W tym samolocie obowiązywało polskie prawo. MiG-29 i KGB zrobili jednak swoje

Lotnictwo cywilne jest zbudowane na szeregu konwencji międzynarodowych i powszechnie przyjętych zasad. Białoruski reżim wykorzystał niektóre z nich, żeby pogwałcić większość. - Nie mieli prawa tam wchodzić i wyciągać pasażerów, jeśli nie stanowili oni żadnego bezpośredniego zagrożenia - mówi Gazeta.pl dr Michał Piekarski.

Samolot linii Ryanair, zmuszony w niedzielę do lądowania w Mińsku w celu wyciągnięcia z pokładu znanego opozycjonisty, został w praktyce porwany.

- To, co się stało, było skandalicznym naruszeniem przepisów. Ewidentnie bezprawnym działaniem, dodatkowo ukrytym pod pozorem niesienia pomocy. Aktem państwowego terroru - mówi Gazeta.pl dr Piekarski, wykładowca Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zobacz wideo

Prawo mówi jedno

Lotnictwo cywilne działa na podstawie szeregu konwencji międzynarodowych. Pierwsza i najważniejsza jest ta podpisana w Chicago w 1944 roku. Potem podpisywano kolejne doprecyzowujące różne aspekty. W przypadku najnowszej historii z samolotem Rynair ważna jest jeszcze ta podpisana w Tokio w 1963 roku.

Ta chicagowska jasno stanowi, że każde państwo ma pełną władzę nad swoją przestrzenią powietrzną. Może zażądać lądowania na wybranym lotnisku samolotu przez nią przelatującego, jeśli nie miał na to zgody albo istnieją podejrzenia, że jest on używany niezgodnie z przepisami (czyli na przykład do szpiegostwa). Państwo musi jednak unikać użycia broni i przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo pasażerów oraz załogi. Ta musi natomiast stosować się do poleceń. Opisuje to wszystko artykuł 3 bis.

Konwencja tokijska mówi natomiast o tym, czyje prawo obowiązuje w sytuacji, kiedy na pokładzie samolotu zostanie popełnione jakieś przestępstwo. - Ten konkretny samolot Ryanair jest zarejestrowany w Polsce, więc w świetle konwencji na jego pokładzie obowiązuje prawo polskie - mówi dr Piekarski. - W związku z tym podczas lotu tranzytowego państwo, nad którym leci samolot i które wydało na to zgodę, nie ma prawa ingerować w to, co się dzieje na pokładzie. Chyba że będzie się działo coś, co będzie zagrażać temu państwu, wpływało na jego bezpieczeństwo - dodaje.

Artykuł czwarty konwencji tokijskiej wprost stwierdza, że nie można zmusić do lądowania samolotu w celu na przykład aresztowania kogoś. Poza kilkoma wyjątkami. - O ile działania tej osoby w tym momencie nie zagrażały bezpieczeństwu państwa, nad którym przelatuje - mówi naukowiec. - Nawet po wylądowaniu na ziemi na jego pokładzie formalnie obowiązywało polskie prawo. Białorusini nie mieli więc prawa tam wchodzić i wyciągać pasażerów, jeśli nie stanowili oni żadnego bezpośredniego zagrożenia - dodaje.

Protesty na Białorusi (zdjęcie ilustracyjne)Białoruś. Zablokowano niezależny portal. Przeszukanie w redakcji

Białorusini zrobili drugie

Białorusini wprost złamali więc prawo międzynarodowe. Co więcej, naruszyli szereg dobrych zwyczajów i zasad, które rządzą lotnictwem cywilnym. - Zgodnie z zasadami załoga samolotu musiała się podporządkować poleceniom Białorusinów, ponieważ była w ich przestrzeni powietrznej. Nie mogła jednak zakładać ich złej intencji. Cały system lotnictwa cywilnego opiera się bowiem na zasadzie, że nadrzędnym celem dla wszystkich jest bezpieczeństwo. I to jest właśnie chyba najbardziej w tym przypadku oburzające. Białorusini świadomie złamali przepisy i zasady, narazili pasażerów i załogę, skorzystawszy z mechanizmów mających na celu zapewnić im bezpieczeństwo - mówi dr Piekarski.

Wszystko wskazuje na to, że białoruska kontrola lotów oszukała pilotów Ryanair poprzez poinformowanie ich o podejrzeniu umieszczenia bomby na pokładzie ich samolotu. Na wypadek alarmu bombowego są procedury jasno określane przez organizacje regulujące lotnictwo cywilne oraz przez wewnętrzne procedury linii lotniczych. W dużym uproszczeniu: zakładają one nadanie temu samolotowi najwyższego priorytetu, udzielenie wszelkiej możliwej pomocy i lądowanie na najbliższym odpowiednim lotnisku.

Często oznacza to też wysłanie na przechwycenie takiego samolotu uzbrojonych myśliwców. Po pierwsze ich piloci mogą pomóc załodze cywilnej. Czy to poprzez oglądanie z zewnątrz ich maszyny, czy to poprzez pomoc w nawigacji lub łączności, jeśli ich elektronika pokładowa będzie uszkodzona. W skrajnej sytuacji mogą też go zestrzelić. To efekt wydarzeń z 11 września 2001 roku. Po zamachach na WTC większość państw wprowadziła przepisy zezwalające zestrzelić samolot, jeśli ten może zostać użyty jako narzędzie terroru. W Polsce też tak jest, jednak wyrok Sądu Najwyższego sprawił, że w żadnej sytuacji nie można zestrzelić maszyny z pasażerami lub zakładnikami na pokładzie.

Gdy Białorusini nakazali załodze Ryanaira zawrócenie i lądowanie w Mińsku, choć znacznie bliżej było docelowe lotnisko w Wilnie, naruszyli więc te ogólnie przyjęte zasady. Piloci cywilnej maszyny nie mieli jednak jak dyskutować, nawet gdyby czuli taką potrzebę. Wewnętrzne przepisy linii lotniczych zazwyczaj nakazują im wykonywać polecenia służb i przede wszystkim unikać zagrożenia dla pasażerów. Resztę spraw można wyjaśniać już na ziemi. Założenie jest takie, że wszystkim zależy na tym samym i nikt nie będzie wykorzystywał do niecnych celów procedur mających zapewnić bezpieczeństwo.

W praktyce Białorusini podstępem uprowadzili więc samolot Ryanaira, by porwać z jego pokładu pasażerów. - Wyraźnie wskazuje na to fakt, że polska prokuratura wszczęła w tej sprawie postępowanie na podstawie artykułu 166 kodeksu karnego, który mówi o uprowadzeniu statku powietrznego - mówi dr Piekarski.

Raman PratasiewiczKim jest Roman Protasewicz? Białoruskie władze chciały od Polski jego ekstradycji

Informacja krytycznym zagrożeniem dla reżimu

Celem operacji białoruskich służb i wojska był Roman Protasewicz, obywatel Białorusi, opozycjonista i bloger. Jeden z założycieli kanału NEXTA na platformie Telegram, który miał i ma wielkie znaczenie w organizacji protestów przeciw reżimowi Aleksandra Łukaszenki. Jest oskarżany o działalność wywrotową i terrorystyczną. Grozi mu 15 lat więzienia albo wręcz kara śmierci. Wraz z nim z pokładu uprowadzono jego partnerkę, Białorusinkę Sofię Sapiegię, studiującą na emigracji w Wilnie. Wraz z nimi w Mińsku miało zostać kilka niezidentyfikowanych osób. W domniemaniu agentów białoruskich służb, którzy wsiedli wraz z Protasewiczem w Atenach.

Czyn białoruskich władz spotkał się z powszechnym oburzeniem wśród państw zachodnich. Na razie reakcja jest werbalna, ale rozważa się konkretne kary, na przykład w postaci sankcji i zawieszenia ruchu lotniczego pomiędzy Białorusią i UE, co zaproponował między innymi premier Mateusz Morawiecki. Władze litewskie zabroniły korzystać z białoruskiej przestrzeni powietrznej samolotom używającym lotnisk na Litwie. Szereg linii lotniczych w praktyce zaczęło ją już omijać, co widać w portalach śledzących ruch lotniczy. Białoruś i Rosja nie widzą w całym zdarzeniu problemu.

Zobacz wideo
Więcej o: