Dziennikarki skazane za "koordynowanie zamieszek". Światowe organizacje dziennikarskie potępiają wyrok

Dwa lata kolonii karnej, a także konfiskata kamery i statywu - to kara, jaką wymierzył dwóm dziennikarkom Biełsatu sąd w Mińsku. Skazano je za "koordynowanie zamieszek". Wyrok potępiły największe organizacje broniące dziennikarzy, podkreślając, że to represje polityczne. Biełsat zapowiada, że to nie koniec walki o ich dziennikarki.
Zobacz wideo Białorusini nie odpuszczają. Służby użyły przeciwko prostestującym granatów ogłuszających

Sąd w Mińsku skazał dwie dziennikarki telewizji Biełsat. Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa były oskarżone i koordynowanie zamieszek białoruskiej opozycji podczas relacjonowania manifestacji. Kobiety zostały zatrzymane w połowie listopada ubiegłego roku w Mińsku, podczas relacjonowania manifestacji odbywającej się w miejscu pobicia Ramana Bandarenki. Informacje o trwającej demonstracji wysyłały z prywatnego mieszkania na 13. piętrze bloku mieszkalnego. Tam zostały zatrzymane przez milicyjny OMON.

27-letnia Kaciaryna Andrejewa i 23-letnia Daria Czulcowa mają spędzić 2 najbliższe lata w kolonii karnej. Sąd wydał taki wyrok, jakiego żądał prokurator. Obrońcy praw człowieka uznali dziennikarki za więźniów politycznych.

Jak opisuje portal Biełsatu, odebrany dziennikarkom sprzęt - kamera i statyw - zostanie "skonfiskowane na rzecz państwa". Zaś znalezione przy nich zeszyty, notatki i nalepki będą zniszczone. Będą mogły zachować swoje telefony i laptopy

Dziennikarka: Mam czyste sumienie

W swojej mowie końcowej Andrejewa powiedziała, że "nie prosi a domaga się" uniewinnienia i uwolnienia jej oraz wszystkich dziennikarzy przetrzymywanych w białoruskich aresztach i setek więźniów politycznych.

Andrejewa zwracając się do sędzi, powiedziała, że ma czyste sumienie. I swoje siły chcę poświęcić wyłącznie na stworzenie takiej Białorusi "w której nie będzie miejsca na polityczne represje, prześladowania za uczciwe dziennikarstwo i za prawdę" .

Oskarżycielką - informuje Biełsat - była 22-letnia prokurator Alina Kasjanczyk. Jeszcze w 2019 roku była stażystką, a później awansowała na pomocnika prokuratora. W 2020 roku oskarżała w różnych sprawach związanych z protestami, m.in. wykonania napisu "Nie zapomnimy" w miejscu, gdzie zginął jeden z uczestników protestów. Kasjanczyk argumentowała m.in., że dziennikarki miały zachęcać innych do masowego wychodzenia na ulicę i blokowania ruchu tym, że same wyszły ja jezdnię podczas realizowania sondy ulicznej. 

Wyrok wydała 31-letnia sędzia Natalla Buhuk. Biełsat wylicza, że od sierpniowych wyborów, po których zaczęły się masowe protesty, sędzia ukarała 44 protestujących.

"Chcą zakneblować na wszelkie możliwe sposoby usta dziennikarzom"

Organizacja Reporterzy bez Granic i inne europejskie oraz światowe organizacje dziennikarskie potępiły wyrok i wezwały do natychmiastowego uwolnienia dziennikarek. Komunikat wydała także Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Reprezentantka OBWE ds. wolności mediów Teresa Ribeiro powiedziała, że "uciszanie dziennikarzy za to, że wykonują swoje obowiązki, jest po prostu nieakceptowalne". Wyraziła nadzieję, że wyrok zostanie zmieniony w apelacji. - Nakłaniam białoruskie władze, by powstrzymały się w przyszłości od podobnych procesów dziennikarzy - powiedziała.   

Zastępca dyrektora telewizji Biełsat Aleksy Dzikawicki powiedział Polskiemu Radiu, że proces pokazał, iż dziennikarki nie były winne, jednak zostały skazane, bo władzom na tym zależało. - Władze chcą zakneblować na wszelkie możliwe sposoby usta niezależnym dziennikarzom. Ja mam jednak wielką nadzieję, że my będziemy dalej pracować, bo praca niezależnych mediów jest obecnie bardzo potrzebna Białorusi - powiedział wicedyrektor Biełsatu.

Także dyrektor amerykańskiego Komitetu Ochrony Dziennikarzy (CPJ) Robert Mahoney ocenił, że wyroki więzienia dla dziennikarek to prześladowanie polityczne, które ma zastraszyć wszystkich ludiz mediów, który odważą się informować o prodemokratycznych protestach. 

Aleksy Dzikawicki zaznaczył, że jego telewizja będzie walczyć o wypuszczenie dziennikarek na wolność. - Będziemy robić wszystko w sprawie ich uwolnienia. Będziemy apelować do społeczności międzynarodowej, polityków i parlamentów, aby nacisnęli na białoruski reżim, by ten uwolnił nasze dziennikarki - powiedział Dzikawicki. Obrońcy praw człowieka uznali obie dziennikarki za więźniów politycznych. Na Białorusi 255 osób jest przetrzymywanych przez służby z powodów politycznych.

Duda wyraża "stanowczy sprzeciw"

W związku ze skazaniem dziennikarek telewizji Biełsat prezydent Andrzej Duda wezwał władze Białorusi do zaprzestania represji przeciwko wolności słowa i prawom obywatelskim. Zaapelował też o amnestię dla obu skazanych.

Jak przekazał minister Krzysztof Szczerski z Kancelarii Prezydenta, Andrzej Duda polecił też polskim dyplomatom przekazać swój "stanowczy sprzeciw" wobec zatrzymania. Wezwał również kraje Unii Europejskiej do "solidarnej, konsekwentnej i zdecydowanej odpowiedzi na ten kolejny przejaw tłumienia podstawowych praw i wolności".

Stanowisko zajął też rzecznik Komisji Europejskiej ds. międzynarodowych Peter Stano. - Jesteśmy po stronie niezależnych dziennikarzy, obserwujemy wydarzenia na Białorusi i dyskutujemy, jak na nie zareagować - powiedział na antenie Biełsatu Stano. Stwierdził, że rozważone mogą być sankcje. 

Kolejny proces dziennikarki

Na piątek zaplanowano kolejny proces dziennikarki. Reporterka niezależnego portalu TUT.by Kaciaryna Barysiewicz oraz lekarz Arciom Sarokin są oskarżeni o ujawnienie tajemnicy lekarskiej w związku z niewyjaśnioną do dziś śmiercią opozycjonisty.

Sprawa dotyczy śmierci Ramana Bandarenki. 31-letni mężczyzna został pobity w Mińsku 12 listopada przez nieznanych sprawców. Po przewiezieniu z posterunku milicji do szpitala zmarł. Komitet Śledczy Białorusi informował, że mężczyzna był pod wpływem alkoholu. Dziennikarka portalu "TUT.by" Kaciaryna Barysiewicz w artykule opisującym śmierć Ramana Bandarenki ujawniła, że opozycjonista był trzeźwy. Opublikowała dane ze szpitalnej karty przyjęć pacjenta, z których wynikało, że w jego krwi nie wykryto etanolu. Zaraz po tym wydarzeniu dziennikarka i lekarz, który udostępnił jej kartę przyjęć pacjenta, zostali aresztowani. Za ujawnienie tajemnicy medycznej grozi im kara do trzech lat więzienia.

Więcej o: