Ostrzegali i błagali, ale ich zignorowano. Już zawsze żyli z siedmioma astronautami na sumieniu

Bob Ebeling nigdy nie zdołał się otrząsnąć z poczucia winy. Do ostatnich lat życia obwiniał się za śmierć siedmiu astronautów stanowiących załogę promu kosmicznego Challenger. Wiedział, że wybuchnie po starcie. Razem z kolegami próbował ostrzec swoich szefów i NASA, ale bezskutecznie.

- Wydaje mi się, że to jeden z błędów, jakie popełnił Bóg. Nie powinien był mnie wybrać do tej pracy. Kiedy już go spotkam, to go zapytam: Dlaczego ja? Wybrałeś nieudacznika - mówił wiele lat później, kiedy zdecydował się publicznie ujawnić.

Ebelingowi trudno było uciec od poczucia winy. Od wracania myślami do tego, co wydarzyło się w styczniu 1986 roku. Nie przy tej katastrofie, która tak bardzo odcisnęła piętno na Amerykanach. Która była transmitowana na żywo, a potem pokazywana jeszcze niezliczoną liczbę razy. Po nagraniach twarzy rodzin astronautów, które patrzyły na żywo na śmierć swoich najbliższych. Po wyrazie szoku i przerażenia na twarzach obsady centrum kontroli lotów NASA. Świadomość tego, że wiedział, że tak się stanie, ale nie udało mu się temu zapobiec, wpędziła go na lata w głęboką depresję.

Zobacz wideo

Pierwsze ostrzeżenie

Ebeling był inżynierem pracującym w firmie Morton Thikol, która produkowała dla NASA jedną z kluczowych części promów kosmicznych. Konkretnie używane parami potężne rakiety na paliwo stałe, montowane po bokach całego zestawu składającego się z właściwego promu i wielkiego pomarańczowego odrzucanego zbiornika na paliwo. To tak zwane "boostery", które dawały większość mocy podczas startu. Pracowały trochę ponad dwie minuty, po czym były odrzucane i lądowały pod spadochronami na oceanie, skąd były zbierane, wysyłane do napełnienia paliwem i używane ponownie.

Na pozór to dość proste urządzenia. Wielkie rury wypełnione łatwopalnym stałym paliwem, przypominającym asfalt. Po uruchomieniu nie da się ich wyłączyć, czy regulować ich mocy. W ich wnętrzu trwa bardzo gwałtowny proces spalania, który objawia się w postaci strumienia gorących gazów wylatujących przez otwór na dole. Okiełznanie tego żywiołu, ogromnych sił i temperatur, wymagało jednak wiele pracy i zmyślnych rozwiązań. Tym bardziej, że całość musiała być wielokrotnego użytku.

Jednym z kluczowych elementów były uszczelki na złączeniach kolejnych segmentów tworzących całość "boostera". Miały za zadanie uniemożliwiać gorącym gazom wydostawanie się na zewnątrz w niepożądanych miejscach. Jak to z rzeczami wykonanymi głównie z gumy, w niskich temperaturach tracą one część swoich właściwości. Grupa inżynierów Thikola była zaniepokojona efektywnością uszczelek przy zimnej pogodzie już od 1985 roku. Między innymi Ebeling. W jednym z przysłanych do ponownego napełnienia boosterów wykryto niepokojące uszkodzenia. Wówczas powstała wewnętrzna notatka na ten temat, starająca się zwrócić większą uwagę na problem. Informacja dotarła nawet do NASA, ale nie przełożyło się to na jakieś konkretne działania, bo zdecydowana większość startów promów odbywała się przy ciepłej pogodzie. Jak to na Florydzie.

Kluczowe spotkanie godziny przed startem

Zaplanowany na 28 stycznia 1986 roku start promu Challenger miał się jednak odbyć przy rekordowo niskich temperaturach. Podczas poprzedzającej nocy miały spaść poniżej zera. Było wiadomo, że stojący już na wyrzutni wahadłowiec będzie mocno wychłodzony. W głównej siedzibie Thikola zabrzmiał alarm. Przypomniano sobie o notce na temat uszczelek i niskich temperatur. Po otrzymaniu ostatecznych prognoz pogody Ebeling wraz z Rogerem Boisjoly'em i Allanem McDonaldem, zorganizowali spotkanie z kierownictwem firmy. Inżynierowie szybko zdołali przekonać szefów, że sytuacja jest bardzo poważna. Zapadła decyzja, że trzeba oficjalnie wnieść o przełożenie startu. W NASA też pamiętano o notce z 1985 roku, ale podchodzono do niej sceptycznie. Wnioski inżynierów Thikola nie były poparte testami. Nie potrafili też powiedzieć, jaka jest graniczna temperatura, po której przekroczeniu uszczelki zawiodą.

Wieczorem 27 stycznia, na niecałą dobę przed startem, doszło do brzemiennej w skutki telekonferencji pomiędzy Thikolem a kierownictwem NASA odpowiadającym za przygotowania. Atmosfera od początku była nerwowa. Kiedy kierownictwo Thikola oznajmiło, że oficjalnie wnosi o przesunięcie startu, doszło do wybuchu. Nadzorujący temat boosterów ze strony NASA George Hardy miał wręcz wykrzyknąć, że jest "oburzony". Lawrence Mulloy, drugi inżynier NASA biorący udział w rozmowie, powiedział: "Matko Boska, Thikol, na kiedy byście chcieli to przełożyć, przyszły kwiecień?!".

Inżynierowie wspominali, że atmosfera zrobiła się gęsta. Przedstawiciele NASA mieli być głusi na ich argumenty, a ich właśni szefowie wyraźnie zaczęli tracić pewność siebie. Utrzymanie szybkiego tempa startów wahadłowców był sprawą ogromnie ważną. Chodziło o pokazanie, że naprawdę są bezpiecznym i ekonomicznym środkiem do podróżowania na orbitę. Poczyniono już niemal wszystkie skomplikowane i kosztowne przygotowania do startu. Zostało do niego pół doby. Sam prezydent Ronald Reagan w swoim orędziu do narodu zaplanowanym na ten sam dzień co start, miał się chwalić nim jako kolejnym sukcesem USA.

W końcu inżynierowie Thikola zostali wyproszeni przez menadżerów z sali konferencyjnej. Odbyła się druga rozmowa z NASA. Szefostwo Thikola zmieniło zdanie. Jak samo później przyznało, "zdjęło kaski inżynierów i założyło kapelusze menagerów". Przystali na start.

Katastrofa zgodnie z przewidywaniami

28 stycznia rano Ebeling jechał do pracy z córką. Wspominała później, że ojciec był kompletnie roztrzęsiony. - Ciągle mówił, że Challenger wybuchnie. Że wszyscy zginą. Walił pięścią w deskę rozdzielczą. Był jak oszalały - opisywała. Po dotarciu do siedziby Thikola, Serena Ebeling oglądała start razem z ojcem i jego kolegami w zatłoczonym pokoju konferencyjnym. On sam po cichu się modlił. Kiedy doszło do zapłonu silników i po kilku sekundach prom zaczął się wznosić, miał szczerą nadzieję, że może jednak się pomylił. Uczucie ulgi nie trwało jednak długo. W 73 sekundzie po oderwaniu się od ziemi Challanger eksplodował. - Czułam, jak tata się trzęsie. Potem zaczął głośno szlochać. Roger (Boisjoly - red.) po prostu płakał - wspominała Serena.

Stało się dokładnie to, co przewidzieli inżynierowie. Jednak z uszczelek zawiodła i zaczęła wypuszczać z wnętrza boostera gorące gazy już w momencie jego uruchomienia, jednak na około minutę powstały otwór samoczynnie się zatkał. Na większej wysokości, przy silnym podmuchu wiatru i zmianie kierunku lotu, połączenie gwałtownie się rozszczelniło. Wystrzeliły z niego płomienie, które przepaliły podpory łączące booster z centralnym zbiornikiem paliwa oraz ścianę samego zbiornika. W 73. sekundzie lotu cała konstrukcja zaczęła się poddawać. Lecący w tym momencie niemal cztery tysiące km/h wahadłowiec został w mgnieniu oka rozerwany na strzępy przez potężne siły aerodynamiczne i wybuch paliwa. Astronauci to przeżyli i część mogła być jeszcze jakiś czas przytomna, ponieważ kokpit promu pozostał w jednym kawałku. Zginęli 2 minuty 45 sekund po eksplozji, kiedy uderzyli w powierzchnię oceanu.

Spektakularna tragedia wywołała wielkie poruszenie w USA. Reagan zamiast orędzia do narodu, wygłosił jedno ze swoich najsłynniejszych przemówień. Powołano szereg specjalnych komisji. Wszczęto dochodzenia i szybko ustalono przyczyny katastrofy. Wnioski z tragedii doprowadziły do poważnych zmian w NASA i jeszcze poważniejszych w programie wahadłowców. Wizja stosunkowo taniego i łatwego dostępu na orbitę, już wcześniej mocno naciągana, definitywnie trafiła do kosza. Wprowadzone zmiany mające na celu poprawienie bezpieczeństwa uczyniły wahadłowce bardzo drogim sposobem wynoszenia ładunków w kosmos. Wojsko wycofało się z programu. Wahadłowce NASA, tak jak je pierwotnie pomyślano, umarły wraz z załogą Challengera.

Naznaczeni na całe życie

Dziennikarze państwowego nadawcy NPR dotarli do Ebelinga i Boisjoly'a, po tym jak dowiedzieli się nieoficjalnie o ich próbach powstrzymania startu. Obaj z obawy o swoją pracę i przyszłość początkowo nie chcieli wystąpić publicznie. McDonald w ogóle nie chciał rozmawiać, ale zrobiła to jego żona. Wszyscy potwierdzili tragiczną historię o próbie powstrzymania startu. Za wyjątkiem jednego, wszystkie cytaty w tym tekście pochodzą z materiałów NPR. Nikt nigdy nie zakwestionował przedstawionych w nich wydarzeń.

McDonald w końcu zdecydował się ujawnić i zeznawał przed prezydencką komisją badającą katastrofę. Został zwolniony z Thikola, ale Kongres nakazał przywrócić go do pracy. Do dzisiaj z dumą podkreśla, że to jedyny taki przypadek w historii USA. Pracował w Thikolu do 2001 roku, nadzorując między innymi modyfikacje boosterów. - Uznałem, że lepiej niż siedzieć i myśleć o tym, co można było zrobić inaczej, będzie upewnić się, że coś takiego się nie powtórzy. I to sprawiło, że poczułem się znacznie lepiej - mówił w 2012 roku podczas wykładu dla NASA. Od 2001 roku pracuje na własną rękę jako konsultant. Napisał książkę o katastrofie.

Boisjoly zmarł w 2012 roku. On również wystąpił publicznie już w 1986 roku przed prezydencką komisją śledczą. Twierdził, że przypłacił to ostracyzmem w pracy i wrogością wielu znajomych. Odszedł z Thikola i dopiero po kilku latach udało mu się uporać z traumą. Pracował później jako niezależny ekspert i śledczy.

Ebeling zgodził się ujawnić swoją tożsamość dopiero w 30. rocznicę katastrofy. Odszedł z pracy niedługo po niej. Wiele lat zmagał się z ciężką depresją. W styczniu 2016 roku nadal mówił o ogromnym poczuciu winy. W reakcji na ujawnienie jego tożsamości i historii miał jednak otrzymać niezliczoną liczbę listów i emaili pełnych wsparcia. Jego rodzina twierdzi, że to wreszcie pozwoliło mu uporać się z przeszłością. Zmarł trzy miesiące później.

Więcej o: