Już raz wygryzła z pracy szefa, a jej nowy ma 78 lat. Kamala Harris stąpa po kruchym lodzie

Kamala Harris przebiła wiele szklanych sufitów. Jest pierwszą kobietą, na dodatek czarnoskórą i z azjatyckimi korzeniami, na tak wysokim stanowisku we władzach USA. Charyzmatyczna i przebojowa, przyciąga uwagę. Jej sylwetka nie jest jednak kryształowa. Co więcej, czeka ją teraz bardzo trudne zadanie.

Harris przyciąga uwagę mediów jak rzadko który przyszły wiceprezydent USA. To też nowość, bo z definicji są to osoby mające stanowić tło i wsparcie dla prezydenta. Stojące za nim, a nie obok niego. 

Z Harris jest inaczej. Nie dość, że przyciąga uwagę z racji bycia na tyle sposobów pierwszą, to jeszcze pomaga jej Joe Biden. Nowy prezydent jest najstarszym w historii. Ma 78 lat, co po nim widać. Jego charyzma już raczej przygasła. Często można usłyszeć pytania, czy na pewno dotrwa do końca swojej kadencji. To tylko wzmaga zainteresowanie Harris, która w razie problemów zdrowotnych Bidena może przejąć jego stanowisko.

Trudny start w nieznane

Najbliższe tygodnie i miesiące będą jednak dla nowej wiceprezydent trudne. W realiach toczącej się w Białym Domu zaciętej walki o wpływy, charyzma i wizerunek Harris może wręcz jej szkodzić. Chodzi zwłaszcza o powszechne spekulacje na temat jej potencjalnych starań o prezydenturę w przyszłości, czy wcześniejsze zajęcie miejsce Bidena. Już raz skutecznie zadała polityczny cios w plecy swojemu szefowi. Bidena otacza natomiast grono zaufanych współpracowników, którzy znają się od nawet dekad. Harris jest dla nich obca i niepewna. Na zewnątrz wszyscy będą się uśmiechać i prezentować wspólny front, ale za drzwiami Białego Domu będzie inaczej. Zwłaszcza, że po zakończeniu kampanii kontakty prezydenta i wiceprezydent osłabną. Na co dzień dzielić ich będzie mur doradców i współpracowników.

-  Sukces na tym stanowisko często zależy od sztabu współpracowników. Tymczasem Harris tworzy sobie zespół, który nie ma silnych związków z głównym doradcami Bidena. Ona sama nie zna większości swoich nowych współpracowników i nie pracowała z nimi wcześniej - ostrzega waszyngtońska korespondentka NBC News, Shannon Pettypiece. W jej ocenie Harris i jej ludzie będą mieli poważny problem wywalczyć sobie posłuch w Białym Domu. Tymczasem bez przychylności prezydenta i jego ludzi, Harris może mieć ogromny problem z wywalczeniem dla siebie jakichś konkretnych zadań, które mogą przynieść jej prestiż, kontakty i rozpoznawalność. Bez tego może skończyć jak przeciętny wiceprezydent, zajmujący się właściwie nie wiadomo czym i zastępujący szefa na mniej istotnych wydarzeniach publicznych.

Problemy z budową swojego zespołu to przejaw jednej ze słabych stron Harris. Wyraziście dały one o sobie znać, kiedy w 2019 roku próbowała sił w prawyborach prezydenckich. Jej kampania zaliczyła udany start, jednak w ciągu kilku miesięcy zawaliła się z hukiem. Do mediów wyciekł list dołączony do rezygnacji jednej z menedżerek, która w gorzkim języku zarzucała kierownictwu kampanii wyjątkowo złe traktowanie pracowników i kompletny bałagan. - Harris pokazała, że jest niestała w swoim przekazie, często zmienia taktykę z miernym skutkiem a jej współpracownicy podzielili się na zwalczające się frakcje - napisał o fiasku jej kampanii dziennik "New York Times", ideowo bliski Partii Demokratycznej. Okazało się, że pracowitość, charyzma i odpowiednie pochodzenie, to nie wszystko. Zabrakło konsekwencji i zdolności menadżerskich.

- Ona zawsze była kimś, kogo trudno zaszufladkować. To czasem działa na jej korzyść, ale czasem wręcz przeciwnie - stwierdził w rozmowie z "Los Angeles Times" Dan Newman, doradca polityczny, który współpracował z Harris w szeregu kampanii wyborczych. Wbrew rysowaniu jej przez amerykańską prawicę na taką, co jest zatwardziałą marksistką chcącą żelazną ręką wprowadzać w USA "socjalizm", to tak naprawdę ma nie być zadeklarowanym postępowcem. - Jest sporo sceptycyzmu co do tego, w co ona tak naprawdę wierzy i co faktycznie będzie robić. Choć chciałabym, aby udowodniła, że się mylę - stwierdziła w rozmowie z "LAT" Rebecca Kirszner Katz, lobbystka pracująca w Waszyngtonie na rzecz organizacji lewicowych.

Kiedy niecały rok po porażce kampanii prezydenckiej Harris, Biden wybrał ją na swoją wiceprezydentkę, nikt nie ukrywał, że na jej korzyść bardzo mocno przemawiało pochodzenie oraz płeć. Kobieta, czarnoskóra i dziecko imigrantów. Idealne połączenie do scementowania poparcia w kluczowych do pokonania Trumpa grupach wyborców, czyli kobiet, imigrantów i czarnoskórych. Znów zajaśniała gwiazda silnej kobiety przebijającej szklane sufity. Amerykańscy komentatorzy polityczni podkreślają jednak, że choć większość mediów oraz opinii publicznej o słabych stronach Harris zapomniały, to w nadchodzących latach będą one ją prześladować. Mogą mocno zaważyć na tym, czy rzeczywiście będzie kimś więcej niż standardowy wiceprezydent.

Kamala Harris studiowała na Uniwersytecie Howarda w Waszyngtonie, tradycyjnie zdominowanym przez czarnoskórych.

 

Pochodzenie multikulti

Nie ulega jednak wątpliwości, że Harris będzie walczyć i nie podda się łatwo. Choć ma słabe strony, to bezapelacyjnie jest też postacią nietuzinkową. Inaczej by nie zaszła tam gdzie jest. I ma predyspozycje do tego, aby pomimo wszystko zostać wyrazistym wiceprezydentem z szansą na prezydenturę. Miała świetnych nauczycieli uporu, determinacji, ciężkiej pracy i otwartego umysłu. Rodziców i dziadków.

Jej mama, Shyamala Gopalan, pochodziła z Indii. Dokładniej z zamieszkującego południe subkontynentu ludu Tamilów. Dzięki wsparciu bardzo postępowych jak na swoje czasy rodziców, w 1958 roku, w wieku 19 lat, przyjechała na studia do USA. Już w 1964 roku obroniła doktorat na prestiżowym uniwersytecie w Berkeley. Zdobyła uznanie zawodowe, zajmując się badaniem głównie nowotworów. Niska, bo mająca niewiele ponad 1,5 metra, drobna i z wyraźnym akcentem, Shyamala musiała być nie tylko błyskotliwa, ale też bardzo pracowita, zdeterminowana i przebojowa, aby w tamtych czasach rozwijać karierę naukową.

 

Tata Kamali też był imigrantem, ale z zupełnie innego kierunku, Jamajki. Donald Harris pochodził z mało zamożnej rodziny, ale dał się poznać jako błyskotliwy oraz pracowity uczeń i student, dzięki czemu zdobył stypendium brytyjskiego rządu kolonialnego. Wyjechał na studia w Berkeley. W 1966 roku obronił doktorat. Specjalizował się w ekonomii i wykładał później na licznych uniwersytetach w USA. Ma tytuł profesorski uniwersytetu Stanforda. Pracował jako doradca ekonomiczny w szeregu państw. W młodości był określany jako "marksistowski profesor", który "zwodzi studentów na manowce". Zasłużył sobie na takie określenia krytyką modelu ekonomicznego USA i lewicowymi poglądami.

Rodzice Kamali poznali się w Berkeley podczas spotkań organizacji czarnoskórych studentów. Shyamala do nich dołączyła, ponieważ ze względu na swój wygląd i pochodzenie też czuła się marginalizowana, a jej charakter nie pozwalał na bycie uległą. Od spotkania do spotkania, para doktorantów pobrała się w 1963 roku. W 1964 roku urodziła się Kamala, trzy lata później jej młodsza siostra Maya. Już w 1971 roku doszło do burzliwego rozwodu.

Niezależnie od rozejścia się rodziców, obie dziewczynki chłonęły dwie odmienne kultury, z których wyrosły. Kamala twierdzi, że wizyty u rodziny ojca na Jamajce były fascynujące i do dzisiaj zna na pamięć tekst większości piosenek Boba Marleya. Co więcej, tata miał dbać o to, aby interesowała się nie tylko muzyką i rozrywkami wyspiarzy, ale też ich tradycją i problemami, zwłaszcza nierównościami ekonomicznymi. Podobnie duży wpływ miały mieć wizyty w Indiach u rodziny mamy. Wspomina zwłaszcza dziadka, który miał wywrzeć na niej wrażenie swoim otwartym i postępowym sposobem myślenia. Do tego tygla w kolejnych latach dołączył fakt mieszkania w Kanadzie, ponieważ jej mama przez 16 lat pracowała na uniwersytecie McGilla w Montrealu i tam przez większość roku mieszkały obie córki.

Kariera na różne sposoby

Przy takim pochodzeniu, nie może dziwić, że Kamala nie tylko jest określana jako inteligentna, pracowita, zdeterminowana i przebojowa. Do tego ma pogląd lewicowe. Świetna mieszanka, jeśli chce się robić karierę w polityce w Kalifornii. Zaczęła ją robić w 1990 roku, od razu po ukończeniu studiów prawniczych i zdaniu egzaminu zawodowego. Wybrała drogę prokuratora i szybko zaczęła się piąć od najniższego szczebla.

W 2000 roku napotkała jednak przeszkodę, która dobrze pokazuje jej charakter. Jako zastępca prokuratora San Francisco wdała się w konflikt, z drugim starszym zastępcą, o podejście do sądzenia nieletnich. Ponieważ nie zdołała przeforsować swojego punktu widzenia, to postanowiła się zwolnić. Wróciła dwa lata później, ale celując już w fotel swojego byłego szefa, prokuratora San Francisco. Choć ten ją wcześniej sam wybrał i zatrudnił, to nie miała problemu z ostrym atakowaniem go podczas kampanii wyborczej. Robiła to tak skutecznie, że wygrała wybory i zajęła jego miejsce.

W kampanii wyborczej wydatnie pomagał jej były burmistrz San Francisco i prominentny polityk Partii Demokratycznej w Kalifornii, Willie Brown. Harris związała się z prawie trzy dekady starszym mężczyzną na początku swojej kariery, jeszcze w latach 90. Brown był znany z nepotyzmu. Lokalne gazety opisywały wielokrotnie, jak załatwiał protegowanym dobrze płatne i wygodne posady w różnych komisjach miasta San Francisco. Zrobił to też dla swojej "dziewczyny". Harris w późniejszych latach twierdziła, że zasiadając w tych komisjach sumiennie wykonywała swoje obowiązki i zapracowała na pensję. Sam Brown nie ukrywał, że pomógł jej w zdobyciu posady prokuratora San Francisco. Zapewniał jednak, że po zwycięstwie od razu go przestrzegła, żeby nawet sobie nie myślał, że w razie czego będzie miał jakąkolwiek taryfę ulgową. - Kamala była jedyną osobą, z tych którym pomogłem rozwinąć karierę, która coś takiego zrobiła - twierdził w 2019 roku.

Prokuratorem San Francisco Harris była do 2011 roku, po czym wygrała wybory na prokuratora stanowego. Jej wpływy w kalifornijskiej Partii Demokratycznej systematycznie rosły i budowała sobie sieć znajomości. Kiedy w 2016 roku postanowiła startować w wyborach do Senatu USA z Kalifornii, była od początku uznawana za faworytkę. I rzeczywiście zdecydowanie wygrała, zdobywając ponad 60 procent głosów. Jej gwiazda jaśniała coraz bardziej i zaczęto ją nawet postrzegać jako nowego Baracka Obamę, ale tym razem w spódnicy.

Podczas swojej kadencji w Senacie nie zasłynęła jednak niczym szczególnym. Koncentrowała się na dobrze znanych sobie tematach imigracji i sądownictwa. Według amerykańskich komentatorów politycznych, dało się poznać efekty trafienia do zupełnie nowego środowiska w Waszyngtonie, gdzie Harris brakuje kontaktów i zaufanych współpracowników. W najbliższym czasie okaże się, czy uda się jej na dobre zakorzenić w Waszyngtonie i przebić do pierwszego szeregu amerykańskich polityków.

Zobacz wideo