Niezidentyfikowane obiekty nękały okręty US Navy. W tym samym rejonie, gdzie wcześniej piloci nagrali UFO [TAKA CIEKAWOSTKA]

Przez dwie noce grupa latających obiektów krążyła wokół zespołu niszczycieli US Navy. Były w stanie działać w nocy i we mgle. Pomimo utrzymywania znacznej prędkości przez okręty, mogły zawisnąć nad nimi i utrzymywać swoją pozycję. Załogi robiły, co mogły, żeby dobrze się przyjrzeć intruzom i ich nagrać, ale pomimo tego nie udało się ich zidentyfikować.

Nie, nie jest to fragment jakiegoś opowiadania science-fiction. Nie jest to też relacja anonimowych byłych żołnierzy, którzy kiedyś "coś" widzieli. To oficjalne relacje żołnierzy sił zbrojnych USA w czynnej służbie, zapisane w oficjalnie ujawnionych dokumentach i poddane oficjalnym śledztwom. Śledztwom, które nie wyjaśniły dziwnych zjawisk powtarzających się u wybrzeży Kalifornii.

Najnowszy opisany incydent miał miejsce latem 2019 roku. Portal "The Drive" opublikował dokumenty z oficjalnego dochodzenia przeprowadzonego w tej sprawie przez US Navy. Dziennikarze otrzymali je w ramach procedury swobodnego dostępu do informacji, który nakazuje udostępnianie informacji nieobjętych tajemnicą. Wiele fragmentów dokumentów jest ocenzurowanych, ponieważ są niejawne, ale z tego, co pokazano, wyłania się intrygujący obraz.

Nagrania z poprzednich incydentów między innymi w pobliżu wybrzeża Kalifornii

Zobacz wideo

Niezidentyfikowane obiekty nad niszczycielami

W wydarzeniach brało udział pięć nowoczesnych niszczycieli typu Alreigh Burke, USS John Finn, USS Kidd, USS Paul Hamilton, USS Rafael Peralta i USS Russell. Każdy wyposażony w zaawansowane systemy obserwacji takie jak radary i systemy optoelektroniczne. Nie zostało wytłumaczone co robiły razem na terenie rozległego poligonu w pobliżu wyspy San Clemente, położonej niecałe 200 km od Los Angeles u wybrzeży Kalifornii. Być może ćwiczyły lub prowadziły jakieś testy.

Zagadkowe spotkanie z niezidentyfikowanym obiektami zaczęło się 14 lipca 2019 roku tuż przed godziną 22. Jak wynika z udostępnionych dziennikarzom fragmentów dziennika pokładowego USS Kidd, w pobliżu okrętu dostrzeżono dwa drony. Wobec tego zmobilizowano i wysłano na pokład tak zwany zespół SNOOPIE. To zazwyczaj kilku marynarzy, którzy poza swoimi podstawowymi zadaniami, są dodatkowo wyposażeni w kamery i aparaty. Ich zadaniem jest rejestrować nadzwyczajne sytuacje na potrzeby późniejszych dochodzeń czy do wykorzystania propagandowego. To oni nagrywają na przykład zbyt bliskie spotkania z okrętami i samolotami innych państw.

Załoga USS Kidd ostrzegła o dronach pozostałe okręty znajdujące się w pobliżu. USS Rafael Peralta też wysłał na pokład swój zespół SNOOPIE. Dodatkowo w jego dzienniku zanotowano, że o 22.10 USS John Finn donosił o dwóch dronach w swoim pobliżu. Z pokładu tego okrętu, około godziny 23, zauważono niezidentyfikowane czerwone światło świecące w oddali po prawej burcie. W tym czasie pogarszała się pogoda i widoczność spadła do "poniżej jednej mili morskiej", co najpewniej oznacza mgłę.

Niszczyciel typu Alreigh Burke nocą. Na pierwszym planie armata Mk 45, na drugim nadbudówka i masztNiszczyciel typu Alreigh Burke nocą. Na pierwszym planie armata Mk 45, na drugim nadbudówka i maszt Fot. Petty Officer 3rd Class Jonathan Clay/US Navy

O 23.23 marynarze na USS Rafael Peralta zauważyli, że nad umieszczonym na rufie lądowiskiem dla śmigłowca unosi się niezidentyfikowane białe światło. Obiekt wisiał nieruchomo nad okrętem, który poruszał się wówczas z prędkością 16 węzłów, czyli około 30 km/h. Tej nocy w dziennikach nie zanotowano więcej informacji o niezrozumiałych zjawiskach.

Niewytłumaczone zjawiska powróciły jednak następnej nocy. 15 lipca o 20.38 w dzienniku USS Rafael Peralta odnotowano pojawienie się dronów nad okrętem. Ponownie na pokład wysłano zespół SNOOPIE. O godzinie 21 to samo zanotowano w dzienniku USS Kidd. O 21.20 dodano: "liczne drony wokół okrętu". Po kilkunastu kolejnych minutach dowódca wydał rozkaz uruchomienia i obsadzenia czegoś o nazwie "stacja Mark 87". Według "The Drive" musi się to odnosić do jednego z elementów kompleksu obserwacyjnego o nazwie EOSS, wyposażonego w szereg kamer działających w różnych pasmach światła, pozwalających obserwować obiekty nawet na dużych dystansach, niezależnie od pory dnia i pogody. Czyli czegoś, co w sam raz nadaje się do obserwowania niezidentyfikowanych dronów krążących w ciemności wokół okrętu.

W tym samym czasie w dzienniku USS Russell zanotowano cały szereg obserwacji obiektów nazywanych dronami, które latały w pobliżu w różnych kierunkach na wysokościach do kilkuset metrów. Z jednym z okrętów skontaktował się też przepływający w pobliżu statek wycieczkowy, żeby poinformować, że widzi pięć-sześć dronów latających w pobliżu, ale nie wystartowały one z jego pokładu. W dziennikach USS Rafael Peralta i USS Russell obecność niezidentyfikowanych obiektów notowano aż do prawie północy.

Tajemniczy obiekt miał wpaść do wody w gdyńskim porcieZagadkowa historia o UFO w Gdyni w 1959 roku

Śledczy nie znaleźli wytłumaczenia

Rankiem następnego dnia rozpoczęło się oficjalne śledztwo, w które poza US Navy zaangażowana była Straż Wybrzeża i FBI. Początkowo koncentrowano uwagę na małym katamaranie turystycznym, który znajdował się relatywnie blisko okrętów, kiedy z ich pokładów obserwowano dziwne obiekty. Służby zdołały skontaktować się dowódcą jednostki jeszcze tego samego dnia przez telefon satelitarny. Ten potwierdził, że owszem ma na pokładzie kilka prostych komercyjnych dronów Phantom IV, ale nie używał ich przez ostatnie dwa dni, mają one bardzo krótki zasięg lotu i w życiu by nie pomyślał, żeby latać nimi w pobliżu okrętów US Navy. Twierdził też, że 14 i 15 lipca w nocy nie widział w pobliżu żadnych latających dronów.

Śledczy najwyraźniej dali mu wiarę, ponieważ jak wynika z kolejnych emaili udostępnionych "The Drive", nie koncentrowali później swojego dochodzenia na jachcie. Badali za to czy przypadkiem nie były to jakieś drony należące do wojska USA, które mogły być używane lub testowane w pobliżu. Z przesyłanych sobie nawzajem dokumentów wynika jednak, że 14 i 15 lipca w tym rejonie nie powinno było latać nic tego rodzaju. Z emaili nie wynika, żeby śledczy mieli jakiś konkretny trop. Ostatni przekazany "The Drive" email, datowany na 25 lipca, informuje o briefingu na temat bezzałogowych systemów latających, którego udzielono wyższym rangą oficerom zaangażowanym w śledztwo. Zrobiono to za pośrednictwem specjalnej zabezpieczonej sieci, służącej do wymiany tajnych informacji. Wojsko odmówiło opublikowania dalszych informacji na ten temat ze względu na objęcie ich klauzulą niejawności.

Tego samego dnia w nocy, najwyraźniej nadal przebywający w tej samej okolicy USS Kidd, ponownie odnotował obecność dronów. Pojawiły się jeszcze raz 30 lipca. I na tym kończą się dokumenty przekazane "The Drive". Nie ma w nich niczego, co by wskazywało na znalezienie przez wojsko wytłumaczenia dla pochodzenia niezidentyfikowanych dronów.

Samolot zwiadowczy RC-135S Cobra Ball. Prawe skrzydło pomalowane matową czarną farbą, aby nie odbijało światła i nie zakłócało działania aparatury pomiarowej, zamontowanej w prawej burcieTajemnicze zjawisko nad ZSRR, którego Amerykanie nie wyjaśnili

Kolejne dziwne zjawisko w tym samym miejscu

Wytłumaczeń może być kilka. To o cywilnym pochodzeniu dronów, czy też obiektów, śledczy wydawali się wykluczyć. Najbliższy stały ląd to wyspa San Clemente, kontrolowana przez wojsko USA i z bardzo ograniczonym dostępem dla cywilów.

Mogły to być więc jakieś tajne urządzenia wojska USA, o których testach nie poinformowano otwarcie regionalnych dowódców. Po co by ich jednak wówczas używano w taki sposób, aby zostać na pewno dostrzeżonym? I to jeszcze na przestrzeni kilku nocy, w pobliżu wielu okrętów, z których każdy wszystko nagrywał?

Mogły to być urządzenia należące do innego państwa, choć to też trudno sobie wyobrazić. Do najbliższych rywali, Chin i Rosji, są tysiące kilometrów przez bezkresny Pacyfik. Stosunkowo nieduże obiekty o możliwościach mieszących się w ramach znanej współczesnej technologii, musiałyby więc zostać dostarczone na poligon US Navy przez jakiś okręt czy statek-matkę. Jednak jak wynika ze śledztwa, nie stwierdzono obecności czegoś takiego w pobliżu. Wygodnym wytłumaczeniem byłby niewykryty okręt podwodny, który mógłby wypuścić drony, jednak zrobienie tego w skryty sposób byłoby karkołomne. Co więcej, po co byłoby skrycie działać na poligonie US Navy, aby potem napastować amerykańskie okręty w tak otwarty sposób?

Inne standardowe wytłumaczenia w takiej sytuacji to jakieś bardzo rzadkie zjawiska naturalne, albo przybysze z kosmosu. Oba te wątki, tak samo jak ten o zagranicznym pochodzeniu obiektów, nie są jednak poruszane w ujawnionych dokumentach.

Co istotne, to właśnie w tym regionie na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat doszło już do spotkań US Navy z niezidentyfikowanym obiektami latającymi. Opisywaliśmy je wcześniej. W tamtych wypadkach to też były stosunkowo niewielkie obiekty, szybko poruszające się i wykonujące ostre manewry. Nagrywali je piloci samolotów i śledzili radarami marynarze z okrętów. Oficjalne śledztwa nie dały wytłumaczenia czym mogły być.

Być może więcej dowiemy się w czerwcu tego roku. Zgodnie z ustawą budżetową na rok 2020, Pentagon i służby wywiadowcze USA muszą przekazać wówczas Kongresowi szczegółowy raport z ich pełną wiedzą na temat niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych (UAP), nazywanych tradycyjnie niezidentyfikowanymi obiektami latającymi (UFO). Na początku tego tygodnia na ten temat wypowiadał się w telewizji Fox News John Ratcliffe, były szef wywiadu z czasu administracji Donalda Trumpa. Stwierdził, że wojsko i wywiad USA obserwowały różne niewytłumaczalne zjawiska znacznie częściej niż jest to publicznie podawane.

Tekst na portalu "The Drive" zawierający między innymi fragmenty przekazanych dziennikarzom dokumentów.

Więcej o: