Nad głowami polskie drony, na ziemi sprzęt, który działa. Dzisiaj Rosji byłoby znacznie trudniej

Siedem lat temu ukraińskie wojsko było w stanie rozkładu i zebranie nawet kilkuset żołnierzy z działającym sprzętem było dużym wyzwaniem. Dzięki temu Rosja mogła zrobić w Donbasie to, co zrobiła. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. - Ukraiński opór byłby znacznie silniejszy, a walki bardziej krwawe - mówi Gazeta.pl dr Dariusz Materniak.

- Trudno wyobrazić sobie dzisiaj jakąś większą operację militarną Rosji przeciw Ukrainie. Warunki są zupełnie inne niż siedem lat temu. Jeśli chcieliby mieć pewność powodzenia, Rosjanie musieliby zaangażować znacznie siły, a to byłoby trudno ukryć i próbować kontynuować fałszywą narrację o "ruchu separatystycznym" - uważa redaktor naczelny portalu Polukr.net.

Zobacz wideo

Początkowy poziom był bliski dna

Siedem lat temu Rosjanie zdołali zagarnąć Krym i Donbas w znacznej mierze ze względu na rozkład ukraińskiego wojska i aparatu bezpieczeństwa. Kiedy pojawiły się "zielone ludzki" i separatyści "organizujący się spontanicznie przeciw faszystowskiej juncie w Kijowie", nowe ukraińskie władze nie miały środków, aby szybko i zdecydowanie zareagować.

Przed 2014 rokiem ukraińskie wojsko było w stanie permanentnego niedofinansowania, przeżarte przez korupcję i nepotyzm. Istniało głównie na papierze. Z całych brygad liczących teoretycznie po ponad trzy tysiące ludzi z trudem udawało się zebrać i wysłać na wschód kraju oddziały liczące po góra kilkuset. - W niektórych jednostkach sprawnych i zdolnych do wyjechania z garaży było może około dziesięciu procent czołgów czy transporterów opancerzonych - opisuje dr Materniak. Do tego wszystkiego kadra dowódcza, oficerowie, była w znacznej mierze dramatycznie niekompetentna i nie potrafiła się odnaleźć w wojennej rzeczywistości.

- W porównaniu z tym, co było te siedem lat temu, zmiany są zasadnicze. To taki przeskok jak od standardu lat 90. i poradzieckiego rozkładu do czegoś, co stoi na dość przyzwoitym współczesnym poziomie - uważa ekspert.

Mapa schronów w KijowieWładze Kijowa opublikowały mapę schronów

Żołnierz ma większe szanse

- Najbardziej radykalne zmiany widać w tak zwanym wyposażeniu indywidualnym, czyli tym, co ma na sobie poszczególny żołnierz. Siedem lat temu to był wybrakowany sprzęt rodem z końca ZSRR i większość tego, co niezbędne, starały się zapewnić organizacje wolontariuszy - opisuje dr Materniak. Dzisiaj to podstawowe wyposażenie w rodzaju munduru, butów, kamizelki i hełmu jest, i to na przyzwoitym poziomie. - Choć nadal jakieś lepszej jakości dodatki (jak celowniki optyczne czy kamizelkę) żołnierz musi już kupić sobie sam albo muszą zrobić to organizacje wolontariuszy - mówi redaktor naczelny Polukr.net. W ostatnich kilku latach były też realizowane dostawy sprzętu w rodzaju celowników optycznych w ramach pomocy wojskowej między innymi z USA. - Ukraina kupowała je też choćby w Polsce - mówi dr Materniak.

Podobna zmiana nastąpiła w łączności. - Siedem lat temu praktycznie nie istniała i w niektórych jednostkach jedynym działającym, choć bardzo ułomnym środkiem komunikacji były telefony komórkowe - wspomina ekspert. Starych radzieckich radiostacji było niewiele, a nawet jak już były i działały, to rosyjskie wojska walki radioelektronicznej sprawnie je zagłuszały i podsłuchiwały. - W ostatnich latach kupiono jednak sporo zachodnich radiostacji, na przykład amerykańskich Harrisa, i jest znacznie lepiej - mówi dr Materniak.

Istotnie poprawiono też zdolność żołnierzy do radzenia sobie ze znaczną liczbą czołgów rzucanych przez Rosję na front. Czy to kierowanych przez samych rosyjskich żołnierzy, czy najemników i separatystów. Szerokim echem odbił się zakup amerykańskich systemów Javelin. Ukraina ma oficjalnie 37 takich wyrzutni, z których może wystrzelić 360 dostarczonych rakiet. - Ten zakup, choć bardzo głośny i medialny, to była tak naprawdę kropla w morzu potrzeb. Ukraiński przemysł sam produkuje znaczną liczbę naprawdę dobrych systemów przeciwpancernych i na froncie jest ich teraz znacznie więcej niż te siedem lat temu. Na przykład w 2019 roku informowano o dostawie 162 wyrzutni systemu Stugna-P - mówi dr Materniak.

Zainwestowano też w drony, na czym dużo zyskała polska Grupa WB, która dostarczyła ukraińskiemu wojsku znaczną liczbę małych maszyn rozpoznawczych Flyeye. Do tego małych dronów Warmate mogących służyć do obserwacji i przeprowadzania samobójczych ataków. Konkretne informacje są objęte tajemnicą, ale Ukraińcy najprawdopodobniej produkują obie maszyny na licencji. Dodatkowo w 2019 roku zakupili 17 znacznie większych tureckich dronów Bayraktar TB2, które w ostatnich tygodniach miały zacząć loty patrolowe wzdłuż linii frontu. Do tego Kijów wyraził chęć rozpoczęcia produkcji licencyjnej kolejnych kilkudziesięciu takich maszyn, które miałyby umożliwić stworzenie systemu stałego dozoru granic.

Załadunek transportu rakiet Javelin przeznaczonych dla ukraińskiego wojskaZaładunek transportu rakiet Javelin przeznaczonych dla ukraińskiego wojska Fot. USAF

Teraz przynajmniej działa

Zmieniła się też istotnie rzeczywistość w kategoriach ciężkiego sprzętu, choć może nie jest to bardzo widoczne, bo jak był on proradziecki, tak jest nadal. Pieniędzy na zakup nowego brakuje. - Zmiana jest jednak istotna, bo położono duży nacisk na remonty i ograniczone modernizacje, na przykład systemów obserwacji w nocy, kierowania ogniem, opancerzenia czy systemów ochrony aktywnej - opisuje redaktor naczelny Polukr.net. - Nadal jest więc to sprzęt o rodowodzie radzieckim, jak na przykład czołgi T-64 czy T-72, ale działający i nieco unowocześniony - dodaje. Pojawiło się też trochę nowszego sprzętu ukraińskiej produkcji, na przykład kołowych transporterów opancerzonych BTR-3 i -4 czy pojazdów opancerzonych Kozak-2. Mowa o łącznie kilkuset egzemplarzach.

Podobny proces, czyli remonty i ograniczone modernizacje, odbył się w broni przeciwlotniczej. - Takich systemów jak radzieckie S-300 czy Buk M1 jest dużo, do tego mają odświeżone rakiety i częściowo unowocześnione stacje radarowe - mówi dr Materniak. Znacznie gorzej jest w lotnictwie i marynarce wojennej. - To pierwsze zostało odłożone trochę na później. Owszem, ma na stanie jeszcze sporo proradzieckich samolotów i takie jak Su-27 czy Mig-29 w ostatnich latach remontowano, ale nie zmieni to faktu, że to stary sprzęt bliski końca służby - opisuje ekspert. Toczy się dyskusja o zakupie nowych samolotów wielozadaniowych, może amerykańskich F-16 lub szwedzkich Gripen, ale przekucie tych dyskusji na coś realnego to daleka przyszłość. - Co najmniej siedem-osiem lat w optymistycznym wariancie - mówi dr Materniak.

Marynarka wojenna jest nadal w zapaści, ponieważ większość okrętów Rosjanie zagarnęli wraz z Krymem. Owszem, teraz są podpisywane umowy na zakup nowych, na przykład małych okrętów rakietowych z Wielkiej Brytanii czy fregat z Turcji, ale do ich realizacji jeszcze wiele lat. - Słabość marynarki wojennej to chyba najpoważniejszy problem ukraińskiego wojska - mówi ekspert. Zwłaszcza wobec ciągłego wzmacniania przez Rosjan sił Floty Czarnomorskiej, zdolnej w razie potrzeby właściwie bez oporu blokować ukraińskie porty czy wysadzić desant w dowolnym miejscu. Tymczasowym częściowym rozwiązaniem mają być systemy umieszczone na lądzie, konkretnie opracowany przez samych Ukraińców na bazie radzieckiej technologii system rakiet przeciwokrętowych Neptun. - Pierwszy dywizjon wszedł już do służby i ma osiągnąć gotowość operacyjną do końca roku. Trwają też prace nad wariantem pocisku odpalanym z samolotu - mówi dr Materniak.

Nagranie testu rakiety Neptun

 

Rotacja na coraz bardziej ryzykowny front

Ukraińskie wojsko wraz z Gwardią Narodową liczy dzisiaj około 300 tysięcy ludzi. Ciągle obowiązuje pobór, choć jest ograniczony. W tym roku do wojska ma trafić tylko sześć i pół tysiąca poborowych. Oficjalnie nie potrzeba więcej, gdyż jest dość żołnierzy kontraktowych. Do Donbasu jeżdżą tylko ci ostatni. - Służba na wschodzie, na linii frontu, przypomina trochę nasze misje zagraniczne. Jedzie się tam na określony czas i każdą zmianę wystawia na przykład jeden batalion z trzech w brygadzie. Jednocześnie druga zmiana się przygotowuje do wyjazdu, a trzecia odpoczywa po powrocie - opisuje dr Materniak.

Działaniami w pobliżu Krymu i Donbasu zarządza obecnie dowództwo Operacji Sił Połączonych, które do 2018 roku było dowództwem Operacji Antyterrorystycznej. Pod swoją komendą ma łącznie około 70 tysięcy ludzi z wojska, Gwardii Narodowej, Straży Granicznej i innych służb bezpieczeństwa. Do upilnowania ponad 300 kilometrów linii frontu w Donbasie, odsłonięte plaże Morza Azowskiego i granica z zagarniętym Krymem.

- Tam w większości nie ma jakiejś ciągłej linii frontu z ciągnącymi się nieprzerwanie okopami. Zazwyczaj są to kolejne umocnione punkty, pomiędzy którymi może być nawet kilka kilometrów odstępu - mówi redaktor naczelny Polukr.net. Ziemia niczyja powinna w teorii mieć około dwóch kilometrów, ale miejscami obie strony są od siebie mniej niż sto metrów. Za sprawą porozumienia o zawieszeniu broni z 2015 roku, nadzorowanego przez OBWE, starcia mają obecnie ograniczony charakter, choć w ostatnich miesiącach znacznie przybrały na sile. Od początku roku miało zginąć około 30 ukraińskich żołnierzy. Na froncie zabijają teraz głównie snajperzy i okazjonalny ostrzał z granatników czy moździerzy.

Zobacz wideo
Więcej o: