"Wygraliśmy z wirusem, róbmy wybory, bawmy się!" Ten schemat znamy. Teraz płoną stosy

Informacje płynące z Indii mogą szokować. Setki tysięcy zakażeń dziennie, tysiące zmarłych. A to tylko dane oficjalne. Jak to się stało, skoro przez rok koronawirus wydawał się Indie omijać? Poważnie przyczynili się do tego politycy, który nie oparli się pokusie zakrzyknięcia: "Wygraliśmy!"

- Rząd chciał wykorzystać sukces w walce z pierwszą falą, liczył na dobry wynik w wyborach. Grano kartą "pokonania wirusa". No i doszło do rozluźnienia. Opuszczono gardę - mówi Gazeta.pl Patryk Kugiel, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

"Wygraliśmy!"

Jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu mogło się wydawać, że to się rządowi premiera Nerendry Modiego upiecze. Pomimo ogromnej populacji liczącej 1,3 miliarda ludzi, powszechnej biedy i słabego zorganizowania państwa, pandemia wydawała się dla Indii łaskawa. Czymże jest bowiem sto ofiar dziennie w takiej rzeszy ludzi? A takie statystyki były na początku roku. Zaczynając od stycznia, a kończąc na marcu.

Ze szczytów władzy płynął uspokajający przekaz o zwycięstwie nad wirusem. Dla setek milionów obywateli Indii, Modi jest kimś w rodzaju politycznego mesjasza. Skoro on mówił, że jest dobrze, to jest dobrze. Przecież dopiero co uchronił Indie przed poważniejszymi skutkami pierwszej fali, prowadząc kraj twardą ręką przez trwający dwa miesiące lockdown. Przecież mówi, że wygraliśmy. Przecież wysyłamy miliony szczepionek do biedniejszych państw, bo sami produkujemy ich ogromne ilości.

Połowa kwietnia. Zakażenia już wyraźnie rosną. Rząd nie decyduje się jednak na zakazanie tradycyjnego święta hinduistycznego Kumbh Mela. Te odbywa się tak, jakby pandemii nie było, co widać na zdjęciuPołowa kwietnia. Zakażenia już wyraźnie rosną. Rząd nie decyduje się jednak na zakazanie tradycyjnego święta hinduistycznego Kumbh Mela. Te odbywa się tak, jakby pandemii nie było, co widać na zdjęciu Fot. Karma Sonam / AP Photo

Koniec marca, zakażenia już wyraźnie rosną. Pomimo tego inne popularne hinduistyczne święto, Holi, też odbywa się jakby nigdy nicKoniec marca, zakażenia już wyraźnie rosną. Pomimo tego inne popularne hinduistyczne święto, Holi, też odbywa się jakby nigdy nic Fot. Rajesh Kumar Singh / AP Photo

W takiej atmosferze w lutym zapadła decyzja, aby nie odkładać wyborów lokalnych w kilku stanach (Indie są federacją, gdzie rządy stanowe mają znaczne uprawnienia), zaplanowanych na pierwsze miesiące 2021 roku. Przyzwolono też na organizowanie wielkich świąt religijnych. Poluzowano wszystkie obostrzenia. Ruszyła kampania wyborcza, która w Indiach nierozerwalnie wiąże się z wielkimi wiecami. - Sam Modi brał w nich udział. Dziesiątki, miejscami może setki tysięcy ludzi. Dystans czy choćby maseczki były fikcją. Sam Modi ich nie nosił - opisuje Kugiel. Premier i jego partia mieli na celu przejęcie władzy w ważnym stanie Bengal Zachodni. - O to szła gra. Głównie z tego powodu rząd naciskał na organizację tych wyborów już teraz. Liczył na dobry wynik, wynikający między innymi ze zdławienia pierwszej fali zakażeń - mówi Kugiel.

Eksperci ostrzegali, czym to się skończy. Teraz już wiadomo, że nawet ci bezpośrednio doradzający rządowi. Zostali jednak zignorowani.

Jednak świat się wali

Zanim rozłożone na etapy i trwające od końca marca do końca kwietnia głosowanie się skończyło, narracja sukcesu zaczęła się walić. Już w marcu liczba zakażeń zaczęła rosnąć, aby w kwietniu zacząć szybować. Od poziomu 20 tysięcy do 400 tysięcy dziennie. Z setki, do 3,5 tysiąca ofiar dziennie. Wiadomości o nie gasnących stosach, masowych pogrzebach i ludziach duszących się w szpitalach z braku tlenu zszokowały świat.

Na początku maja podliczono głosy w Bengalu Zachodnim i okazało się, że ugrupowanie Modiego, Indyjska Partia Ludowa (BJP), poniosła klęskę. Owszem zdobyła kilkadziesiąt miejsc w stanowym parlamencie, znacznie zwiększając swój stan posiadania. Nie zdobyła jednak tego co najważniejsze, czyli większości. Jak zaznacza Kugiel, druga fala pandemii mogła się do tego przyczynić, ale nie była decydująca, ponieważ skala tragedii stała się jasna dopiero pod koniec głosowania. Partia premiera nie zdołała do siebie przekonać dość ludzi, nawet napompowanym balonem "zwycięstwo w walce z wirusem".

- Można być pewnym, że porażka w tych wyborach i to jak wybuchła druga fala zakażeń, tylko wzmocni trend słabnięcia Modiego oraz jego partii. Wizerunek silnego, zdecydowanego i podejmującego słuszne decyzje przywódcy legł w gruzach - mówi Kugiel. - Szczyt jego wpływów przypada na rok 2019. Od tego czasu jest ciągły spadek. Między innymi dlatego te ostatnie wybory były takie ważne. Miały odwrócić ten trend. Odbudować nadszarpnięty wizerunek Modiego. Widzimy jak wyszło - dodaje analityk PISM.

Objawem niewydolności indyjskiego państwa jest kampania szczepień. Choć w marcu przez chwilę wykonywano dziennie po niemal cztery miliony nowych szczepień, tak obecnie ten wynik spadł o średnio połowę i jest powszechnie uznawany za daleki od potrzebObjawem niewydolności indyjskiego państwa jest kampania szczepień. Choć w marcu przez chwilę wykonywano dziennie po niemal cztery miliony nowych szczepień, tak obecnie ten wynik spadł o średnio połowę i jest powszechnie uznawany za daleki od potrzeb Fot. Rajanish Kakade / AP Photo

Statystyki nie pokazują wszystkiego

Kugiel podkreśla jednak, że nie można o katastrofalny przebieg drugiej fali pandemii obwiniać jedynie rządu i premiera. - Indie są państwem z wieloma problemami strukturalnymi. To ciągle kraj rozwijający się - stwierdza analityk PISM. Wydatki na służbę zdrowia w Indiach są proporcjonalnie jednymi z najniższych na świecie. Rząd centralny i władze stanowe przeznaczają na nią razem równowartość 1,3 proc. PKB. W Chinach jest to dwa razy więcej. W zachodnich krajach rozwiniętych ta wartość zazwyczaj przekracza siedem procent. W Polsce wynosi około 4,3 proc.

- Nie ma więc co się dziwić, że w spotkaniu z taką skalą zakażeń ten system w Indiach się po prostu rozleciał. Koronawirus boleśnie obnażył rzeczywistość - mówi Kugiel. Tym bardziej że szokujące świat dane to tak naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej. Według indyjskich ekspertów cytowanych przez "New York Times", nawet w normalny rok bez pandemii i rozpadu systemu ochrony zdrowia, w Indiach poprawnie raportuje się może jedną na pięć śmierci. Zdecydowana większość zmarłych jest opisywanych jako zmarli z powodu "choroby", "wypadku" czy "starości".

Tak samo teraz, w indyjskich mediach jest wiele relacji o tym, jak w domach pogrzebowych jako przyczynę śmierci do papierów wpisuje się po prostu "choroba". Choć wiadomo, że ową chorobą był Covid-19. W niektórych przypadkach ma to być po prostu niechlujstwo, w innych presja rodzin nie chcących, aby otoczenie wiedziało o prawdziwych przyczynach zgonu a w innych to nacisk czynników oficjalnych, które "nie chcą siać paniki".

- Oczywiście rzeczywista skala pandemii jest znacznie większa, niż to wynika z oficjalnych statystyk. Według różnych indyjskich ekspertów ofiar jest od kilku do nawet dziesięciu razy więcej - mówi Kugiel. - Trzeba pamiętać, że 60 procent obywateli Indii żyje na wsi, gdzie dostęp do służby zdrowia, nie mówiąc o testach na koronawirusa, jest bardzo utrudniony. To, na czym my opieramy swoją wiedzę, to dane z miast - dodaje.

Kugiel zwraca jednak uwagę, że choć liczby napływające z Indii mogą szokować, to trzeba pamiętać, jak ogromny jest to kraj. Biorąc pod uwagę 1,3 miliarda jego obywateli, efekty pandemii nie są jeszcze statystycznie straszne. 400 tysięcy nowych przypadków dziennie w Indiach, to tak jak 11 tysięcy w Polsce. 3,7 tysiąca zmarłych dziennie w Indiach, to tak jak setka w Polsce. A takie wyniki w naszym kraju uznajemy za bardzo dobre i pozwalające odetchnąć. - Choć nie można zapominać, że przy słabości indyjskiej służby zdrowia nawet takie liczby oznaczają zawał systemu - dodaje analityk.

Lockdown oznacza głód

Kugiel jest jednak zdania, że obecny rząd nie jest całkowicie winny tego, jak indyjska służba zdrowia nie radzi sobie z sytuacją. Jej chroniczne niedofinansowanie to element stały od początku niepodległych Indii. - To, za co można jednak obwinić rząd, to brak odpowiednich przygotowań na wypadek takiego scenariusza - dodaje analityk. Doświadczenie właściwie wszystkich państw jasno wskazuje, że pomimo pozornego "zwycięstwa" z pierwszą falą zakażeń, kolejne są nieuniknione w miarę luzowania pierwotnych obostrzeń.

Indie na początku pandemii, jeszcze rok temu, wprowadziły bardzo surowy lockdown. Kraj zatrzymał się na dwa miesiące. Osoby łamiące zakazy policja biła pałkami na ulicach. Zakażenia udało się ograniczyć, jednak ceną za to była katastrofa gospodarcza i ludzka. - W Indiach 95 proc. ludzi pracuje bez żadnych umów, bez żadnych praw do jakichś zasiłków. Jednego dnia pracę mają, drugiego nie. Jednego dnia mają za co wykarmić siebie i rodzinę, drugiego nie - opisuje Kugiel.

Wobec tego rząd nie zdecydował się na ponowne sięgnięcie po takie rozwiązanie. - Moim zdaniem nie można władz za to krytykować. Dla kraju biednego lockdown oznacza głód - uważa analityk PISM. - Jeszcze w ubiegłym roku premier sąsiedniego Pakistanu podsumował to dobitnie. Stwierdził, że musi wybierać czy jego obywatele będą umierać z powodu koronawirusa, czy głodu. I w takiej sytuacji on wybiera to pierwsze - dodaje Kugiel.

Pomimo skali zakażeń zdecydowanie przewyższającej tą z pierwszej fali, Indie pozostają w znacznej mierze otwarte. Jedynie na poziomie kilku stanów wprowadzono lockdowny. Skala zakażeń, przynajmniej w oficjalnych danych, wydaje się stabilizować na poziomie nieco poniżej 400 tysięcy nowych przypadków dziennie. Mimo to, przez Indie przetacza się obecnie fala krytyki pod adresem rządu. Nie ulega wątpliwości, że znacznie gorszy od zakładanego wynik w wyborach i rozpad systemu w starciu z drugą falą zakażeń tylko przyśpieszy spadek popularności Modiego. Rysa na wizerunku politycznego mesjasza zamienia się już w duże pęknięcie. 

Zobacz wideo
Więcej o: