Rozpadający się B-52 zrzucił bomby jądrowe na USA. Myślano, że do eksplozji został jeden krok [TAKA CIEKAWOSTKA]

B-52 zaczął się rozpadać wysoko w powietrzu. Załoga próbowała wrócić na lotnisko, ale szybko zdała sobie sprawę, że nie ma szans. Z wnętrza bombowca wypadły dwie bomby termojądrowe i podążyły ku pogrążonej w śnie małej wiosce Goldsboro, położonej kilkaset metrów niżej. Opadając, zaczęły automatyczny proces przygotowywania się do wybuchu.

Wydarzenia, które rozegrały się 60 lat temu, niedługo po północy 24 stycznia 1961 roku, są powszechnie uznawane za najgorszy wypadek z bronią jądrową na terenie USA. Wydobyty z ziemi kluczowy zapalnik jednej z bomb był w pozycji "uzbrojona", co bardzo podniosło ciśnienie technikom pracującym na miejscu. Dało to początek popularnej teorii, że było tylko o jeden mały krok od gigantycznej katastrofy.

Jednak według najnowszych badań, opartych o odtajnione po zimnej wojnie dokumenty, do wybuchu termojądrowego nie mogło dojść. Pomimo tego wypadek pod Goldsboro wywołał poważne wątpliwości, czy aby na pewno patrole bombowców z gotową do użycia bronią jądrową, to taki dobry pomysł. Potrzeba było jednak jeszcze dwóch katastrof, aby z nich zrezygnować.

Bombowiec rozpadł się w powietrzu

Feralny lot rozpoczął się około północy z 23 na 24 stycznia 1961 roku w bazie Seymour Johnson w Karolinie Północnej. Nowoczesny bombowiec strategiczny B-52, dowodzony przez majora Walter Scott Tulloch, miał wykonać standardowy wówczas długi lot w kierunku Bieguna Północnego. Część amerykańskich bombowców krążyła wówczas nieustannie na trasach prowadzących ku ZSRR, w pełnej gotowości do rozpoczęcia wojny jądrowej. Miało to umożliwić szybką reakcję na ewentualną radziecką agresję i uniemożliwić zniszczenie całej floty bombowców w bazach na ziemi. Oznaczało to jednak kilkanaście maszyn krążących w powietrzu z gotową do użycia bronią jądrową. Nie było szans, żeby kiedyś jakaś się nie zepsuła.

Problemy maszyny majora Tullocha zaczęły się około godziny po starcie. W tym czasie bombowiec wspiął się na wysokość przelotową i wyleciał nad Atlantyk. Przed dalszym lotem miał dopełnić zbiorniki z latającej cysterny. To jej załoga jako pierwsza spostrzegła, że ze skrzydła B-52 majora Tullocha wycieka paliwo. Ten konkretny B-52 należał do nowej wersji oznaczonej literą G, w której zastosowano nowy rodzaj zbiorników. Nie montowano w skrzydłach dużych gumowych worków na paliwo, ale po prostu wypełniało ono przestrzeń pomiędzy elementami konstrukcyjnymi. To tak zwane "mokre skrzydło". Można w ten sposób zabrać więcej paliwa i zredukować masę maszyny. Nie zdawano sobie jednak sprawy, jak bardzo zwiększy to obciążenia działające na długie i wąskie skrzydła B-52.

Samolot majora Tullocha doświadczył tego w sposób katastrofalny. Wyciek paliwa szybko się powiększał. Skrzydło wyraźnie poddawało się w locie i coraz bardziej pękało. Załoga próbowała wrócić do bazy i nawet dotarła na odległość 20 kilometrów, ale wówczas samolot zaczął wymykać się pilotom spod kontroli. Kazali więc załodze skakać, a sami walczyli z nią do końca. Sześciu pozostałych członków załogi zdołało się ewakuować, ale jeden nie przeżył lądowania. Kiedy ostatni raz widzieli szybko znikający w ciemnościach samolot, nadal był w całości.

Przykładowa trasa lotu w ramach misji Chrome Dome dla bombowców startujących z bazy w Teksasie. Loty mogły trwać około dobyPrzykładowa trasa lotu w ramach misji Chrome Dome dla bombowców startujących z bazy w Teksasie. Loty mogły trwać około doby Fot. USAF

Bomby w powietrzu

Niedługo później już niekontrolowana maszyna zaczęła się rozpadać. Działające na kadłub siły spowodowały, że na wysokości kilkuset metrów wypadły z niego dwie bomby termojądrowe Mk 39. Każda ważyła około trzech ton i była stalowym walcem długim na 3,5 metra o średnicy metra. W normalnych warunkach, po zrzuceniu z samolotu, powinny otworzyć spadochrony i na określonej wysokości eksplodować z mocą niemal czterech megaton każda. Oznacza to, że jeden bombowiec miał siłę niszczycielską około pół tysiąca razy większą niż pierwsza bomba jądrowa zrzucona na Japonię.

Teraz taki ładunek spadał jednak na amerykańskie Goldsboro. Co najgorsze, bardzo nietypowy sposób w jaki bomby wypadły z samolotu, zainicjował proces ich uzbrajania. Specjalne zawleczki, które normalnie musiała wyciągnąć z nich załoga, zostały wyrwane. Doszło do uruchomienia wewnętrznych systemów bomb, zaczęły ładować się baterie i prąd popłynął do kolejnych systemów odpowiedzialnych za zainicjowanie eksplozji termojądrowej.

Na szczęście mieszkańców miast i miasteczek w promieniu kilkunastu kilometrów, do detonacji jednak nie doszło. W jednej z bomb nie otworzył się spadochron, uszkodzony przez szczątki samolotu. Uderzyła więc z wielką siłą w ziemię. Jej najcięższe elementy wbiły się na kilka metrów w miękki grunt. W drugiej spadochron otworzył się normalnie i łagodnie uderzyła w ziemię, w której utkwiła pionowo, wsparta o drzewko. Taki widok zastali żołnierze, którzy dotarli na miejsce katastrofy.

Przygotowania do nigdy nie przeprowadzonego testu Icecap, 1992 rokTesty broni jądrowej mogą wrócić. Amerykanie mają być gotowi

"Pechowa Dziesiątka" wykopująca bombę jądrową

Za sprawdzenie obu bomb i ich rozbrojenie, miał odpowiadać 25-letni porucznik Jack RaVelle. - W nocy nagle zadzwonił do mnie dowódca całego dywizjonu. Zamiast posłużyć się przewidzianymi na taki wypadek kodami, powiedział mi wprost: "Jack, tym razem mam dla ciebie coś prawdziwego". Kiedy dotarliśmy na miejsce, nie mieliśmy pojęcia, w jakim stanie są bomby. Działaliśmy po omacku - wspominał w wypowiedzi dla StoryCorps.

W bombie opartej o drzewko szybko otworzono panele dostępowe i stwierdzono, że główny przełącznik jest w pozycji "zabezpieczona". Rozbrojono ją więc do końca i wywieziono. Więcej problemu było z drugą bombą, a raczej jej szczątkami. - Było nas dziesięciu. Nazywali nas "Pechową Dziesiątką". Musieliśmy się dokopać do bomby. W tym wypadku nie było zwyczajowego dowcipkowania i żartów podczas roboty. Tym bardziej że utknęliśmy tam na kilka dni, bo zagrzebała się naprawdę głęboko - opisywał były technik.

- Kiedy już dokopaliśmy się do korpusu, w pewnym momencie zawołał mnie sierżant, mówiąc, że znalazł główny przełącznik. Odkrzyknąłem, że to świetnie, na co on odpowiedział: Wcale nie świetnie. Jest w pozycji "uzbrojona" - mówił RaVelle. W tym momencie wszyscy mieli być skupieni na pracy, więc nie było paniki. Jeszcze tego samego dnia wydobyli główną część ładunku termojądrowego na powierzchnię i rozbroili. - Dopiero następnego dnia rano do mnie dotarło, gdzie byłem i co robiłem. Próbowałem napisać list do rodziców, ale ręce mi latały - wspominał były wojskowy.

Większość rdzenia drugiej bomby została na miejscu i jej nie wydobyto. Zawierał głównie uran i lit. Wykop ciągle zalewała woda i uznano, że nie ma sensu z nią walczyć. Wojsko kupiło teren w promieniu 120 metrów, dziurę zasypano i tak zostawiono. Dzisiaj to miejsce wyraźnie odcina się w okolicy. Kępa drzew i zarośli pośrodku pól.

Bunkier dowodzenia. Z ręką na włączniku procedury detonacji stoi John C. ClarkeNajgorsza praca świata? Rozbrajali bomby jądrowe

Nie było tak źle, ale...

Obie bomby poddano szczegółowym analizom w ramach śledztwa po wypadku. Zwłaszcza tą, która wbiła się w ziemię. Uznano, że owszem wspomniany przełącznik wyglądał na będący w pozycji "uzbrojona", ale tak naprawdę został zniszczony podczas uderzenia w ziemię i nie było szans, aby popłynął przezeń prąd niezbędny do detonacji. Okazało się, że bomba spadająca z małej wysokości i bez spadochronu, nie miała czasu przeprowadzić całego procesu uzbrojenia się. Znacznie gorsze wnioski wyciągnięto po zbadaniu tej, która spokojnie opadła sobie na ziemię pod spadochronem.

W tej praktycznie cały proces uzbrajania został zakończony. Z czterech zabezpieczeń w bombie, pozostał tylko jeden, ostatni. Przełącznik w pozycji "Zabezpieczona". Taka informacja wyciekła później do mediów i wywołała zrozumiałe poruszenie. W podobnej postaci krążyła też wśród polityków i nawet specjalistów zajmujących się bronią jądrową. Bazując na tej wersji wydarzeń, napisano kilka książek i powstały filmy paradokumentalne.

Jednak jak wynika z najnowszych ustaleń, opartych o odtajnione dokumenty ze śledztwa, sytuacja nie była tak krytyczna. Przede wszystkim załoga samolotu, ze zrozumiałych powodów, nie przeprowadziła swojej procedury uzbrojenia bomb. Polegała ona głównie na naładowaniu ich głównych akumulatorów prądem z samolotu, a następnie zdalnym przestawieniu głównego przełącznika na pozycję "uzbrojona". Zawierała 19 etapów, które musiało wykonać niezależnie od siebie dwóch członków załogi. Oznaczało to tyle, że bomby wypadając z samolotu i spadając, owszem mogły automatycznie przeprowadzić swój wewnętrzny proces uzbrojenia i przygotowania do detonacji, ale nie miały dość zmagazynowanej energii, aby ją ostatecznie zainicjować. No i nie pozwalał na to przełącznik bezpieczeństwa.

Ostatecznie w ramach śledztwa uznano, że zabezpieczenia bomb zadziałały, jak powinny i pomimo niecodziennej katastrofy, nie doszło do detonacji. Część ekspertów nie podchodziła do tej kwestii tak optymistycznie i sugerowali w wewnętrznych dokumentach, że należy je rozbudować i wzmocnić. Nie wiadomo, czy tak się stało. Loty z bronią jądrową na pokładzie trwały do 1968 roku, kiedy po dwóch kolejnych głośnych katastrofach w Hiszpanii i na Grenlandii, które skończyły się znacznym skażeniem, uznano je za zbyt niebezpieczne i zawieszono.

Zobacz wideo