Lekarz: Syria to kraj, w którym ludzie uciekali przed śmiercią, a z czasem zaczęli jej pragnąć

- Sytuacja jest beznadziejna. Ludzie są załamani. Stracili nadzieję na powrót do domów - mówi w rozmowie z Gazeta.pl syryjski lekarz dr Abdullah Charaf Eddin. W 10. rocznicę wybuchu wojny domowej w Syrii wspomina jej początek i opowiada o obecnej sytuacji w kraju. - Ta rewolucja nie była błędem, bo wystąpiono przeciwko niesprawiedliwości. Ale żałuję, że chwycono za broń - mówi.
Zobacz wideo 10 lat wojny domowej w Syrii. Miliony uchodźców, gigantyczne zniszczenia, pogłębiony przez pandemię kryzys

Dr Abdullah Charaf Eddin to pediatra pracujący w szpitalu w regionie Idlib, blisko granicy syryjsko-tureckiej. Te tereny to ostatnia enklawa zbrojnej opozycji. Kontrolują ją po części islamistyczne milicje i organizacje zbrojne wspierane przez Turcję.

Do Idlib w kolejnych etapach wojny ewakuowani byli bojownicy, ich rodziny i cywile z terenów podbijanych przez wojska rządowe. Teraz na terenie nieco większym od dużego powiatu jest ponad trzy miliony ludzi - lokalnych mieszkańców, bojowników i wysiedleńców z różnych części kraju. Niesienie tam pomocy jest trudne. Od prawie roku obowiązuje zawieszenie broni między reżimem a zbrojną opozycją, ale ludzie żyją pod stałą groźbą nowej eskalacji. Jednak nawet bez walk i bombardowań sytuacja jest fatalna i ogromna część populacji żyje poniżej granicy ubóstwa w prowizorycznych obozowiskach namiotowych. 

Dr Eddin współpracuje z Polską Misją Medyczną. Organizacja wspiera działające w Syrii kliniki i szpitale. Każdy może pomóc w tych działaniach poprzez wpłatę dowolnej kwoty przez stronę pmm.org.pl, przekazanie 1 proc. podatku (KRS 0000162022) lub darowiznę bezpośrednio na numer konta PMM dla Syrii: 08 1240 4650 1111 0010 4607 7315. 

Patryk Strzałkowski, Gazeta.pl: Jak pamięta pan początek wojny w Syrii?

Dr Abdullah Charaf Eddin: Rewolucja zaczęła się w 2011 roku najpierw jako pokojowe demonstracje. Ludzie domagali się wolności i demokracji. Reżim był niesprawiedliwy, to była tyrania. Na demonstracje odpowiedziano skrajną przemocą.

Po tym w jakiś sposób ludzie zdobyli broń i zaczęła się najgorsza wojna w historii Syrii. Jedynymi przegranymi jesteśmy my, lud Syrii. Co nam ona przyniosła? Wysiedlenia. Przymusowe migracje. Masowe mordowanie. Więzienia. Rany. Kalectwo. Biedę. Głód. Oblężenia. Obozy. Wdowy. Sieroty.

Żałuje pan, że doszło do rewolucji?

Ta rewolucja nie była błędem, bo wystąpiono przeciwko niesprawiedliwości. Ale żałuję, że chwycono za broń.

Ponad pięć milionów Syryjczyków żyje na uchodźstwie. Rozważał pan opuszczenie kraju?

Czasem się nad tym zastanawiam, bo mam dzieci i chcę in zapewnić lepsze życie. A czasem obiecuję sobie, że zostanę z moim ludem do końca tego kryzysu.

W jaki sposób trafił pan do prowincji Idlib? 

Urodziłem się w rejonie Damaszku i studiowałem w stolicy. Przyjechałem do Idlib w 2015 roku, żeby pomagać ludziom cierpiącym z powodu wojny. Z Damaszku pojechałem do Bejrutu w Libanie, poleciałem do Turcji. Chciałem uniknąć służby wojskowej - nie zamierzałem być częścią tej wojny. W Turcji uznałem, że chcę pomagać naszym ludziom i przekroczyłem granicę do Idlib (prowincji pod kontrolą zbrojnej opozycji - red.).

Od około roku obowiązuje zawieszenie broni między reżimem w Damaszku a siłami kontrolującymi enklawę Idlib. Jak w praktyce to wygląda? 

Rzeczywiście, od roku mamy zawieszenie broni. Ale na południu regionu Idlib i tak dochodzi do ostrzałów artyleryjskich. To tereny uznawane za niebezpieczne. Prawie dwie trzecie cywilów mieszka w obozach. Są stłoczeni na niewielkich obszarach przy granicy z Turcją.  

Jakie są warunki w tych obozach?

Nędzne. Możecie sobie wyobrazić, jak trudno jest żyć w takim namiocie. Latem jest strasznie gorąco, zimą - mroźno. Silny wiatr może przewrócić twój namiot, deszcz może zalać wszystko, co masz w środku. Organizacje pozarządowe rozdają produkty higieniczne, porcje jedzenia, chleb i wodę. Ale to nie wystarcza, szczególnie gdy w rodzinie są więcej niż cztery osoby. I na nic innego nie mogą liczyć - ubrania, sprzęty... Większość ludzi nie ma pracy. Stale próbują uciec z tej pułapki do Turcji.

Jak wygląda sytuacja zdrowotna tych ludzi?

Opieka zdrowotna jest niewystarczająca i zupełnie nie odpowiada potrzebom. Brakuje ludzi, brakuje lekarstw, brakuje sprzętu medycznego. Większość placówek tu punkty podstawowej opieki zdrowotnej. Liczba szpitali jest bardzo niewielka. 

Jak wpłynęła na tę sytuację pandemia COVID-19?

W epidemii koronawirusa luka między potrzebami a zasobami jeszcze się powiększyła. Tutejszy system zdrowotny nie jest w stanie radzić sobie z taką katastrofą. Zmarło wielu pracowników ochrony zdrowia, a izolatoria są przepełnione. Nie mamy środków ochrony osobistej dla medyków. Brakuje też respiratorów, przez co zmarło wielu pacjentów. 

Co słyszy pan najczęściej od ludzi, których spotyka pan w pracy w szpitalu?

Że sytuacja jest beznadziejna. Ludzie są załamani. Stracili nadzieję na powrót do domów. Sądzą, że ten kryzys potrwa jeszcze bardzo długo. Największym wyzwaniem jest dla mnie uniknięcie wypalenia psychicznego. W tym pomaga mi moja rodzina, moje córki - dzięki Bogu nie straciłem nikogo bliskiego - wyjazdy i chęć pomocy moim ludziom.

Wojna trwa już od 10 lat. To znaczy, że całe pokolenie syryjskich dzieci zna tylko wojnę i uchodźstwo.

Tak, są tysiące dzieci, które nie znają innego życia niż wojna, wysiedlenie, obozy. Jaka czeka je przyszłość? Obawiam się, że psychiczne konsekwencje wojny zostaną z nimi na bardzo, bardzo długo.

Jakie pan ma nadzieje na przyszłość?

Że wojna będzie wygasać i wrócimy do domów. Ale nie sądzę, żeby to stało się wkrótce. Sytuacja jest bardzo skomplikowana i to może potrwać kolejne lata. Może się nawet pogorszyć, może dojdzie do kolejnej fali wysiedleń.

Jaka jest jedna rzecz, którą chciałby pan, żeby Europejczycy wiedzieli o sytuacji w Syrii?

Syria to kraj, w którym ludzie uciekali przed śmiercią, a z czasem zaczęli jej pragnąć.

Więcej o: