"Nie możemy funkcjonować bez ludzi, których przyciągnął do partii". Czy dla Republikanów jest życie po Trumpie?

Łukasz Rogojsz
Klęska Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, podważanie ich demokratyczności i podgrzewanie nastrojów społecznych, które zakończyło się szturmem ultraprawicowych bojówkarzy na Kapitol, to tylko początek kłopotów republikanów. Ostatnie wydarzenia doprowadziły do poważnego pęknięcia w jednej z dwóch największych amerykańskich partii politycznych. Pęknięcia, które może zaważyć na jej przyszłości.

Gdy w listopadzie Trump przegrał wybory prezydenckie z Joe Bidenem różnicą aż siedmiu milionów głosów, a demokraci utrzymali większość w Izbie Reprezentantów, wydawało się, że wszystko co najgorsze dla Partii Republikańskiej już się wydarzyło. Tymczasem prawdziwe problemy miały dopiero nadejść. I nadeszły w kolejnych tygodniach.

Lawina nieszczęść

Zaczęło się od tego, że Trump na masową skalę podważał demokratyczność prezydenckiej elekcji, swój koncert oskarżeń i pretensji rozpoczynając już w wieczór i noc wyborczą. Kontynuował to w kolejnych dniach i tygodniach, mimo że protesty wyborcze składane przez jego przedstawicieli były odrzucane jeden po drugim. W swoich tyradach posuwał się tak daleko, że media zaczęły przerywać i prostować jego wystąpienia publiczne.

To był jednak tylko początek. Pierwsze dni 2021 roku okazały się dla republikanów jeszcze gorsze. "Washington Post" opublikował nagranie, na którym Trump próbuje wymóc na sekretarzu stanu Georgia Bradzie Raffenspergerze "znalezienie" ponad 11 tys. głosów, dzięki którym urzędujący prezydent pokonałby Bidena.

Chcę tylko znaleźć 11 780 głosów, czyli o jeden więcej niż potrzebujemy, bo wygraliśmy w tym stanie. Mieszkańcy Georgii są wściekli, ludzie w kraju też. Nie będzie nic złego w tym, że ponownie przeliczycie głosy

- naciskał na urzędnika Trump. Po chwili dodał:

Wygraliśmy wybory i odbieranie nam tego jest niesprawiedliwe, a dodatkowo będzie z wielu względów bardzo kosztowne. Musisz ogłosić, że zamierzasz to ponownie zbadać
Zobacz wideo Czego należy spodziewać się po Donaldzie Trumpie w ostatnich dniach i godzinach jego prezydentury?

Republikanie otrzymali w Georgii także kolejny potężny cios. To właśnie w tym stanie przegrali wybory uzupełniające do Senatu, co kosztowało ich dwa miejsca i w końcowym rozrachunku również większość w izbie wyższej amerykańskiego Kongresu. Stan posiadania republikanów i Demokratów w Senacie wynosi co prawda 50:50, ale rozstrzygający głos we wszystkich sprawach będzie mieć wiceprezydent Kamala Harris.

Tego samego dnia doszło też do jednego z najczarniejszych momentów w historii amerykańskiej demokracji - ataku sympatyków Trumpa na Kapitol. Wszystko w dniu, w którym obie izby amerykańskiego Kongresu miały zatwierdzić wyborcze zwycięstwo Bidena. Zwycięstwo, którego Trump wciąż mu odmawiał, przemawiając do tysięcy swoich zwolenników zgromadzonych przed Białym Domem.

Chaos na wzgórzu kapitolińskim trwał kilka godzin. W tym czasie sympatycy ustępującego prezydenta plądrowali wnętrze budynku, dopuszczając się licznych aktów przemocy i wandalizmu. W efekcie zamieszek śmierć poniosło pięć osób, a 116 policjantów zostało rannych. Jeszcze w trakcie dramatycznych wydarzeń na Kapitolu, które w amerykańskich mediach często określano wprost próbą puczu, orędzie do narodu wygłosił prezydent-elekt.

Chcę jasno podkreślić: te sceny chaosu na Kapitolu nie odzwierciedlają prawdziwej Ameryki. Nie reprezentują tego, kim jesteśmy. Naszym zadaniem na dziś i na następne cztery lata musi być przywrócenie demokracji - przyzwoitości, honoru, szacunku, rządów prawa. Zwykłej prostej przyzwoitości

- zaapelował do rodaków Biden.

Wydarzenia w Waszyngtonie potępili niemal wszyscy światowi przywódcy. Dodając je do wszystkiego, co zadziało się w ostatnich kilku tygodniach wywołały one - a być może po prostu pogłębiły i unaoczniły opinii publicznej - pęknięcie w szeregach Partii Republikańskiej. Konserwatyści zobaczyli, że na własnej piersi wyhodowali polityka, który jest najzwyczajniej w świecie skrajnie niebezpieczny dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskiego społeczeństwa. Jednak nawet mimo tych wszystkich wydarzeń Trump wciąż cieszy się sporym poparciem w szeregach Partii Republikańskiej. To zaś oznacza, że nie będzie im łatwo pozbyć się pokonanego prezydenta.

#Trump2024

Zwłaszcza, że ten wcale nie zamierza odchodzić czy choćby usuwać się w cień. Według "The New York Times" i "Politico", Trump już po wyborach zapowiedział chęć ponownego ubiegania się o urząd prezydenta w 2024 roku.

To były wyjątkowe cztery lata. Spróbujemy dodać do nich następne tyle. Jeśli się nie uda, widzimy się za kolejne cztery lata

- taką obietnicę, według "NYT", Trump złożył podczas imprezy świątecznej, na której zebrali się przede wszystkim członkowie Republikańskiego Komitetu Narodowego (odpowiada za rozwój i promocję republikańskiej platformy politycznej, a także za pozyskiwanie funduszy i koordynację strategii wyborczej – przyp. red.). Największy amerykański dziennik wszedł w posiadanie nagrania wideo z rzeczonej imprezy, na którym widać i słychać Trumpa wypowiadającego powyższe słowa.

Cztery lata dzielące nas od kolejnych wyborów w Stanach Zjednoczonych to w polityce więcej niż wieczność, ale Trump nie zamierza zmarnować choćby jednego dnia. Zdaniem amerykańskich mediów, celem numer jeden ekscentrycznego miliardera jest stworzenie własnej telewizji internetowej, która miałaby stać się czołowym konserwatywnym medium w kraju. Ludzie z otoczenia Trumpa przyznają, że chce on w ten sposób zniszczyć sympatyzującą z nim niemal przez całą kadencję stację FOX News, która jednak odwróciła się od Trumpa w końcówce 2020 roku.

Tym krokiem prezydent chce zagrozić zasięgom kanału FOX, a w przyszłości go zniszczyć. Już dziś robi stacji czarny PR pisząc na Twitterze o spadkach oglądalności

- przyznał jeden ze współpracowników polityka w rozmowie z magazynem "People".

Kluczowym celem politycznym Trumpa na najbliższe miesiące i lata jest natomiast najpierw utrzymanie, a następnie poszerzenie grona swoich najwierniejszych wyborców. To zaś oznacza albo przejęcie Partii Republikańskiej, albo otwartą wojnę z republikanami. O przejęcie będzie trudno, bo od momentu wyborczej porażki pozycja Trumpa systematycznie słabnie, a konserwatyści coraz częściej się od niego dystansują.

Tak jak senator Mitt Romney, były kandydat na prezydenta, który po ataku na Kapitol napisał na Twitterze:

To, co wydarzyło się dzisiaj na Kapitolu było powstaniem przeciwko władzy wznieconym przez prezydenta Stanów Zjednoczonych

Jeszcze dalej w swojej ocenie posunął się aktor i były gubernator Kalifornii z ramienia Partii Republikańskiej Arnold Scharzenegger.

Prezydent Trump to chybiony przywódca, który zapisze się w historii jako najgorszy prezydent. Dobre wieści są takie, że wkrótce będzie tak nieistotny, jak stary tweet

- przyznał na nagraniu wideo zamieszczonym w internecie. Nawet stojący lojalnie przy Trumpie przez całą kadencję szef senackiego klubu republikanów Mitch McConnell, zdaniem amerykańskich mediów, w kuluarowych rozmowach miał jasno dać do zrozumienia, że najwyższy czas odciąć się od Trumpa i oczyścić Partię Republikańską z jego ludzi.

Tyle że to nie będzie tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Wielu republikanów wciąż widzi w Trumpie największą nadzieję dla tej formacji na owocną politycznie przyszłość. Doceniają też to, jak zmienił ugrupowanie w ostatnich latach.

Zmienił partię w całkiem dobrym kierunku, ponieważ wcześniej republikanie mieli wizerunek formacji z Country Clubu i reprezentującej bogaczy z Wall Street. Teraz doszło do przesunięcia w stronę klasy średniej, klasy pracującej i mnóstwa ludzi ze Środkowego Zachodu, którzy wcześniej przez lata byli zapomniani

- analizuje Terry Casey, jeden z republikańskich strategów.

Nie jest to wcale odosobniony głos. W szeregach jednej z dwóch największych partii w Stanach Zjednoczonych doceniają też niemalże fanatyczny aktywizm, jaki stworzył wokół siebie Trump.

Nie możemy funkcjonować bez ludzi, których Trump przyciągnął do partii, on zmienił jej profil. Jesteśmy teraz inną partią z powodu ludzi, którzy przyszli do nas z Trumpem. Oni uczynili nas lepszą formacją

- podkreśla Paul Reynolds, reprezentujący Alabamę członek Republikańskiego Komitetu Narodowego.

Matt Mackowiak, wieloletni strateg Partii Republikańskiej, stawia fundamentalne pytanie, z którym w najbliższej przyszłości będą musieli zmierzyć się liderzy republikanów:

Nie jesteśmy w stanie wygrywać bez wyborczej bazy Trumpa. Pytanie brzmi: czy możemy utrzymać bazę wyborców Trumpa bez samego Trumpa

Jest to pytanie tym ważniejsze, że zmiany w amerykańskim społeczeństwie grają przeciwko republikanom. Coraz liczniejsze są mniejszości narodowe i etniczne, które w większości popierają Demokratów. Podobnie jak młodzi i wielkomiejscy wyborcy, których przybywa. Republikanie muszą z jednej strony zawalczyć o bardziej centrowy elektorat, a z drugiej nie mogą stracić swojej wyborczej bazy, czyli amerykańskiej prowincji, która wręcz szaleje za Trumpem. Przy tak napiętej sytuacji społeczno-politycznej w kraju jak obecnie, powyższe zadanie jest mniej więcej tak samo łatwe jak połączenie ognia z wodą. Tyle że właśnie przed takim wyzwaniem staną lada dzień przywódcy Partii Republikańskiej. Właściwie już stanęli.

Idee albo śmierć

Przez ostatnie cztery lata w Stanach Zjednoczonych tysiące razy analizowano polityczny fenomen Trumpa i tajemnicę jego olbrzymiej popularności mimo niezliczonej liczby skandali. Często w takich dyskusjach wskazywano, że polityk-miliarder idealnie zdiagnozował problemy współczesnego amerykańskiego społeczeństwa i potrafił znaleźć na nie właściwą odpowiedź.

Rzecz w tym, że nie jest to prawda, a przynajmniej w większości nie jest. Trump nie dokonał żadnej dziejowej diagnozy socjologicznej, ale idealnie wyczuł zarówno frustrację i gniew amerykańskiego społeczeństwa, jak również słabość Partii Republikańskiej. Z jednej strony, zręcznie podpiął się pod społeczno-polityczną falę, która przetaczała się przez scenę polityczną za oceanem i pozwolił, aby wyniosła go do prezydentury. Będąc kwintesencją amerykańskiego establishmentu wmówił milionom Amerykanów, że jest najprawdziwszym antysystemowcem i jedyną nadzieją na "osuszenie waszyngtońskiego bagna". Przekonał też rodaków, że system jest zły, warto z nim walczyć i stawiać się obok niego (co zresztą on sam konsekwentnie robił przez cztery lata prezydentury).

Z drugiej strony, Trump wykorzystał kryzys republikanów, którzy byli na politycznym musiku i desperacko potrzebowali swojego Baracka Obamy - kogoś, kto porwie tłumy i pozwoli im odzyskać utracone wpływy. Myśleli, że wpuszczenie do gry Trumpa pozwoli im osiągnąć ten cel, a nieobeznanym z polityką celebrytą-miliarderem łatwo będzie sterować. Okrutnie się przeliczyli. Trump nie tylko im się nie podporządkował, ale z każdym kolejnym miesiącem zwiększał swoje wpływy w partii i zmieniał profil samego ugrupowania.

Obecny moment to dla republikanów polityczne być albo nie być. Jeśli teraz nie zdecydują się na marginalizację albo odcięcie Trumpa, drugiej szansy mogą już nie otrzymać, a problem w postaci ustępującego prezydenta może ciągnąć się za nimi przez kolejne lata. Decyzja nie jest jednak prosta, bo tak naprawdę nikt nie wie, jaka część konserwatywnego elektoratu to elektorat Trumpa, a nie republikanów. Zwrot ku centrum pokazałaby, kto przy kim stoi i pozwoliłby się policzyć obu stronom. Ryzyko jest jednak poważne: jeśli okaże się, że trumpistów jest znacznie więcej, niż przypuszczano, Partię Republikańską może czekać rozłam. Drugie wyjście nie jest dla republikanów wiele lepsze. Jeśli postanowią odebrać Trumpowi jego żelazny elektorat, skręcą jeszcze mocniej w prawo, przesiąkając trumpizmem do szpiku kości. Tylko, czy można przelicytować na trumpizm samego Trumpa?

Teraz najważniejszą i z potencjalnymi wielkimi skutkami na przyszłość niewiadomą w polityce amerykańskiej jest to, czy będzie jedna Partia Republikańska czy dwie

- mówił niedawno w wywiadzie dla Gazeta.pl specjalizujący się w tematyce amerykańskiej politolog i analityk dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. Jak przekonywał, "w USA rozważane są już warianty nazw partii Trumpa: Partia Republikańska Donalda Trumpa albo Partia MAGA (od hasła "Make America Great Again")".

Na poziomie poszczególnych stanów pojawiają się już wezwania liderów Partii Republikańskiej, aby zmienić nazwę partii Republikańskiej, oczyścić się z miękkich elementów i zmierzać wraz z Trumpem do przyszłych zwycięstw

- dodał nasz rozmówca.

Taka partia Trumpa przypominałaby partie komunistyczne albo faszystowskie. Byłaby to partia wodzowska i radykalna z bardzo rozwiniętą ideologią czy wręcz z własną kulturą i bezgranicznym posłuszeństwem wobec Trumpa

- przewiduje dr Kostrzewa-Zorbas.

Taki scenariusz jest zupełnie nie w smak liderom Republikanów, którzy woleliby wrócić do stylu uprawiania polityki i wizerunku z czasów obu Bushów, Johna McCaina czy Mitta Romneya.

To powinna być partia idei. Ostatnio była to zaś w zasadzie Partia anty-Demokratyczna. Nie mają poglądów na ochronę zdrowia, środowisko czy redukcję nierówności społecznych

- punktował konserwatystów John Kasich, były gubernator stanu Ohio i kandydat republikanów w prawyborach prezydenckich w 2016 roku.

Zdaniem Kasicha prezydentura Bidena wcale nie musi być nijaka i przejściowa, jego zdaniem polityk Demokratów może odzyskać względy tzw. interioru, czyli środkowych stanów, leżących pomiędzy historycznie wspierającymi Demokratów wybrzeżami.

Zobaczymy, czy im się to uda, ale republikanie naprawdę muszą wykuć jakieś nowe idee. W przeciwnym razie uschną

- analizuje.