Tydzień wiele mówiący o tym, jaka będzie przyszłość. Chiny i Zachód postanowiły na chwilę zdjąć maski

Amerykanie i Europejczycy celowo nadepnęli Chińczykom na odcisk. Ci zareagowali z furią, bo przecież im nie wolno nic wytykać. Miniony tydzień przyniósł kilka ruchów w trójkącie Chiny-UE-USA, które dobitnie pokazują, jak będzie wyglądać przyszłość. Nie zapowiada się na odprężenie, ale raczej swoiste rozdwojenie jaźni.

Wymiana ciosów poszła po dwóch bokach owego trójkąta. Najpierw Amerykanie i Chińczycy na chwilę zdjęli maski z obowiązkowym dyplomatycznym uśmiechem i teatralnie sobie nawrzucali podczas spotkania na Alasce. Kilka dni później UE ogłosiła sankcje wymierzone w Chiny, do których przyłączyli się między innymi Amerykanie. Unia wywołała tym furię w Pekinie.

- W obu przypadkach Chińczycy zareagowali nie tylko eskalacją sankcji (o szerszym zakresie niż unijne), ale wręcz teatralnym oburzeniem. Zaczęli choćby wytykać Niemcom Holokaust, który ma pozbawiać ich moralnego prawa krytykowania współczesnych Chin. Tego rodzaju gwałtowna reakcja jest w znacznej mierze obliczona na potrzeby wewnętrzne. Oficjalna linia KPCh jest taka, że Chiny wstały z kolan, ich system jest lepszy, a zachodnie demokracje nie mają prawa ich pouczać - tłumaczy Marcin Przychodniak, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Joe Biden: będę współpracować z Chinami, jeśli przyniesie to korzyści AmerykanomBiden: Będę współpracować z Chinami. Postawił warunek

Amerykanie sygnalizują, o co im chodzi

Pierwsza wymiana ciosów miała miejsce w miniony czwartek na Alasce, gdzie doszło do pierwszego oficjalnego spotkania wysokich rangą delegacji Chin i USA pod rządami Joe Bidena. Był to ostatni punkt na trasie Amerykanów, którzy objechali wcześniej szereg kluczowych państw w Azji, w wielu miejscach poruszając temat rywalizacji z Chinami. Dyplomatyczne spotkanie na Alasce z miejsca zaczęło się od rzadko spotykanej niedyplomatycznej wymiany.

- Amerykanie wyraźnie zasygnalizowali, że nowa administracja prezydencka nie zmieni istotnie polityki wobec Chin. Chińczycy wcześniej starali się sugerować, że to jest możliwe, ale teraz zostało im pokazane, że nie - ocenia Przychodniak.

Jako pierwsi wygłaszający wstępne oświadczenie przed dziennikarzami Amerykanie szybko podnieśli ciśnienie Chińczykom. Wspomnieli bowiem między innym kwestię przestrzegania w Chinach praw człowieka, dławienia demokracji w Hongkongu czy łamania reguł w handlu. - Oczywiście wiedzieliśmy, zaczynając to spotkanie, że jest szereg tematów, w których zasadniczo się różnimy. Nie może być więc zaskoczeniem, że kiedy te tematy poruszyliśmy w sposób bezpośredni, spotkaliśmy się z taką odpowiedzą - powiedział później Antony Blinken, sekretarz stanu USA.

"Taka odpowiedź" to 15-minutowa tyrada, którą wygłosił minister spraw zagranicznych Yang Jiechi. Zdecydowanie wykraczającą poza dwuminutowy limit dla wstępnych wypowiedzi. Wytykał Amerykanom między innymi, że to u nich są problemy z prawami człowieka i to oni za pomocą siły starają się szerzyć swoją ideologię na świecie. Nie chcąc zostawić tego bez odpowiedzi, Blinken stwierdził, że "nigdy nie jest dobrym pomysłem stawać przeciw Ameryce".

- Co jednak istotne, choć najpierw publicznie doszło do ostrej wymiany zdań, to potem prowadzono negocjacje zgodnie ze sztuką dyplomacji - zwraca uwagę Przychodniak. Po spotkaniu minister Jiechi podkreślał, że wymiana zdań była "szczera, konstruktywna i pomocna". - Oczywiście są pomiędzy nami istotne różnice. Chiny będą zdecydowanie bronić swojej niezależności, bezpieczeństwa i interesów. Chiński rozwój i rosnąca siła są nie do zatrzymania - mówił po spotkaniu w chińskiej telewizji państwowej.

Amerykanie też wydawali się zadowoleni, bo w końcu o to im chodziło. Chcieli odpowiednio ustawić relacje z Chinami na najbliższy czas. - Amerykanie może nie tyle chcą konfrontacji, ale dają do zrozumienia, że tam gdzie potrzebne będzie rywalizacja. Ewentualne poprawienie relacji jest natomiast zależne od tego, czy Chińczycy spełnią szereg ich oczekiwań na przykład w kwestii Hongkongu, Tajwanu, czy spraw handlowych - mówi ekspert PISM.

Zobacz wideo

Unia Europejska też chce coś pokazać

W poniedziałek swoją salwę oddała Bruksela. Ogłoszono nałożenie sankcji na 11 osób i podmiotów zaangażowanych w masowe naruszenia praw mniejszości Ujgurów, nazywane przez między innymi Blinkena ludobójstwem. To pierwszy akt nałożenia przez UE sankcji na Chiny od czasu masakry na Placu Tiananmen w 1989 roku. Ich znaczenie jest głównie symboliczne, ale jak pokazuje reakcja Chin, trafiły w czuły punkt.

Chińskie MSZ zareagowało ostrym oświadczeniem, w którym nazwano sankcje "rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego" i ogłoszono eskalację, czyli odwetowe chińskie sankcje. Obłożono nimi między innymi pięciu członków europarlamentu zaangażowanych w temat Ujgurów, jak i kilka europejskich organizacji pozarządowych badających to, w jaki sposób chińskie władze metodycznie wyniszczają muzułmańską mniejszość zamieszkującą zachodni kraniec Chin.

W ciągu kilku godzin po ogłoszeniu sankcji przez UE podobne ogłosiły Kanada, Wielka Brytania i USA. - Najpewniej odbyło się to w jakiejś koordynacji - mówi Przychodniak. Tym samym Zachód pokazał jedność. Ma to znaczenie zwłaszcza w kontekście relacji Europy z USA, które zostały mocno nadszarpnięte w ostatnich miesiącach przez wynegocjowanie  umowy inwestycyjnej UE z Chinami. USA od początku miały do niej bardzo sceptyczne nastawienie. W Waszyngtonie zarzucano Brukseli, że koncentruje się na pieniądzach, zamykając oczy na zagrożenia płynące ze strony Chin.

- Sankcje to sygnał pod adresem administracji Bidena i próba pokazania, że UE zależy nie tylko na biznesie, ale też na wartościach. Komisja Europejska, ostatnio dość powszechnie krytykowana za zbyt pro-chiński kurs, może teraz odpierać przy ich pomocy krytykę - mówi Przychodniak. Krytyka porozumienia inwestycyjnego, mającego istotnie ułatwić europejskim firmom inwestowanie w Chinach, nie ograniczała się bowiem tylko do USA. W samej UE podniosło się wiele głosów sprzeciwu.

Jak uważa Przychodniak, wymiana ciosów w postaci sankcji na pewno istotnie skomplikowała przyszłość umowy. Ta została dopiero wynegocjowana, ale musi jeszcze zostać ratyfikowana przez między innymi Parlament Europejski. Ten, którego członkowie zostali właśnie objęci przez Chiny sankcjami za ich zdaniem zbytnie angażowanie się w sprawę Ujgurów. - Nie stawiałbym jednak jeszcze krzyżyka na porozumieniu inwestycyjnym, ponieważ proces ratyfikacji może trwać jeszcze rok, a same sankcje nie są tutaj czynnikiem przełomowym - stwierdza Przychodniak.

Największy obecnie okręt bezzałogowy w USA, Sea Hunter. Służący do rozwoju technologii dla jednostki, która mógłaby wyszukiwać i śledzić okręty podwodne przeciwnikaJedna trzecia okrętów ma być bez załóg. Plan US Navy

Biznes będzie biznesem, ale polityka...

Wymiana ciosów na przestrzeni ostatnich dni pokazuje jednoznacznie, w jakim kierunku zmierza świat. Bo nie ma wątpliwości, że rywalizacja Chin z USA i ogólnie pojętym Zachodem będzie go definiować na długo.

Pokazują to też takie niedawne wydarzenia, jak proces dwóch byłych kanadyjskich dyplomatów w Chinach. Obu aresztowano pod zarzutami szpiegostwa w 2018 roku, co było ewidentnym aktem odwetu za aresztowanie niewiele wcześniej przez kanadyjskie służby Meng Wanzhou, wiceszefowej koncernu Huawei. Kanadyjczycy zrobili to na wniosek Amerykanów, którzy oskarżają ją o udział w łamaniu sankcji nałożonych na Iran i w procesie kradzieży tajemnic przemysłowych. Obecnie toczą się procesy obu Kanadyjczyków. Wbrew prawu międzynarodowemu Chińczycy uniemożliwili zagranicznym dyplomatom obserwowanie postępowań. Przedstawiciele 26 państw próbowali po kolei wejść w poniedziałek do sądu w Pekinie, jednak po kolei byli odprawiani z kwitkiem. Wanzhou wyszła na wolność za kaucją, niedługo po aresztowaniu. Jej sprawa zbliża się do finału.

Wyraźne sygnały pod adresem Chin są też wysyłane w sferze militarnej. W minionych miesiącach flota USA była wyjątkowo aktywna w pobliżu Chin, przeprowadzając między innymi duże ćwiczenia z udziałem dwóch lotniskowców na spornym Morzu Południowochińskim. Swoje wsparcie dla Amerykanów na tym akwenie zadeklarowało też kilka państw europejskich. Jeszcze w 2020 roku Francuzi wysłali tam atomowy okręt podwodny i deklarowali, że nie pozostawią bez wsparcia sojuszników Zachodu w tym regionie. Na początku marca wysłanie fregaty z misją na Morze Południowochińskie zadeklarowali Niemcy. Brytyjczycy oznajmili, że ich nowy lotniskowiec HMS Queen Elizabeth wyruszy niebawem na swój pierwszy długi patrol i za kilka miesięcy dotrze na sporny akwen.

Przyszłość relacji Chin i Zachodu wygląda więc na rozdwojenie jaźni. Z jednej strony narastająca rywalizacja w wymiarze politycznym i militarnym, ale z drugiej strony nieunikniona współpraca gospodarcza, której nikt nie będzie chciał zerwać.

Więcej o: