Pucz w Mjanmie. "Armia była jak tygrys trzymany w domu. Wiadomo było, że pewnego dnia zje domowników"

- Generałowie się tego nie spodziewali - powiedział dr hab. Michał Lubina o fali protestów, czy wręcz rewolucji, do której doszło po puczu w Mjanmie. Wojsko ponownie przejęło pełnię władzy po kilku latach częściowej demokratyzacji, prawdopodobnie bojąc się utraty przywilejów. Teraz ludzie walczą, by nie dopuścić do przejęcia pełni władzy przez juntę. Jednak ich szanse są niewielkie - wyjaśnia ekspert.

Barykady, pożary, protestujący z tarczami i wojsko strzelające ostrą amunicją. Rangun, największe miasto i dawna stolica Mjanmy (Birmy) zamieniła się w pole bitwy. 1 lutego wojsko przejęło w kraju władzę i aresztowało szefową rządu, laureatkę pokojowego Nobla Aung San Suu Kyi. Od tego czasu ludzie protestują - na różne sposoby - przeciwko rządom junty. To zarówno największe od dekad demonstracje, ale też bitwy z siłami bezpieczeństwa czy akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego na szeroką skalę. 

- Generałowie się tego nie spodziewali. Oni widzieli to jako drobną korektę systemu: odsunięcie Suu Kyi, za rok ustawione wybory. Ale społeczeństwo nienawidzi armii. Te protesty to tak naprawdę powstanie ludowe przeciw tej klasie władców, jaką de facto jest wojsko - powiedział w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. Michał Lubina z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista zajmujący się współczesną Birmą i autor m.in. biografii Aung San Suu Kyi. 

- Jeden z najważniejszych birmańskich intelektualistów, Khin Zaw Win, przyrównał to do powstania warszawskiego. I to jest bardzo dobre porównanie, również jeśli chodzi o szanse protestujących na zwycięstwo - stwierdził. 

Skuteczna broń protestujących. "Państwo prawie stanęło" 

Według doniesień mediów co najmniej 200 osób zginęło od początku protestów. Junta wprowadza w kolejnych częściach kraju i dzielnicach Rangunu stan wojenny. Szczególnie krwawe starcia miały miejsce w Hlaing Tharyar, przemysłowej dzielnicy, która jest opisywana jako jedno z epicentrów protestów. Cytowani przez AFP mieszkańcy mówią, że całymi nocami słychać strzały z broni palnej i boją się wychodzić na ulice. Wojsko zatrzymuje każdego, kto ma ze sobą cokolwiek związanego z protestami lub ruchem nieposłuszeństwa obywatelskiego. - Wojsko stara się ludzi zastraszyć: pobiciami, aresztowaniami, strzelaniem do ludzi - powiedział Lubina.

Nazwany od angielskiego skrótu CDM ruch nieposłuszeństwa obywatelskiego (ang. Civil Disobedience Movement) jest jedną z form protestu przeciwko rządom junty. Pracownicy, w tym profesjonaliści tacy jak lekarze, nauczyciele czy inżynierowie, odmawiają pracy na rzecz junty. Taka forma protestu jest w kraju nowością, a do tego - jak ocenił Lubina - najważniejszą "bronią" obywateli. - To już doprowadziło do załamania handlu międzynarodowego. Port w Rangunie stanął, transport jest zakłócony, ministerstwa, które były cywilne, właściwie nie pracują. W efekcie państwo prawie stanęło i to najbardziej uderza w generałów - stwierdził. 

To jedna z różnic, jaką ekspert dostrzega między obecnymi protestami a najbardziej porównywalnym do nich wydarzeniem we współczesnej historii Mjanmy - rewolty z 1988 roku. - Porównanie tych protestów narzuca się samo. Wtedy doszło do ogromnych protestów, właśnie rewolucji. W pierwszej fazie odniosła ona pewien sukces, bo zmuszono ówczesnego dyktatora wojskowego, Ne Wina, do ustąpienia. Przez chwilę rządził cywilny, prowojskowy przywódca. Ale ostatecznie armia dokonała puczu, ponownie przejęła pełnię władzy i spacyfikowała protesty.  W sumie zginęło ponad trzy tysiące osób - powiedział. 

Ekspert wskazuje na jeszcze dwie różnice między obecnymi protestami a rewolucją sprzed 33 lat. - Teraz protesty są dużo bardziej "zglobalizowane", uczestniczy w nich pokolenie Z. Dzięki internetowi i temu, że przez 10 lat panowała półdemokracja protestujący bardzo dobrze rozumieją kody międzynarodowe. Przemawiają do świata w zrozumiały sposób, pokazują nagrania obrazujące sytuację. Dowody na bestialstwo armii można znaleźć w internecie w każdej chwili. W 1988 roku nie było tylu dowodów, świat tego nie widział i się tak nie interesował - powiedział Lubina. 

Jak wskazuje, połączenie wykorzystania internetu i zrozumiałych kodów sprawiło, że pojawiło się wiele symboli protestów trafiających do ludzi poza granicami kraju. Prawdopodobnie najsłynniejszym jest zdjęcie 19-letniej Ma Kyal Sin, jednej z uczestniczek protestów. Sfotografowano ją na barykadzie w koszulce z angielskim napisem "Wszystko będzie dobrze". Tego samego dnia kobieta została zastrzelona przez siły bezpieczeństwa. 

Wreszcie "różnica na razie jest też taka, że zginęło ponad 200 osób, a nie 3000", jak w roku 1988.-  Ale perspektywa takiej liczby ofiar jest bardzo realna - ostrzegł ekspert. - Krwawa pacyfikacja wydaje się teraz najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Skala protestów jest podobna lub większa, jak w 1988 - dodał. 

Sankcje podziałają? "To Azja musiałaby naciskać"

Pomimo tych różnic, zdaniem eksperta szanse na sukces protestów są niewielkie. Kraje Zachodu i ONZ potępiły zamach stanu. Unia Europejska nałożyła sankcje na 11 osób odpowiedzialnych za pucz i represje. To najwyżsi rangą członkowie sił zbrojnych Mjanmy, w tym głównodowodzący i jego zastępca. Nałożone dziś sankcje przewidują zakaz wjazdu do Unii i zamrożenie aktywów w Europie. Poza tym wcześniej wstrzymano pomoc finansową dla rządu i zawieszono wszelką pomoc dla organów państwa, którą można byłoby uznać za legitymizującą birmańską juntę. Sankcje wprowadziły też Stany Zjednoczone. Jednak wpływ na sytuację w kraju jest raczej symboliczny - to nie zachód, a kraje regionu, przede wszystkim Chiny, są najważniejszymi partnerami handlowymi i politycznymi dla Mjanmy. 

- Sankcje czy apele krajów Zachodu na pewno nie szkodzą protestującym, oni jak najbardziej chcą poparcia i tego, by świat o nich pamiętał - ocenił Lubina. Reakcja Rady Bezpieczeństwa ONZ jest zablokowana, bo są tam Rosja i Chiny, które się jej sprzeciwiają. Jak wskazał ekspert, w ONZ trwa debata, czy nie uznać za legalne władze grupy parlamentarzystów z rozwiązanego parlamentu, co byłoby "ważnym ruchem".

Jednak "junta mówi, że nie przejmuje się tymi ruchami". - Gospodarczo opiera się ona na prowadzeniu pasożytniczego wykorzystania zasobów i ich sprzedawaniu. Korzystają na tym kraje azjatyckie, przede wszystkim Chiny, ale też Singapur, Tajlandia, Indie. To Azja musiałaby naciskać. Chiny, Singapur są kluczowe do tego, by zmusić generałów do pójścia na ustępstwa - wyjaśnił ekspert i powiedział:

Ale kraje regionu kierują się logiką, którą najlepiej wyraził minister spraw zagranicznych Singapuru. Powiedział, że owszem, armia jest znienawidzona. Natomiast bez niej będzie w Birmie drugi Irak albo Libia. Dał do zrozumienia, że to jest mniejsze zło, że lepsza tyrania niż anarchia. Dlatego też najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że dojdzie do pacyfikacji protestów i junta przywróci pełnię władzy. Ale jest też szansa na cud, że protestujący doprowadzą do upadku reżimu. Ale właśnie trzeba to traktować w kategoriach cudu

Dlaczego doszło do puczu?

Mjanma ma długą historię wojskowej dyktatury. Sprawowała ona władzę (pomimo protestów) od lat 60. do 2011 roku. Wtedy zaczęto wprowadzać stopniowe zmiany i "zdyscyplinowaną demokrację", w której wojsko i tak zachowywało de facto niemal pełnię władzy. Do dalszej demokratyzacji doszło po 2015 roku, kiedy armia zgodziła się podzielić władzą z rządem cywilnym. Na jego czele stanęła Aung San Suu Kyi. To córka generała Aung Sana, który wywalczył niepodległość kraju od Brytyjczyków. Pod koniec lat 80. sama weszła do polityki i została liderką walki o demokratyzację kraju, a w 1991 roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Przez wiele lat przebywała w areszcie domowym, by po częściowej demokratyzacji zostać szefową rządu. 

- Przed puczem kohabitacja między władzą cywilną a wojskiem była trudna, ale działała, funkcjonowała przez ostatnie pięć lat - powiedział Lubina. Jak wyjaśnił, rząd cywilny kontrolował wszystkie obszary z wyjątkiem resortów siłowych. - Zgodnie z konstytucją armia kontrolowała trzy ministerstwa: obrony, spraw pogranicza i spraw wewnętrznych (pod które polega policja). Poza tym wojsko miało sporą część władzy nieformalnej. Należą do niego ogromne konglomeraty - stwierdził. 

Rząd cywilny Aung San Suu Kyi prowadził rządził w poczuciu, że może zostać w każdej chwili obalony. Prowadził podwójną politykę: publicznie i formalnie nie próbował odebrać wojskowym przywilejów, a jednoczesne zakulisowo to robił, wprowadzając częściowe reformy. Taka taktyka kraba: czasem chodzenie w bok, czasem do przodu, czasem do tyłu

- powiedział.

Zaplanowane na listopad 2020 wybory armia chciała przesunąć, a Suu Kyi "za wszelką cenę chciała je przeprowadzić" - mimo pandemii, by przesunięcie nie stało się dla generałów pretekstem do przeprowadzenia puczu. Ostatecznie wybory się odbyły i to ich wynik stał się pretekstem dla wojska. 

Arytmetyka parlamentarna jest tam bardzo specyficzna. Wojsko ma w parlamencie 25 proc. miejsc z urzędu. Tych 166 parlamentarzystów nie jest wybieranych, tylko mianowanych. To mniejszość blokująca zmianę konstytucji, do czego trzeba 75 proc. głosów plus jeden. Zatem każda partia wojskowa ma łatwiej, by zdobyć większość. A każda opozycja wobec wojska musi zdobyć co najmniej 67 proc. miejsc obsadzanych w wyborach, by mieć większość. W tych wyborach ta potrzeba większość wynosiła 322 mandaty

- powiedział Lubina i dodał: - Wybory się odbyły i skończyły miażdżącym zwycięstwem Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), partii Suu Kyi. Zdobyli 396 mandatów, znacznie więcej, niż potrzeba do samodzielnej większości. Wynik był jednoznaczny. Często zresztą wybory są tam w praktyce referendum i tak trzeba interpretować ich wynik.

Ekspert opisuje zwycięstwo NLD jako "miażdżące". Co wobec niego zrobiła wojskowa partia USDP? Zaczęła oskarżać władze cywilne o fałszerstwa. -  Ale to nie było wiarygodne. Frekwencja wyniosła ponad 70 proc., ludzie tłumnie poszli do urn, wynik był czytelny i realnie pokazywał wolę społeczeństwa - stwierdził ekspert. 

- Armia po kilku dniach zaakceptowała wynik. Ale w pewnym kluczowym momencie - nie wiadomo dokładnie kiedy - zmieniła stanowisko i tak jak USDP ogłosiła, że wybory zostały sfałszowane. W styczniu generał Min Aung Hlaing - obecnie lider junty - na konferencji prasowej z ministrem spraw zagranicznych Chin powiedział, że ma dowody na fałszerstwa wyborcze. Na tydzień przed puczem rzecznik prasowy armii powiedział, że nie wyklucza ona przejęcia władzy. Negocjacje ostatniej szansy nie przyniosły skutku i doszło do zamachu stanu - powiedział Lubina.

"Armia w Birmie była jak tygrys trzymany w domu"

Te wydarzenia to oficjalna wersja wydarzeń. To, jakie były prawdziwe motywy wojska, jest bardziej skomplikowane i Lubina przywołuje trzy pojawiające się interpretacje. 

Oficjalną przyczyną mają być rzekome fałszerstwa wyborcze. W jednej kwestii można uznać, że generałowie w dość pokręcony sposób mówią prawdę. W Birmie wybory odbywają się w okręgach jednomandatowych, co premiuje duże partie. Ten system wprowadziła armia. Realne poparcie społeczne dla Suu Kyi to 70 proc., a w JOW-ach przekłada się to nad 83 proc. mandatów. I generałowie mówili o "fałszerstwie" także w tym kontekście, że liczba zdobytych miejsc jest wyższa od poziomu poparcia. Ale to by znaczyło, że generałowie nie rozumieją systemu, który sami stworzyli. Suu Kyi ograła generałów na ich boisku. A kontynuując tę metaforę, polityka w Birmie jest jak mecz, w którym wojsko jest jednocześnie jedną drużyną i sędzią. Zatem ta pierwsza interpretacja jest taka, że generałowie uznali własny system za niesprawiedliwy wobec nich

- powiedział. Drugim możliwym powodem jest to, że wojskowi zwyczajnie już od dawna "mieli dość" Suu Kyi. - Do tego czas płynął, wprowadzano reformy i to mógł być ostatni moment na skuteczny zamach stanu. A dlaczego mieli jej dość? Bo bardzo inteligentnie ich rozgrywała. Formalnie akceptowała ich przywileje, a praktycznie coraz bardziej ich odcinała - dodał. 

Trzecia linia interpretacji dotyczy kwestii personalnych. - W Birmie wszystko, co osobiste, jest polityczne i odwrotnie. Między szefem armii Min Aung Hlaingnem a Suu Kyi była wyraźna niechęć - powiedział Lubina. W 2021 roku kończyłaby się kadencja Aung Hlaingna jako szefa armii, a przedłużyć ją mógł tylko rząd. - I oczywiście by to zrobił, ale nie za darmo. Hlaing musiałby pójść na ustępstwa - powiedział.

Zdaniem eksperta "każda z tych interpretacji ma swoje wady". - Można też próbować tłumaczyć sytuację przy pomocy metafor: armia w Birmie była jak tygrys trzymany w domu. Karmimy go, on może spać, nie robić nic złego, ale wciąż jest tygrysem i pewnego dnia zje domowników - powiedział. 

- W Azji bardzo istotne jest decorum. Ciekawym przykładem są Chiny i Wietnam. Ilekroć Wietnam wygrywał wojnę, to natychmiast wysyłał do Chin delegację z pokłonem i przeprosinami za to, że wygrał. Suu Kyi zrobiła podobnie po swoim pierwszym zwycięstwie w 2015 roku. Poszła do trzech najważniejszych generałów i zapewniała ich, że wszystko zostaje po staremu. Teraz tak nie zdobiła. I generałowie mogli myśleć, że teraz "weźmie się" za nich - wyjaśnił.