych robotników, masowo napływających z biednej prowincji do miast. Światowy handel i globalizacja opierają się w znacznej mierze na ich pracy. Ponieważ ten strumień taniej siły roboczej szybko wysycha, stereotyp Chin jako taniej fabryki świata adekwatnie szybko będzie odchodził w przeszłość. Zagraniczne koncerny sobie poradzą, przenosząc fabryki do innych krajów, albo przełykając wyższe koszty. Chińczycy od tych zmian nie uciekną, a będą one miały niebagatelny i destabilizujący wpływ.

Polska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności wśród krajów UEPolska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie

Koniec wygodnego budżetu bez socjalu

Pekin zdaje sobie z tego sprawę i podejmowane są pewne działania, ale jak mówi Bachulska, na razie nie są one zdecydowane. Pod koniec maja zapowiedziano podniesienie dopuszczalnego limitu dzieci na małżeństwo do trzech. Jednak chyba nikt nie spodziewa się, że przyniesie to jakiś efekt. - Podniesienie limitu do dwóch dzieci w 2016 roku go nie przyniosło. Po prostu młodych Chińczyków nie stać na wychowanie bardziej licznego potomstwa. Zwłaszcza, że przed nimi jest perspektywa samotnego zajmowania się starymi rodzicami - mówi Bachulska.

Chińskie władze od końca lat 70. zaczęły dekretować, ile dzieci może mieć małżeństwo (inne dzieci niż z małżeństwa mężczyzny i kobiety w Chinach nie istnieją, urodzone poza związkiem nie mają tożsamości, praw i dla systemu ich nie ma). Były wyjątki, ale generalną zasadą na ponad trzy dekady było jedno dziecko. Efektem jest całe pokolenie jedynaków. - To jest przedmiotem dyskusji w Chinach. Jak pokolenie "małych cesarzy", czyli rozpieszczanych jedynaków z okresu polityki jednego dziecka, udźwignie tradycyjną rolę opieki nad starszymi członkami rodziny. Zresztą nie jest to tylko tradycja, ale też wymóg zapisany w prawie - opisuje Bachulska.

W Chinach praktycznie nie ma opieki społecznej. Zazwyczaj skromne emerytury przysługują niewielkiej części społeczeństwa. Perspektywa konieczności poważnego wsparcia czwórki rodziców, może przytłaczać i zniechęcać do powiększania rodziny. Oczywiście na niechęć do posiadania wielu dzieci wpływają też inne czynniki, dobrze znane z państw zachodnich. Im bardziej zamożne i wykształcone społeczeństwo, tym mniej dzieci. Chiny są więc ofiarą podwójnego sukcesu. Po pierwsze gwałtownego rozwoju, a po drugie polityki jednego dziecka.

- Jest ewidentne, że coś trzeba będzie z tym zrobić. Pekin nawet zaczął wykonywać pewne ruchy, poza podnoszeniem limitu dzieci. Zapowiedziano ogólnikowo reformy, takie jak wydłużenie wieku emerytalnego. Zadeklarowano w ramach obecnego programu pięcioletniego, że na jego koniec większość Chińczyków ma być objętych podstawowym ubezpieczeniem zdrowotnym i emerytalnym - opisuje Bachulska. Dodaje jednak, że te ruchy są uznawane za daleko niewystarczające. - Jest niemal pewne, że w perspektywie 10-15 lat władza będzie zmuszona do znacznie bardziej zdecydowanych działań - stwierdza Bachulska.

Chiny chcą czy nie chcą, będą musiały pokonać w trybie przyśpieszonym tę samą trasę, jaką w ciągu XX wieku przebyły państwa zachodnie. I stać się takie jak one, czyli wydawać znacznie więcej na emerytury, renty i opiekę zdrowotną. Dzisiaj na przykład na tą ostatnią przeznacza się nieco ponad dwa procent PKB. Standardem w krajach rozwiniętych jest ponad trzy razy więcej. Oznacza to, że rząd w Pekinie będzie miał mniej pieniędzy na inwestycje, rozwój i siły zbrojne.

Zhou XiaoXuan funkcjonuje na Weibo, chińskim odpowiedniku Twittera, pod pseudonimem Xian Zi. Jest scenarzystkąPełzająca rewolucja w Chinach, pod znakiem ryżowego króliczka

Społeczeństwo niepoddające się inżynierii

To wszystko oznacza dla Chin także ogromne zmiany kulturowe. - Od zawsze to rodzina miała zapewniać przetrwanie swoim najstarszym członkom. Od dekad państwo surowo ograniczało liczbę dzieci w rodzinie. Teraz to wszystko się sypie i społeczeństwo to źle przyjmuje. Zwłaszcza wobec tego, że jeszcze nie tak dawno temu surowo egzekwowano zapisy o jednym czy dwójce dzieci na rodzinę - mówi Bachulska. Frustrację dobrze obrazuje to, co się działo w sieci po ogłoszeniu "polityki trzech dzieci". Na Weibo, chińskim Twitterze, szybko stało się to topowym tematem.

- Najpierw należałoby ustanowić program wsparcia dla ciężarnych kobiet i młodych matek, zniwelować dyskryminację kobiet w pracy, a potem zachęcać je do rodzenia dzieci - brzmiał najpopularniejszy komentarz, który zyskał 202 tysiące polubień. - To nie jest kwestia urodzenia dziecka czy nie, to złożona kwestia obejmująca edukację, mieszkalnictwo i pracę. Urodzenie dziecka to tylko mały element - brzmiał drugi najpopularniejszy. Wielką popularność zdobył też taki mem, na którym widać znanego chińskiego reżysera Zhanga Yimou, który w 2016 roku zapłacił równowartość 1,25 miliona dolarów kary za trzecie dziecko. Na obrazku domaga się zwrotu tych pieniędzy.

Mem z reżyserem Zhang Yimou. 'Oddajcie mi moje 8 mln RMB'Mem z reżyserem Zhang Yimou. 'Oddajcie mi moje 8 mln RMB' Fot. Weibo

Dane statystyczne i reakcje ludzi w sieci pokazują jasno, że o ile stosunkowo łatwo było zadekretować posiadanie mniejszej liczby dzieci, tak skłonienie ludzi do posiadania ich więcej, nie będzie już proste. Doświadczenia państw zachodnich pokazują jasno, że jest to możliwe tylko w ograniczonym stopniu. - Ratowanie sytuacji imigracją, tak jak robiły i robią to państwa zachodnie, w przypadku Chin raczej nie wchodzi w grę. Nie tylko z powodu ogromnej skali migracji, która byłaby konieczna. Głównie z powodu absolutnie priorytetowej dla Pekinu kwestii, czyli utrzymania kontroli nad społeczeństwem i zapobiegania napięciom oraz niepokojom - uważa Bachulska.

Analityczka podkreśla, że obecne demograficzne problemy Chin, to kolejny dowód na to, jak nietrafiony jest stereotyp o patrzących daleko w przyszłość Chińczykach, którzy każdy ruch planują nie na rok, dwa, ale na dekady czy pokolenia. - To bzdura. Naprawdę w latach 70. nie można było przewidzieć długofalowego efektu polityki jednego dziecka? - stwierdza Bachulska. Dodaje, że w sumie nie może to dziwić, kiedy zapozna się bliżej z genezą polityki jednego dziecka: - Zaprojektowali ją inżynierowie. Nie socjologowie, nie lekarze. Inżynierowie, którym dano do rozwiązania problem: Jak ograniczyć dzietność. No to rozwiązali problem. Dzietność rzeczywiście zmniejszono, ale jakim kosztem w długiej perspektywie?

Zobacz wideo
Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Chińczycy bronią się, jak mogą, ale muszą stać się trochę jak my. Ludzkie tsunami opada
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl