Legalna aborcja w Argentynie. Działaczki: Kościół wiedział, że przegra. Wycofał się, bo tracił wiernych

Wiktoria Beczek
Pod koniec stycznia w konserwatywnej, katolickiej Argentynie weszło w życie prawo do legalnej aborcji. - Kościół katolicki zdecydował się wycofać, kiedy wiedział, że przegrywa i nie chciał stracić więcej wiernych - mówią działaczki proaborcyjne, z którymi rozmawiamy w ramach programu Outriders Festiwal.

Bilety i informacje na festiwal.outride.rs oraz na facebook.com/outrid3rs.

Według sondaży z ubiegłego roku dekryminalizację aborcji popierało około 40 proc. obywateli Argentyny. Zmianę archaicznego prawa, które karało lekarzy i kobiety, obiecał w kampanii prezydent Alberto Fernández i w 2020 roku przekazał Kongresowi projekt ustawy wprowadzającej aborcję na żądanie do 14. tygodnia ciąży. W ostatniej chwili, tuż przed debatą w Senacie, swój sprzeciw wyraził papież Franciszek. Zmiany w kraju zaszły jednak już tak daleko, że nawet pochodząca z Argentyny głowa Kościoła nie zdołała ich powstrzymać. Te zmiany to efekt wieloletniej pracy tysięcy działaczek, które edukowały, wychodziły na ulice i przekonywały polityków. Dwie z nich opowiedziały nam o strategiach argentyńskich feministek, samopomocy i kapitulacji Kościoła katolickiego. 

Dotychczasowe prawo aborcyjne w Argentynie opierało się na przepisach kodeksu karnego sprzed stu lat. W jakich przypadkach pozwalało na przerwanie ciąży? 

Miranda González Martin: W dwóch - kiedy zagrożone było życie lub zdrowie kobiety oraz kiedy ciąża była wynikiem przestępstwa na osobie z niepełnosprawnością intelektualną. Prawo było interpretowane na różne sposoby, ale zwykle w bardzo konserwatywny sposób. Niektórzy lekarze interpretowali je szerzej, ale nierzadko mieli przez to problemy. 

Kiedy zaczęłyście walczyć o zmianę przepisów?

Miranda: Cały ruch zaczął się bardzo dawno temu, ale był niewielki. W 1985 roku powstało Encuentro Nacional de Mujeres - organizacja, która zaczęła rozrastać się w latach 90., gdy rosły też organizacje polityczne i związki zawodowe, a ich członkinie przyłączały się do ENM. W 2003 roku zaczęto organizować warsztaty i wypracowywać strategię walki o legalną aborcję. Wtedy też wymyślono, że symbolem ruchu, atrybutem, po którym kobiety mogły się rozpoznać, będzie zielona chustka. Dwa lata później powstała National Campaign for Legal, Safe and Free Abortion [ang. Narodowa kampania na rzecz legalnej, bezpiecznej i darmowej aborcji], zrzeszenie 250 organizacji, która miała jasną strategię i cel - legalną aborcję w Argentynie. To była jedyna rzecz, co do której wszyscy musieli się zgodzić, nie liczyła się przynależność partyjna i inne poglądy.

Celeste Mac Dougall: Należy pamiętać o jednej ważnej rzeczy - silnej socjalistycznej i anarchistycznej tradycji wpisanej w historię Argentyny. Partia socjalistyczna i ruch anarchistyczny są nieporównywalnie większe w Argentynie niż w innych krajach Ameryki Łacińskiej.  W latach 70. kobiety, które należały do organizacji politycznych - zakazanych przez juntę wojskową - emigrowały do Europy i Ameryki Północnej. Wróciły z wiedzą o feminizmie, o walce, przywoziły książki, które później tłumaczono. Wróciły nie tylko jako dysydentki, lecz także feministki. 

Zobacz wideo Legalna aborcja z uwagi na zdrowie psychiczne matki? "Może być niewielu, którzy podejmą odważną decyzję"

Zanim wprowadziłyście temat aborcji do mainstreamu, społeczeństwo było bardzo przeciwne? 

Miranda: Społeczeństwo było konserwatywne, ale też powtarzało zasłyszane rzeczy, np. "nie można zabijać dziecka". Jedną ze strategii Kampanii, być może najważniejszą, było zmienienie tego, jak Argentyńczycy widzą aborcję. Wiedziałyśmy, że nie wystarczy, żebyśmy wychodziły na ulice i organizowały demonstracje, co oczywiście jest bardzo ważne, ale musimy też edukować, organizować warsztaty na uczelniach, w szpitalach, w szkołach, mówić o aborcji w mediach. Ważne było też pokazywanie zielonych chustek, wtedy inne kobiety myślały: "one je noszą na ulicy, może ja też mogę?". Tłumaczyłyśmy, podawałyśmy fakty naukowe i statystyki. Nie mówiłyśmy "gadasz głupoty", tylko uczyłyśmy na temat aborcji. To zajęło nam ponad 10 lat, między 2005 a 2015 rokiem udało nam się dokonać tej zmiany. Nie powiem, że większość Argentyńczyków uważa, że aborcja jest prawem człowieka, ale w najważniejszych miastach po dekadzie ta zmiana nastąpiła. To była niewdzięczna, codzienna praca bardzo, bardzo wielu osób. 

Celeste: W Argentynie wojskową juntę zakończyła walka obywateli. Ludzie wychodzili na ulice, chociaż byli za to prześladowani. Wielu wyemigrowało, partie były zakazane, ale ludzie się organizowali i ta magma na powierzchni się podgrzewała. Bo chociaż Argentyna jest bardzo konserwatywna, to Argentyńczycy zawsze byli skłonni do walki o demokrację i prawa człowieka. 

W Polsce pomocą osobom w niechcianej ciąży zajmuje się dziś garstka działaczek. W Argentynie zbudowałyście całą potężną sieć pomocową.

Miranda: To nie jest tak, że musiałyśmy wszystko tworzyć od zera. Kiedy aktywistki wracały z emigracji do Argentyny, przywoziły ze sobą m.in. ten element feministycznego etosu - zasadę, że kobiety pomagają sobie nawzajem. Początkowo to były małe grupy pomocowe, zbierano pieniądze na aborcje w podziemiu. Później, gdy pojawiły się leki do aborcji farmakologicznej, zaczęto je zdobywać dla osób ich potrzebujących. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od przekazywania informacji. Aborcje mogły być nielegalne, ale informowanie już nie. Przekazywano więc wiedzę o tym, jakie leki wziąć, w jakich sytuacjach należy jechać do szpitala i co w szpitalu powiedzieć.

Celeste: Kampania i generalnie argentyńskie organizacje feministyczne są zbudowane inaczej niż np. partie polityczne. Nie mamy liderów, struktura jest raczej horyzontalna i dzięki temu jednocześnie wiele działaczek otrzymywało odpowiednią wiedzę i mogło pomagać kobietom w aborcji. W tym samym czasie lekarze i inni pracownicy ochrony zdrowia zaczęli rozszerzać katalog przypadków, w których można przerwać ciążę. Stwierdzili, że zdrowie to nie tylko brak choroby, lecz także należy brać pod uwagę stan psychiczny pacjentki. Niektórzy lekarze byli gotowi ryzykować i taką przesłanką argumentować konieczność przeprowadzenia aborcji. 

Miranda: Jednocześnie zaczęto też powszechnie mówić o aborcji, dawniej była czymś wstydliwym. Ciąże przerywano tak samo, jak przerywa się je teraz, ale nagle zaczęliśmy mówić o tym otwarcie. Nie mówiło się już o "zabijaniu dzieci", ale o prawie osoby, która może zajść w ciążę, by decydować o swoim ciele. Osoby, bo przecież osoby transpłciowe również mogą być w ciąży. 

Opowiedzcie o tym, jak wasi przeciwnicy załatwili się sami i pomogli wam w walce o legalną aborcję. 

Miranda: W 2012 roku ruch anti-choice poszedł do sądu w sprawie konkretnego przypadku aborcji. Lekarka, która ją przeprowadzała, utrzymywała, że było to legalne, oni twierdzili, że nie. Sprawa dotarła do Sądu Najwyższego, który nie tylko stwierdził, że faktycznie była legalna, lecz także że należy bardzo dokładnie wyjaśnić, jak interpretować przepisy. Sąd orzekł, że prawo do przerwania ciąży pochodzącej z czynu zabronionego należy się każdej kobiecie, a nie tylko osobom z niepełnosprawnością intelektualną. Na podstawie tego orzeczenia ministerstwo zdrowia napisało przewodnik na temat legalnej aborcji i pracownicy ochrony zdrowia w całym kraju mogli się na niego powoływać. Wyjaśniono w nim również, w jaki sposób bezpiecznie wykonywać aborcję i że przeprowadzane najczęściej łyżeczkowanie macicy nie jest bezpieczną metodą, nawet w szpitalach.

Bezpieczne są aborcje farmakologiczne albo metodą podciśnieniowego opróżniania macicy. Niestety, aborcję farmakologiczną często wykonuje się przy użyciu tylko jednego leku, mizoprostolu, i wciąż, chociaż mamy już prawo do legalnej aborcji, nie kupuje się mifepristonu, który znacznie ogranicza bolesność i przyspiesza proces. W przypadku 12- czy 14-latki, która została zgwałcona, podawanie samego mizoprostulu to okrutna praktyka. W ostatnim czasie moje dwie przyjaciółki musiały przerwać ciążę ze względów zdrowotnych i chociaż zabiegi były legalne, przeprowadzane w szpitalu, to były bardzo bolesne. A mówimy o dorosłych kobietach, nie nastolatkach. Dwa dni ronienia, kiedy można byłoby to zrobić dużo szybciej i bezboleśnie, ale wielu lekarzy nadal nie wie, jak wykonywać podciśnieniowe opróżnianie macicy. Tu jest jeszcze dużo pracy do wykonania.

Dla mnie fenomenem jest to, że udało się zebrać tylu ludzi pod jednym postulatem. W Polsce usunięto przesłankę zezwalającą na aborcję w przypadku uszkodzenia płodu i przerwać ciążę można tylko w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia osoby w ciąży lub gdy ciąża pochodzi z przestępstwa. I teraz część opinii publicznej uważa, że powinno się przywrócić to poprzednie prawo, a druga część chce prawa do aborcji bez podawania powodu. Jak udało wam się uzyskać porozumienie? 

Miranda: To była ogromna dyskusja wewnątrz Kampanii! Wiele aktywistek było przeciwko aborcji ze względu na uszkodzenie płodu i nasze obecne prawo nie ma takiej przesłanki. Do 14. tygodnia ciąży aborcję można wykonać bez podawania przyczyny, później można to zrobić tylko w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia albo jeśli ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego. Jeśli więc po 14. tygodniu okaże się, że płód jest uszkodzony i chcesz przerwać ciążę, to musisz powołać się na inną przesłankę i powiedzieć lekarzowi np., że jesteś w złym stanie psychicznym.

Moim zdaniem to nie jest fair. Niezamożne kobiety, których wiele w Argentynie, nie mają dostępu do badań genetycznych i mogą dowiedzieć się o wadzie płodu dopiero w późnej ciąży. Kobiety z odpowiednią wiedzą i zasobami sobie poradzą, będą wiedziały, co powiedzieć lekarzowi, a te z biednych regionów już niekoniecznie.

Okej, wypracowałyście wspólne postulaty i co dalej? Przekonywanie polityków? 

Miranda: Lobbing polityczny to była kolejna strategia ruchu. I one wszystkie musiały działać jednocześnie, bo gdybyśmy nie były na ulicach, politycy nie widzieliby potrzeby, by zmieniać prawo. Początkowo, w 2005 roku, rozmawiałyśmy z politykami m.in. o sytuacji kobiet z niepełnosprawnościami intelektualnymi, które zostały zgwałcone, a mimo to odmawiano im prawa do przerwania ciąży. Już dwa lata później przygotowałyśmy pierwszy projekt ustawy, pod którym podpisało się może 20 polityków. Po naszej stronie była ich garstka - pracowali z nami, tłumaczyli, jak działa Kongres, z kim rozmawiać, jakich argumentów używać. Uczyłyśmy się, żeby mężczyznom tłumaczyć, że prawo do aborcji to sprawa ich córek i wnuczek. W tym samym czasie rozmawiałyśmy z kobietami, które były przeciwko aborcji. Część z nich miała aborcje, ale uważały, że to wstyd i grzech.

Wzmocnił nas też ruch Ni una menos [hiszp. Ani jednej mniej], który powstał w 2016 roku w związku z falą morderstw na tle płci i przemocy wobec kobiet. Wzmocnił nas, bo działałyśmy razem.

A po drugiej stronie stał Kościół katolicki? 

Miranda: W czerwcu 2018 roku miałyśmy milion ludzi na ulicach, w sierpniu - dwa miliony. Kościół był wtedy bardzo radykalnie przeciwko nam. Wkładali w to mnóstwo pieniędzy! Ale w 2020 roku Kościół wiedział, że to prawo wejdzie w życie i chociaż nadal się sprzeciwiał, to już nie tak zaciekle. Większy problem stanowił ruch ewangelicki. Macie ich w Polsce? 

Tak, ale ewangelików jest u nas niewielu.

Miranda: W Ameryce Łacińskiej rosną w siłę i są trudniejszym przeciwnikiem niż Kościół katolicki, bo docierają do ludzi biedniejszych, pokazują im swoją czarno-białą wizję świata, organizują, zapoznają ze sobą młodzież. Kościołowi katolickiemu nie udało się tego zrobić przez lata. W latach 70. mieliśmy w Argentynie ruch księży zaangażowanych politycznie. Oni właśnie docierali do osób mniej zamożnych, ale zniszczyła ich junta wojskowa i nigdy później nie odzyskali tych wpływów. A ruch ewangelicki, bardzo silny np. w Brazylii, zaczął migrować do kolejnych krajów Ameryki Łacińskiej. Są dużo bardziej ekstremistyczni. Kiedy czytasz o dziewczynie pobitej za to, że nosiła zieloną chustkę, to możesz być pewna, że ruch ewangelicki miał z tym coś wspólnego. 

Wydaje mi się, że Kościół katolicki zdecydował się wycofać, kiedy wiedział, że przegrywa i nie chciał stracić więcej wiernych. W Argentynie jest całe mnóstwo katolików, którzy uznają prawo do legalnej aborcji i Kościół nie mógł sobie pozwolić na ich utratę. Zresztą katolicyzm to w Argentynie bardziej sprawa tradycji niż religii. Bycie katolikiem to taki standard społeczny, część naszej kultury. Ja też byłam ochrzczona, ale nie chodzę do kościoła. Z punktu widzenia Kościoła jestem jego częścią, chociaż wcale się nią nie czuję. Ale "zliczają" mnie, bo nigdy nie dokonałam apostazji.

Podobnie jest w Polsce - wiele osób identyfikuje się jako katolicy, ale nic więcej za tym nie idzie.

Miranda: I pewnie są za prawem do aborcji. Tak naprawdę większość kobiet w Argentynie, które miały aborcje, to katoliczki, bo większość kobiet w Argentynie to katoliczki. Kwestia statystyki. Kościół podjął więc polityczną decyzję. To nie znaczy oczywiście, że już z nami nie walczy. Nadal na ulicach pojawiają się koszmarne billboardy. Kościół się pod nimi nie podpisuje, ale wiemy, że wykłada na nie pieniądze.

Co dalej? Wywalczyłyście prawo do legalnej aborcji i to koniec batalii?

Celeste: Feminizm to niekończąca się droga w jedną stronę. Jeśli raz na nią wejdziesz, to już nie schodzisz, bo zawsze będą nowe sprawy, o które trzeba walczyć, żyjemy w końcu w patriarchacie. Ale bardzo ważne jest, żebyśmy cieszyły się z tego, co osiągnęłyśmy do tej pory. Mnóstwo osób w ruchu mówiło: od jutra zajmujemy się kolejnymi zagadnieniami. Oczywiście to prawda, musimy walczyć o jeszcze wiele rzeczy, ale doceńmy to, ile już wywalczyłyśmy. 

Miranda: To też niekoniecznie musimy być my. Są inne osoby, inne organizacje. Nadal będziemy się udzielać, ale może nie będziemy już na czele tego pochodu. W organizacjach politycznych mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Nas da się zastąpić. 

Celeste: Mamy po ponad 40 lat, walczymy od ponad 20. Zasłużyłyśmy na odpoczynek. Jedna z aktywistek Kampanii została zapytana przez polityka, dlaczego nie walczy o miejsce w Kongresie, o pozycję w partii politycznej. Nie potrafił zrozumieć, że walczymy o cel, a nie partykularny interes.

***

Miranda González Martin - feministka i antropolożka specjalizująca się w gender studies i holistycznej edukacji seksualnej, profesorka antropologii społecznej na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu w Buenos Aires.

Celeste Mac Dougall - feministka, nauczycielka historii z Argentyny, trenerka w zakresie edukacji seksualnej.

Aktywistki wygranej narodowej kampanii na rzecz legalnej aborcji w Argentynie.

Wywiad opublikowany w ramach programu Outriders Festiwal - storytellingowego festiwalu stworzonego po to, by przybliżać przemiany zachodzące w świecie. Bilety i informacje na festiwal.outride.rs oraz na facebook.com/outrid3rs