Dwa atomowe kolosy USA razem, a Chińczycy symulują ataki. Testowanie Bidena na wodach Azji

Ostatnie tygodnie to okres wyjątkowo gorący na wodach w pobliżu Chin i Tajwanu. W jednym z najbardziej zapalnych rejonów świata zrobiło się gęsto od okrętów i samolotów. W tej chwili na Morzu Południowochińskim działają wspólnie dwa amerykańskie lotniskowce z obstawą. Nowe władze w Waszyngtonie prężą muskuły, a Chińczycy je sprawdzają.

Lotniskowce atomowe USS Nimitz i USS Theodore Roosevelt ćwiczą razem od kilku dni. Poinformowano o tym 9 lutego. Oficjalnie jest to oczywiście rutynowy trening.

- Dzięki takim operacjom możemy być pewni, że mamy odpowiedni poziom wyszkolenia aby sprostać wyzwaniu utrzymywania pokoju oraz możemy pokazać naszym sojusznikom i partnerom, że jesteśmy przywiązani do promowania idei wolnego i otwartego rejonu Indo-Pacyfiku - stwierdził w standardowym amerykańskim oficjalnym komunikacie prasowym wiceadmirał Doug Verissimo, dowódca zespołu okrętów skupionego wokół lotniskowca USS Theodore Roosevelt.

Prężenie muskułów z obu stron

Za słowami o pokoju i wolności kryje się pokaz siły pod adresem Chin. Oba lotniskowce wraz z łącznie kilkunastoma towarzyszącymi im okrętami eskorty krążą po Morzu Południowochińskim. Pekin uznaje je za w większości swoje, choć żadne inne państwo nie ma takiego samego zdania. Zwłaszcza te, które są położone wokół i same uznają różne obszary tegoż morza za własne. Wspierają je USA.

Obecność Amerykanów w tym regionie jest więc w znacznej mierze pokazaniem Chińczykom, że wojsko USA może robić tam to, co uznaje za właściwie i nikomu nic do tego. Nowy amerykański prezydent Joe Biden zdążył już zadeklarować w ciągu ostatnich tygodni, że ma zamiar podtrzymać twardą postawę wobec Chin, a członkowie jego administracji określają je jako najpoważniejszego rywala USA. Manewry sporego zespołu okrętów to wydatne podkreślenie tego przekazu. Zwłaszcza, że przy okazji nie zapomniano o ustawieniu lotniskowców wraz z częścią eskorty w ciasnej formacji i zorganizowaniu widowiskowej sesji fotograficznej.

Ze swojej strony Chińczycy mają w zwyczaju testować nowe amerykańskie administracje i sprawdzać ich determinację. Według mediów w USA, jednym takim aktem testowania mogło być to, co zrobiło chińskie lotnictwo w miniony weekend, kiedy USS Theodore Roosevelt wraz z eskortą wpływał na Morze Południowochińskie. Z baz w Chinach miała wystartować formacja złożona z kilku bombowców H-6, mogących przenosić rakiety dalekiego zasięgu. Towarzyszyły im myśliwce i samolot rozpoznawczy. Cały zespół miał symulować uderzenie na zespół lotniskowca. Amerykanie mieli nawet podsłuchiwać komunikację pilotów, koordynujących ćwiczebny atak. Chińskie samoloty nie zbliżyły się jednak dość blisko, aby móc realnie odpalać rakiety. W oficjalnej odpowiedzi na pytania o to wydarzenie, flota USA poinformowała, że "śledziła lot zespołu chińskich samolotów, które jednak w żadnym momencie nie stanowiły zagrożenia".

Tego rodzaju incydenty na Morzu Południowochińskim to praktycznie jedyna okazja, kiedy siły zbrojne Chin i USA tak bezpośrednio testują swój profesjonalizm i opanowanie. Jeśli miałoby dojść pomiędzy nimi do jakiegoś przypadkowego spięcia, to właśnie tam. Choć w obecnej sytuacji ryzyko eskalacji i wybuchu wojny jest znikome. Chiny i USA owszem rywalizują, ale nie tak zacięcie, aby w ich interesie był bezpośredni konflikt.

Rakieta Buława odpalona z zanurzonego okrętu podwodnegoTak by wyglądał początek końca świata. Strzela rosyjski okręt

Chińczycy chcą prawie wszystko

Pokazy siły na Morzu Południowochińskim mają bardzo konkretne znaczenie dla interesów obu mocarstw w regionie. Spory na temat tego, kto tak naprawdę jest właścicielem położonej na nim tej czy innej malutkiej wysepki, ciągną się od końca II wojny światowej. Pekin wysuwa roszczenia do zdecydowanej większości całego morza, twierdząc, że cesarstwo chińskie sprawowało faktyczną kontrolę nad nim już kilkaset lat temu. Jednak ponieważ do niedawna Chiny były państwem słabym, zwłaszcza na morzu, a wszystkie te wysepki, płycizny i rafy nie miały większego znaczenia gospodarczego czy strategicznego, za deklaracjami nie szły czyny. Za małymi wyjątkami wysepek spornych z Wietnamem, z którym Chiny były ostro skonfliktowane od wojny w latach 70.

W XXI wieku sytuacja się zmieniła. Chiny gwałtownie zaczęły rozwijać siły morskie i przejawiać chęć do zwiększenia swoich wpływów w regionie. Do tego w grę wchodzi chiński nacjonalizm. Co więcej, wraz z rozwojem chińskiej gospodarki i wymiany handlowej ze światem gwałtownie zyskały na znaczeniu szlaki żeglugowe przebiegające przez Morze Południowochińskie. No i ustalono, że pod jego dnem zalegają znaczne złoża surowców, zwłaszcza gazu ziemnego. Kontrola Morza Południowochińskiego zyskała znacznie na znaczeniu.

Chińczycy postanowili poprzeć swoją wcześniejszą retorykę czynami i zaczęli budować bazy wojskowe na szeregu niewielkich atoli, wysepek i płycizn. Wywołało to opór takich państw jak Filipiny, Indonezja czy Wietnam. Chiny przegrały nawet w Międzynarodowym Trybunale Arbitrażowym w Hadze, gdzie uznano ich postępowanie za nielegalne a rzekome historyczne roszczenia za bezpodstawne. Pekin nic sobie jednak nie robi z tego orzeczenia.

Amerykanie ochoczo włączyli się w ten konflikt. Zrobili to z dwóch powodów. Po pierwsze jest to sposób na zbliżenie się z szeregiem państw regionu, które samodzielnie nie mają szans w sporze z Chinami. USA stają się silnym protektorem i starają się budować w ten sposób sieć sojuszników w regionie. Pomogło to znacznie na przykład w odbudowaniu relacji z Wietnamem.

Po drugie Amerykanie są bardzo przywiązani do koncepcji wolności nawigacji, czyli swobody przemieszczania się po morzach i oceanach poza wodami terytorialnymi, ograniczonymi prawem do 12 mil morskich (około 22 km) od brzegu. Z racji swojego położenia geograficznego handel morski ma dla USA kluczowe znaczenie. Robią więc, co mogą, aby żadne inne państwo nie próbowało go w jakiś systemowy sposób ograniczać. Z tego powodu wysyłając swoje okręty w pobliże spornych wysp, zawsze deklarują, że po prostu "korzystają z prawa wolności nawigacji".

Archiwalne zdjęcie płonącego USS Bonhomme RichardJeden z wielkich okrętów US Navy trafi na złom po pożarze

Bliskie spotkania coraz wyższego stopnia

W efekcie Morze Południowochińskie to obecnie obszar, gdzie Amerykanie najczęściej i najintensywniej urządzają morskie demonstracje siły. Działanie dwóch zespołów lotniskowców razem to rzadkie wydarzenie, a w tym regionie ma miejsce już drugi raz na przestrzeni nieco ponad pół roku. Poprzedni taki pokaz odbył się w połowie 2020 roku. Wówczas do USS Nimitz dołączył USS Ronald Reagan. Dwa lotniskowce wraz z obstawą to bardzo poważna siła. Około 180 samolotów i śmigłowców, do nawet pół tysiąca gotowych do odpalenia rakiet różnego rodzaju na krążownikach i niszczycielach, oraz co najmniej dwa atomowe okręty podwodne skrycie krążące w pobliżu. Razem kilkanaście tysięcy marynarzy.

Amerykanie urządzają też pokazy siły na mniejszą skalę. Pojedyncze niszczyciele czy samoloty patrolowe regularnie zjawiają się w pobliżu wysp zagarniętych przez Chińczyków. Amerykanie podpływają czy podlatują na nawet kilka mil morskich, żeby pokazać, iż w ich ocenie wysp nie okalają chińskie wody terytorialne. Ponieważ poza Chinami nikt owych wysp nie uznaje za chińskie, to adekwatnie tylko Chińczycy uważają, że mają jakieś prawa do otaczających je wód. Amerykanie ciągle starają się im przypomnieć, że to tylko ich zdanie.

Chińskie wojsko regularnie reaguje na tego rodzaju pokazy siły. Amerykańskie okręty zawsze mają w pobliżu jakieś towarzystwo ze strony Marynarki Wojennej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Samoloty też czasem dostają latającą eskortę. Żołnierze stacjonujących na wysepkach zamienionych w bazy nieustannie nadają w radiu wezwania do zmiany kursu i opuszczenia obszaru. W grudniu chińskie media pisały, iż chińskie samoloty i okręty "wydaliły" amerykański niszczyciel USS John McCain, który zbliżył się do spornych wysepek Spratly. Zdaniem Chińczyków Amerykanie naruszyli ich wody terytorialne. Amerykanie twierdzili, że jedynie "potwierdzali zasadę swobody nawigacji". Czyli pokazywali Chińczykom, co myślą o ich roszczeniach.

Podczas tego rodzaju prężenia muskułów nie doszło jeszcze do żadnego naprawdę groźnego incydentu. Niebezpiecznie było w 2018 roku, kiedy amerykański niszczyciel USS Decatur miał bardzo bliskie spotkanie z chińskim niszczycielem Luyang. Na opublikowanych nagraniach widać, że zabrakło kilkudziesięciu metrów, kiedy Chińczycy przecięli kurs Amerykanom i przepłynęli im przed dziobem, starając się zmusić do zmiany kursu i odpłynięcia dalej od spornych wysepek Spratly. Ponieważ był to okręt amerykański, to nawet w tej sytuacji Chińczycy byli ostrożni. Kiedy dochodzi do spotkań z siłami zbrojnymi na przykład Filipin, już tak subtelni nie są i dochodzi do aktów taranowania.

Jednak wraz z zaostrzeniem rywalizacji Chin i USA, która postępuje nieustannie, zaostrzeniu ulegnie też charakter siłowania się na Morzu Południowochińskim. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że będzie tam coraz groźniej, a nie coraz spokojniej.

Zobacz wideo
Więcej o: