Na Malcie obowiązuje całkowity zakaz aborcji. "Więzienie grozi zarówno lekarzowi i kobiecie"

- Wyrok Trybunału Konstytucyjnego pokazał regres, jaki nastąpił w Polsce w sferach obyczajowości i szeroko pojętej polityki. Tymczasem my - w kontekście aborcji - dopiero zaczynamy mówić o zjawiskach, które przez długie lata były całkowitym tabu - opisuje w rozmowie z Gazeta.pl dr Lara Dimitrijevic, założycielka Women's Rights Foundation. To organizacja, która walczy o dostęp do legalnej aborcji na Malcie - kraju z najbardziej restrykcyjnym prawem aborcyjnym w całej Unii Europejskiej.

Michał Litorowicz, Gazeta.pl: Oficjalnie aborcja na Malcie jest całkowicie zakazana, niezależenie od okoliczności. Jakie kary za terminację ciąży przewiduje maltański kodeks karny, którego pierwotną wersję uchwalono w 1854 r.?

Dr Lara Dimitrijevic, założycielka i dyrektorka Women's Rights Foundation: Według maltańskiego kodeksu karnego odpowiedzialność karna w przypadku przerwania ciąży może dotyczy zarówno kobiety, jak i osób, które jej pomogły, i grozi za to od 18 miesięcy do trzech lat więzienia. Natomiast jeśli do poronienia doprowadzi działanie lekarza lub farmaceuty, kara ta jest wyższa i wynosi już od 18 miesięcy do czterech lat. Może zostać zasądzony też dożywotni zakaz wykonywania zawodu.

Należy pamiętać, że przez cały XIX w. Malta była kolonią brytyjską, a niepodległość uzyskała dopiero w 1964 r. Więc nasze prawo, w tym to karne, częściowo pochodzi jeszcze z okresu kolonialnego, choć oczywiście w latach 60. zaczęliśmy wprowadzać własne przepisy.

Czy pojawiły się koncepcje, by zakaz i penalizację aborcji wprowadzić do maltańskiej konstytucji?

Tak, próbowano zapisać zapisać zakaz zapisać również w ustawie zasadniczej, za czym oczywiście opowiadały się środowiska pro-life. Jednak takie projekty ostatecznie nigdy nie trafiały pod obrady parlamentu.

Z czego wynika właśnie taki kształt prawa aborcyjnego, które jest najbardziej restrykcyjne w całej UE? Czy przyczyną jest pozycja kościoła i to, że ponad 90 proc. Maltańczyków deklaruje się jako katolicy? Dość powiedzieć, że instytucję rozwodu wprowadzono do obiegu prawnego w 2011 r. i to w wyniku referendum.

Sondaże pokazują mimo wszystko, że religijność Maltańczyków ulega osłabieniu. Ale nie ma najmniejszej wątpliwości, że kościół wciąż posiada tu znaczne wpływy, choć nie takie jak jeszcze w latach 70., gdy wychodziliśmy z okresu kolonialnego.

Kościół czy religijność, choć niezwykle istotne, nie są tu jedynymi czynnikami wpływającymi na taki, a nie inny kształt prawa. Z biegiem czasu kwestia aborcji wpisała się bowiem w coś, co można określić narodową tożsamością. Malta może więc czuć "dumę" i chwalić się na zewnątrz tym, że obowiązuje tu całkowity zakaz przerywania ciąży. Nie bez znaczenia jest również to, że dawniej ruch feministyczny nie był na Malcie tak silny, jak ma to miejsce teraz. Kobiety bały się głośno mówić o aborcji, choć przecież wszyscy wiedzieli, że i tak przeprowadza się je w podziemiu.

Zmieniło się to jednak w ostatnich latach, do czego przyczyniły się takie zjawiska jak coraz szerszy dostęp do internetu, swoboda podróżowania czy - bardziej ogólnie - globalizacja. Nie można zapominać, że Malta to mała wyspa na Morzu Śródziemnym, a więc przez długi czas panowała tu "wyspiarska" mentalność. Dzięki coraz intensywniejszej wymianie myśli i poglądów napływających ze świata, mieszkanki i mieszkańcy Malty zyskiwali stopniowo odwagę do tego, by powoli zacząć poruszać takie tematy, jak aborcja.

A jak dużo można tu zarzucić politykom?

Biorąc pod uwagę to, że przez wiele lat kwestia aborcji była całkowicie poza polem publicznej debaty, tym bardziej nie może dziwić, że również klasa polityczna nie zamierzała nawet o niej wspominać. To był zresztą jeden z powodów, dla którego chciałyśmy założyć nasz ruch. Domagamy się bowiem, by politycy w końcu zdali sobie sprawę z trudnego położenia tutejszych kobiet i by w końcu coś z tym zrobili, ponieważ obecny stan prawny to nic innego jak dyskryminacja, która spotyka zarówno Maltanki, jak i kobiety z zagranicy, które tu mieszkają.

Wraz z upływem czasu zaczęłyśmy dostrzegać, że coraz więcej polityków chce się zaangażować i otwarcie przyznają, że są pro-choice, choć to oczywiście wciąż niewielki odsetek. Są też tacy, którzy pomimo jednoznacznej deklaracji o tym, że są za całkowitym zakazem aborcji, potrafią wysłuchać argumentów drugiej strony. Jeszcze trzy lata temu taka sytuacja w ogóle nie mogłaby się wydarzyć, tak więc możemy mówić o naprawdę szybko postępującej zmianie.

Partia Pracy to dość osobliwe w swojej lewicowości ugrupowanie. Z jednej strony, choć rządzi nieprzerwanie od 2013 r., nie tknęła nawet panującego w sprawie aborcji status quo. Z drugiej, w 2017 r. Malta zalegalizowała małżeństwa osób tej samej płci i adopcję przez nie dzieci. Skąd więc biorą się tak duże rozbieżności?

Nie jest już tak lewicowa, jak kiedyś. Moim zdaniem teraz to bardziej centrolewica. W przypadku małżeństw osób tej samej płci zmiana nie zaszła w trakcie jednej nocy, a społeczność LGBT+ walczyła tu o swoje prawa już od lat 90. Istotne było też zaangażowanie ważnych polityków, takich jak choćby Helena Dalli, która później została Komisarką UE ds. Równouprawnienia.

Z aborcją zapewne jest natomiast tak, że politycy Partii Pracy wciąż obawiają się, że nawet wspomnienie tego tematu mocno przełoży się na ich wynik w wyborach i dlatego tak rzadko zabierają publicznie głos. Nie zmienia to faktu, że takie głosy od czasu do czasu się pojawiają, a dyskusja o aborcji uległa pewnej normalizacji. Na Malcie, gdy ktoś mówi o tym, że "powinniśmy przedyskutować kwestię aborcji", już możemy mówić o pewnym progresie.

Sondaże wskazują, że ponad 90 proc. Maltańczyków wciąż jest przeciwko możliwości przerywania ciąży. Przynajmniej te z 2019 r.

Takie badanie przeprowadzono również 2020 r. W jego wynikach interesujące było to, że choć większość Maltańczyków wciąż mówi "nie" aborcji, to spore przesunięcie nastąpiło wśród młodych. W grupie wiekowej 16-25 lat 46 proc. respondentów opowiedziało się za dostępem do legalnej możliwości terminacji ciąży w każdych warunkach. Młodsze grupy wiekowe częściej wskazują też, że aborcja powinna być dostępna, jeśli zdrowie matki jest zagrożone.

Moim zdaniem wyniki sondaży z poprzednich lat, które wskazywały na zdecydowane poparcie dla zakazu aborcji, nie oddawały w pełni rzeczywistości. Wiele osób twierdzi bowiem, że są przeciwne aborcji, ale... No właśnie - to "ale" jest tu kluczowe. Wszystko zależy bowiem od tego, w jaki sposób sformułowano pytania i czy umożliwiały one podjęcie jakiejkolwiek dalszej rozmowy. Bo, jak wiemy, przy pytaniu: "Czy popierasz aborcję?" nie ma już za dużego pola manewru.

To, że aborcja jest prawnie zakazana, nie oznacza, że legalnej terminacji ciąży nie można przeprowadzić w innych krajach. Jak wiele Maltanek, które oczywiście na to stać, decyduje się na wyjazd do zagranicznych klinik, jak wiemy przede wszystkim w Wielkiej Brytanii?

Rocznie jest to średnio od 400 do 500 aborcji wykonywanych za granicą. Należy jednak mieć świadomość, że pandemia i zamknięcie granic znacznie wyhamowały to zjawisko. Oczywiście nasz rząd nie przedstawia oficjalnych statystyk i opieramy się na tych, którymi dysponują państwowe instytucje w Wielkiej Brytanii. Nie wiemy też, ile kobiet wybiera kliniki we Włoszech lub w innych krajach, np. w Holandii. Słyszałam, że Maltanki podróżują również do Czech.

Natomiast z danych, które przekazują nam takie organizacje, jak Abortion Support Network i Women on Web, wiemy, że znacznie wzrosła liczba kobiet, które zamawiają tabletki poronne z zagranicy. Jeśli przyjmiemy, że później rzeczywiście je zażywają, łączna liczba aborcji może oscylować wokół 600 rocznie, choć z powodu pandemii trudno to teraz jednoznacznie określić.

A czy po powrocie na Maltę i przy ewentualnych komplikacjach zdrowotnych, kobiety mogą być narażone na jakiekolwiek problemy w maltańskich szpitalach?

Nie. Jeśli zrobiły to w kraju, w którym aborcja jest legalna, a jurysdykcja Malty tam nie sięga, nie mogą ich spotkać później żadne konsekwencje prawne. Nie ma tu mowy o eksterytorialności prawa.

Inaczej natomiast jest z tabletkami. Jeśli kobiecie zostanie udowodnione, że je wzięła, a skutkiem tego było poronienie, wtedy - zgodnie z maltańskim kodeksem karnym - dochodzi do przestępstwa.

W Polsce organizacje pro-choice podnoszą, że kobiety będą teraz zmuszane do rodzenia, choć wsparcie dla nich zarówno w trakcie trudnych ciąż, jak i późniejszej opieki nad dziećmi z niepełnosprawnością, pozostaje daleko niewystarczające. Jak to natomiast wygląda na Malcie, kraju bogatym i rozwiniętym?

Rzeczywiście sporo zainwestowano w obszar opieki społecznej, a osoby potrzebujące czy niepełnosprawne otrzymują odpowiednie wsparcie przez całe. Zarówno ze strony państwa, pracowników opieki społecznej, jak i różnych organizacji. Wiem jednak, że często to i tak nie wystarcza i jest im bardzo trudno.

Mając to na uwadze, nie można jednocześnie zapominać, że to wszystko zawsze powinno sprowadzać się do wyboru, którego dokonuje sama kobieta. Powinna ona mieć prawo do przerwania ciąży, gdy wystąpią znaczne lub letalne wady płodu. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z systemowym zmuszaniem do rodzenia.

Kiedy powstała Woman's Rights Foundation?

Organizacja została zarejestrowana w listopadzie 2013 r. Jestem jej założycielką i "mózgiem" całego projektu. Z zawodu jestem prawniczką i w przeszłości często byłam świadkiem tego, że kobiety nie były w odpowiedni sposób reprezentowane w sądach; nie otrzymywały w nich adekwatnej pomocy. Mówiąc wprost, były dyskryminowane ze względu na płeć. Często też z powodu tego, że zwyczajnie nie miały pieniędzy, by walczyć o swoje prawa.

Tak więc podstawowym impulsem było to, by zapewnić im wsparcie prawne. Nie tylko w kontekście aborcji, ale również w innych sferach, w których kobiety doświadczają nierównego traktowania. Jednocześnie chciałam głośno i publicznie mówić o tych problemach i lobbować o zmianę, co jest łatwiejsze, gdy działasz w ramach prawnie określonej organizacji pozarządowej, a nie w pojedynkę.

Od jakich działań rozpoczęłyście?

Po raz pierwszy zrobiło się o nas głośno w 2016 r., gdy wystosowałyśmy do rządu oficjalne, sądowe żądanie ws. tabletek "dzień po", podpisane przez ponad 100 kobiet. Antykoncepcja awaryjna była wówczas na Malcie całkowicie zakazana. Po sześciu miesiącach udało się doprowadzić do tego, że władze ją zalegalizowały, a teraz jesteśmy jednym z kilku krajów w Europie, w których takie środki są dostępne bez recepty. Sporo się wtedy nauczyłyśmy.

Później coraz więcej kobiet zaczęło zwracać się do nas z problemami dotyczącymi aborcji. Powiedziałyśmy sobie: "Ok, trzeba coś z tym zrobić". W 2018 r., w dzień kobiet, ogłosiłyśmy publicznie, że jesteśmy pro-choice i do dziś pozostajemy jedyną taką kobiecą organizacją na Malcie. Wtedy wezwałyśmy też do dekryminalizacji aborcji i wprowadzenia świadczeń medycznych dla kobiet, które chcą bezpiecznie przerwać ciążę.

Nie było dla mnie łatwe ogłosić wszem i wobec, że jestem pro-choice - na Malcie taka deklaracja wiąże się z silną stygmatyzacją. Ale uznałam, że muszę to zrobić.

Zobacz wideo Opublikowano wyrok TK w sprawie aborcji. Polki i Polacy w wielu miastach wyszli na ulicę

Z czym najczęściej zgłaszają się do was mieszkanki Malty?

Zajmujemy się wszelkimi przejawami dyskryminacji, prawami reprodukcyjnymi kobiet, ale również przemocą domową, tą na tle seksualnym, problemem handlu ludźmi czy nierównościami płacowymi. Nasze działania polegają przede wszystkim na udzielaniu pomocy prawnej kobietom. Od sierpnia 2020 r. wraz z organizacjami Doctors for Choice i Women for Women zaczęłyśmy udzielać informacji na temat aborcji, a osobom które się do nas zgłoszą wskazujemy, co mogą zrobić dalej. Tutejsze prawo nie mówi o tym, że samo informowanie nielegalne.

W przeważającej części zgłaszają się do nas kobiety, również z dziećmi, ale w wypadkach przemocy domowej czy seksualnej kontaktują się z nami również mężczyźni - w szczególności osoby homoseksualne i transseksualne. Absolutnie nie zamykamy drzwi przed kimkolwiek.

Czy w kraju z tak restrykcyjnym prawem aborcyjnym, organizacja pro-choice może liczyć na jakiekolwiek wsparcie ze strony polityków? Nawet deklaratywne?

Nie otrzymujemy żadnego wsparcia od państwa i wszystko robimy pro bono lub ewentualnie z pomocą unijną. W związku z tym, że pomagamy kobietom, które doświadczają przemocy domowej, często miałyśmy styczność z pracownikami państwowej opieki społecznej. Jednak w 2019 r., a więc rok po tym, jak ogłosiłyśmy, że jesteśmy organizacją pro-choice, dyrektor instytucji odpowiedzialnej za opiekę społeczną na Malcie ogłosił, że żaden z jego podwładnych nie może z nami współpracować. To niestety odbiło się nie tylko na nas, ale przede wszystkim na tych kobietach. Jesteśmy też pomijane w naborach do państwowych programów.

Od samego początku nie zamierzałyśmy jednak polegać na rządowych dotacjach, ponieważ ważna jest dla nas niezależność. Uważam, że takie podejście nam się opłaciło, choć oczywiście nie jest łatwo. Wspieramy kobiety na tak wielu polach, że tak naprawdę to państwo ma więcej trudności z powodu tego, że nie chce z nami współdziałać. Za udzielanie darmowej pomocy prawnej rząd wziął się dopiero niedawno i to nie na taką skalę, jak robimy to my. Tak więc dostęp do tej oferowanej przez przez państwo usługi wciąż jest dość ograniczony. Natomiast w przypadku Women's Rights Foundation wystarczy zadzwonić na darmową infolinię, by uzyskać wsparcie - np. sądzie czy podczas przesłuchania na policji. Tak, by mieć pewność, że zgłoszeniem później rzeczywiście ktoś się zajmie.

A jak radzą sobie inne organizacje, które działają na podobnym polu? Wiem, że lekarze ginekolodzy zrzeszyli się w ramach Doctors for Choice.

Do tej organizacji należy około 50 lekarzy. O dostępie do aborcji mówi pod nazwiskiem dziesięciu, może piętnastu z nich. Trzeba zdawać sobie sprawę, że nie jest to łatwe, gdy żyjesz w niewielkim kraju, gdzie każdy zna każdego i za deklarację o tym, że jesteś pro-choice, może cię spotkać groźba utraty pracy. Wiemy o osobach, które naprawdę chciały się "ujawnić", ale ostatecznie nie robiły tego, bo ich szef jest zadeklarowanym przeciwnikiem aborcji lub zagorzałym katolikiem.

Choć mając świadomość, że takie historie się zdarzają, a sytuacja wciąż nie jest taka, jak powinna, musimy zachowywać optymizm i robimy to. Dlatego, że - jak już wspomniałam - naprawdę widać, że na Malcie zachodzą przekształcenia w społecznej świadomości. Co więcej, można zaobserwować też, że retoryka osób anti-choice staje się coraz bardziej skrajna. Coraz częściej głoszą oni tezy o tym, że rodzinę mogą tworzyć jedynie kobieta i mężczyzna, a homoseksualizm to oczywiście coś złego. To, jak wiemy, nie różni się bardzo od tego, co można usłyszeć również w Polsce, Bułgarii czy Chorwacji. Jednak po zalegalizowaniu na Malcie małżeństw jednopłciowych (i pewnie też z powodu tego), tacy ludzie zaczynają być postrzegani przez resztę społeczeństwa jako fundamentaliści. A przy okazji organizacje zaczynają zyskiwać coraz większą akceptację i nasze postulaty nie wydają się już tak rewolucyjne.

W Politico przeczytałem, że "w podzięce" za działalność WRF znalazła pani przed domem naboje. Ktoś też pociął opony w pani samochodzie.

Ekstremizm istnieje wszędzie. Niektórzy ludzie lubią zadać sobie wiele trudu, by cię zastraszyć i uciszyć, tylko dlatego, że nie zgadzają się z twoim zdaniem. Jestem osobą, która nie wstydzi się otwarcie mówić o swoich przekonaniach. A to wywołuje oczywiście skrajne reakcje. Dostałam już wiele hejterskich wiadomości, gróźb, byłam śledzona na ulicy. Rzeczywiście otrzymałam też naboje i opony w moim samochodzie zostały zniszczone. Oba zdarzenia zgłosiłam na policję.

Przed wybuchem pandemii WRF regularnie organizowała manifestacje w obronie praw kobiet. Jak wiele osób się na nich pojawiało, biorąc pod uwagę, że Malcie mieszka nieco ponad pół miliona ludzi?

Jako organizatorka tych protestów życzyłabym sobie, by były tak liczne jak Polsce - niezwykle podziwiam za to polskie kobiety, polskie społeczeństwo. Podobny scenariusz nie wydarzy się jednak na Malcie. Największa manifestacja, jaką koordynowałyśmy, miała miejsce w 2018 r. i dotyczył kobietobójstwa. W tamtym roku wskaźniki dotyczące morderstw dokonanych na kobietach były niezwykle wysokie. Uczestniczyło w nim naprawdę dużo ludzi - mówiąc "dużo" mam na myśli 500, maksymalnie. I to była dobra frekwencja.

W mojej opinii Maltańczycy po prostu nie są społeczeństwem, które protestuje. Jesteśmy dość pasywni, choć optymizmem napawa to, że również i w tym aspekcie zachodzą powolne zmiany. W efekcie coraz więcej ludzi nie boi się już wyjść na ulice, by domagać się od rządu konkretnych działań lub też na znak sprzeciwu. Wciąż nie są to jednak masowe zrywy, które obserwujemy w innych krajach, np. w Polsce.

Choć działania polityków nie dają zbyt wiele nadziei, to czy pani zdaniem istnieje cień szansy, że Polska i Malta pójdą kiedyś ścieżką wytyczoną przez Irlandię, do której dołączyła właśnie Argentyna?

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego pokazał regres, jaki nastąpił u was w sferach obyczajowości i szeroko pojętej polityki. Regres, ale jednak z jakiegoś określonego punktu. Tymczasem my - w kontekście aborcji - dopiero zaczynamy wyciągać na światło dzienne i mówić o zjawiskach, które przez długie lata były całkowitym tabu.

To, co stało się w Polsce w związku w wyrokiem TK, naprawdę złamało mi serce. To nie powinno się wydarzyć. Na litość boską, mamy 2021 r. i takie działania są całkowicie nie do przyjęcia. Widać jednak, że ludzie podnoszą głowy, protestują, są silni i walczą. Zdjęcia z Polski, na których widziałam tysiące protestujących, utwierdzają mnie w pewności, że zmiany w końcu nastąpią. Gdyby ludzie nie wierzyli, że los może się odmienić, Irlandia i Argentyna nigdy by się nie wydarzyły. Musicie po prostu poczekać, aż w zmieni się polityczny klimat lub po prostu w Polsce zaczną rządzić inni ludzie.

Czy zgadza się pani z opinią, że o dostępie do legalnej aborcji nie powinno rozstrzygać referendum, o które postuluje zresztą niemała część polskich polityków? Nawet jeśli, tak jak w Irlandii, czasami rzeczywiście doprowadza ono do reformy prawa.

Nie zastanawiamy się nad tym, żeby pod referendum poddać Kartę praw podstawowych UE czy Europejską konwencję praw człowieka. Zawierają one zupełnie podstawowe wartości, których nie powinno się przegłosowywać lub oddawać pod osąd rządu. To byłoby niezwykle niebezpieczne, bo o prawach człowieka i jego prywatności decydowałaby wówczas mniej lub bardziej określona w danym kraju większość. Kwestii praw osób LGBT+ i małżeństw jednopłciowych nie przegłosowaliśmy na Malcie w ramach referendum, bo po prostu doszliśmy do tego, że to musi się zmienić.

Po doświadczeniu II wojny światowej, holokaustu, Auschwitz, podstawowe, niezbywalne prawa człowieka należy w końcu uznać za fundamenty, na których powinniśmy budować otaczającą nas rzeczywistość, niezależnie od klimatu politycznego, który akurat zapanował. Pamiętajmy, że inny zasadniczy dokument, a więc Powszechna deklaracja praw człowieka, powstał w odpowiedzi na okropieństwa II wony światowej. Ona również powinna być dla nas absolutną podstawą.

Musimy zrozumieć, że właśnie takim podstawowym, fundamentalnym prawem jest prawo wyboru tego, czy chcę być w ciąży, mieć dzieci lub ich nie mieć, czy chcę zakładać rodzinę. Nikogo nie powinno zmuszać się do tego, argumentując, że tak chciała większość. A niestety często tak się dzieje i jest to przejaw dyskryminacji. Zbyt dobrze znamy sytuacje, w których komuś nie pozwala się kontrolować jego własnego życia, wyłącznie dlatego, że jest kobietą lub osobą z macicą. Tylko ze względu na płeć czy posiadany organ.

Więcej o: