Serbowie raz zmieszali dumę Amerykanów z błotem. Teraz okazuje się, że drugi raz byli bardzo blisko [TAKA CIEKAWOSTKA]

Zestrzelenie amerykańskiego "niewidzialnego" bombowca F-117 przez Serbów w 1999 roku odbiło się szerokim echem na świecie. Był to akt upokorzenia Amerykanów, który w Serbii urósł do rangi legendy, podobnie jak jego autor. Teraz amerykański pilot przyznaje, że Serbom prawie udało się to zrobić drugi raz, ale ciężko uszkodzona maszyna dowlokła się do bazy.

Zestrzelenie amerykańskiego F-117 Nighthawk w rejonie Belgradu jest dobrze znaną historią. To jedno z większych upokorzeń militarnych USA w ostatnich dekadach. Po wojnie z Irakiem w 1991 roku medialna bańka o niezwyciężoności nowoczesnego amerykańskiego uzbrojenia była napompowana do granic możliwości. 28 marca 1999 roku Serbowie zdołali upuścić z niej dużo powietrza.

Amerykanie czuli się zbyt pewnie

Zestrzelenie samolotu pilotowanego przez podpułkownika Darrella "Dale" Zelko urosło w Serbii do rangi patriotycznej legendy. Trudno się temu dziwić, ponieważ cała ta historia przypomina walkę Dawida z Goliatem. Mała Serbia walcząca z supermocarstwem i najsilniejszym sojuszem militarnym świata, który przy pomocy nalotów stara się wymusić ustępstwa w kwestii Kosowa. Futurystyczny samolot o rewolucyjnych możliwościach, powszechnie opisywany jako "niewidzialny" dla radarów, oraz wiekowy radziecki system przeciwlotniczy.

Teoretycznie Serbowie nie mieli szans, ale wykazali się pomysłowością, dopisało im szczęście, a Amerykanie ich zlekceważyli. No i co najważniejsze, popularne twierdzenia o "niewidzialności" F-117 były zdecydowanie przesadzone. Jak od początku mówili wojskowi i cywilni specjaliści, samolot był jedynie trudnowykrywalny dla radarów. Nie niewidzialny. W określonych warunkach dało się go wykryć. Po prostu było to trudne i wymagało przygotowań.

Amerykańskie lekceważenie przejawiało się tym, że przez trzy pierwsze dni nalotów NATO na Serbię F-117 nadlatywały nad cele w rejonie Belgradu tymi samymi trasami. Na dodatek załogi różnych samolotów nie zachowywały ostrożności w komunikacji i Serbowie twierdzą, że dość łatwo je podsłuchiwali i zdobyli cenne informacje. Co więcej, mieli swoich agentów w pobliżu baz NATO w Niemczech i we Włoszech, dzięki czemu mieli aktualne informacje na temat aktywności wrogich samolotów. Wszystko to oznaczało, że załogi F-117 straciły swój podstawowy atut - element zaskoczenia. Serbowie wiedzieli mniej więcej, gdzie i kiedy ich szukać. Myśleli też nad tym, jak je znaleźć.

Podpułkownik Zoltan Dani, dowódca jednego z batalionów obrony przeciwlotniczej rozlokowanego w pobliżu Belgradu, interesował się tym od lat. Ogólna zasada działania technologii stealth nie była żadną tajemnicą. Można było wymyślić, co trzeba zrobić, aby mieć szansę wykryć takiego F-117. Serbowie wiedzieli, że jeśli odpowiednio zmodyfikują sposób działania niektórych radarów, mogły one to zrobić. Nie było gwarancji sukcesu, a nawet dużych szans, ale było to lepsze niż nic. Pozostało tylko czekać na dogodną okazję i liczyć na łut szczęścia.

Moment trafienia amerykańskiego samolotu nad Wietnamem przez radziecką rakietęJakim sposobem ZSRR zdołało strącić U-2

Dobre przygotowania i łut szczęścia

27 marca los się uśmiechnął do oddziału podpułkownika Daniego. Przez dwa poprzednie dni jego podkomendni musieli skupiać się na przetrwaniu, bo nad Serbią grasowały specjalne sojusznicze zespoły samolotów do zwalczania systemów obrony przeciwlotniczej. Były w stanie wykrywać i szybko niszczyć działające radary oraz zakłócać ich działanie. Dla bezpieczeństwa Serbowie włączali swoje urządzenia na góra 20 sekund. Po każdym odpaleniu rakiety musieli cały sprzęt zwijać i jak najszybciej uciec na inne stanowisko, aby uniknąć zniszczenia.

Trzeciego dnia zepsuła się jednak pogoda. Popołudniem z sojuszniczych baz nie wystartowały zespoły samolotów walki elektronicznej i zwalczania obrony przeciwlotniczej. Serbowie o tym wiedzieli dzięki swoim agentom i nasłuchowi. Mogli więc czuć się nieco pewniej i na dłużej włączać radary. Ufni w siłę swojej technologii, Amerykanie wysłali F-117 bez osłony. Podpułkownik Zelko wspominał, że od początku miał przeczucie, że jeśli ma się stać coś złego, to właśnie tej nocy.

Po drugiej stronie podwładni podpułkownika Daniego szykowali się do czegoś, co okazało się ich największym triumfem. Około ósmej wieczorem, kiedy w ich regionie powinny się pojawić F-117, uruchomili na kilkanaście sekund zmodyfikowany radar wczesnego ostrzegania. Od razu wykryli nadlatujący obiekt, który musiał być "niewidzialnym" Amerykaninem. Wiedząc już, gdzie mniej więcej jest przeciwnik, użyli znacznie precyzyjniejszego radaru kierowania ogniem ich baterii radzieckiego systemu S-125. Pierwsze kilkunastosekundowe skanowanie nieba nie dało efektu. Wydawało się, że kolejna noc będzie zawodem. Wiedząc jednak, że w powietrzu nie ma samolotów do zwalczania obrony przeciwlotniczej, podpułkownik Dani postanowił jednak zaryzykować i rozkazał ponownie uruchomić radar. I tym razem na ekranie ukazał się wyraźny sygnał - wrogi bombowiec zbliżający się do Belgradu.

Dlaczego za drugim razem Serbowie dostrzegli samolot podpułkownika Zelko? Nie wiadomo dokładnie, ale prawdopodobnie amerykański pilot otworzył drzwi komory bombowej, szykując się do zrzucenia swoich dwóch tonowych bomb. Na krótki czas, kiedy trzeba było je otworzyć, samolot tracił swoją bardzo precyzyjnie wymodelowaną sylwetkę, czyniącą wykrycie go tak trudnym. Serbom po prostu w kluczowym momencie dopisało szczęście. Po chwili obliczeń padła komenda odpalenia dwóch rakiet, które pomknęły w górę.

Samolot stracony, ale pilot uratowany

Amerykański pilot nie miał żadnego ostrzeżenia, że jest namierzany. W celu zachowania maksymalnej czystości sylwetki F-117 nie mógł mieć nawet systemów ostrzegania. - Zauważyłem rakiety tuż po odpaleniu i zacząłem je śledzić wzrokiem. Od razu pomyślałem sobie, że jest źle i mogę się nie wywinąć. Wiele razy do mnie strzelano, ale to był pierwszy raz, kiedy miałem takie przeczucie - wspominał później podpułkownik Zelko. W takiej sytuacji pilot F-117 musiał lecieć dalej prosto i spokojnie, aby nie ułatwiać wykrycia go przez głowicę rakiety. Cała nadzieja była w tym, że nie zdoła ona uchwycić celu i przeleci obok.

Pierwsza rakieta rzeczywiście tak zrobiła. Przeleciała jednak tak blisko, że gwałtownie wstrząsnęła samolotem. - Kiedy tylko spojrzałem na drugą, wiedziałem, że ta we mnie wleci - wspominał pilot. I tak też się stało. Głowica rakiety prawdopodobnie wybuchła w minimalnej odległości. Fala uderzeniowa i odłamki potężnie wstrząsnęły F-117, który natychmiast wymknął się spod kontroli i gwałtownie wirując, zaczął spadać. Przeciążenie było tak duże, że podpułkownik Zelko nie mógł sięgnąć do uchwytów inicjujących działanie katapulty. Desperacko i z całych sił walczył z fizyką. - Pamiętam całą tę noc bardzo dokładnie. Poza jednym. Nie pamiętam, jakim cudem wreszcie zdołałem sięgnąć do uchwytów. Nie pamiętam też, jak zostałem wystrzelony na zewnątrz. Być może straciłem już świadomość od ujemnego przeciążenia - opisywał po latach.

- Kiedy się ocknąłem w powietrzu, wyobraziłem sobie, że stoję obok dowódcy serbskiej baterii i wdajemy się w luźną pogawędkę, a ja gratuluję mu świetnego strzału. Po chwili dodałem jednak w myśli, że mnie już nie dostanie - mówił podpułkownik Zelko w wywiadzie dla okazyjnego pisma stowarzyszenia pilotów F-117. Lotnik nie chciał dać Serbom dodatkowego sukcesu propagandowego w postaci uchwycenia wysokiego rangą oficera wojska USA. I udało mu się to. Po samym zestrzeleniu szczęście zaczęło bowiem sprzyjać Amerykanom. Serbowie nie zdołali znaleźć w ciemnościach podpułkownika Zelko, który ukrył się w rowie melioracyjnym. Po około ośmiu godzinach uratował go zespół komandosów USAF, którzy w bardzo ryzykownej misji wlecieli śmigłowcem nad Serbię.

Śmigłowiec MH-47 z 160. SOARWożą komandosów na najtajniejsze misje. Jeden z nich udzielił wyjątkowego wywiadu i opisał, jak lecieli zabić bin Ladena [TAKA CIEKAWOSTKA]

Tajemnica odkryta po dwóch dekadach

Wiele szczegółów dotyczących akcji z 27 marca 1999 roku ciągle pozostaje tajemnicą wojska USA. Niedawno okazało się jednak, że Amerykanie ukrywają fakt trafienia innego F-117. Sami Serbowie od lat twierdzili, że udało im się dosięgnąć nie jeden taki bombowiec, ale dwa, a do tego jeszcze znacznie większy, trudnowykrywalny B-2. Mało kto im jednak wierzył, bo nie mieli żadnego twardego dowodu w postaci na przykład wraku. W grudniu wersję Serbów potwierdził jednak częściowo były pilot F-117, podpułkownik Charlie Hainline. W podcaście "The Afterburn", w rozmowie z innym byłym pilotem USAF, opisał swoje doświadczenie z nalotów na Serbię.

Nie powiedział, kiedy to się stało, ale w domyśle po zestrzeleniu podpułkownika Zelko. Serbowie twierdzą, że było to 30 marca. Podpułkownik Hainline wykonywał nalot na cel w rejonie Belgradu w towarzystwie dwóch innych F-117. Niedługo przed zrzuceniem bomb dostał ostrzeżenie od pilota samolotu zwalczającego obronę przeciwlotniczą, że Serbowie odpalili rakiety. - Spojrzałem w prawo, w ogólnym kierunku Belgradu, i zauważyłem wznoszącą się rakietę. Wydawała się naprawdę wielka. Po chwili wystartowała kolejna. Choć byłem daleko, widziałem wszystko dokładnie. Wiedziałem, że lecą mniej więcej tam, gdzie powinien być mój skrzydłowy - opisywał wojskowy. Po chwili jedna rakieta wybuchła, choć podpułkownik Hainline nie mógł stwierdzić, czy w coś trafiła.

Kilkadziesiąt minut później, będąc już poza granicami Serbii i tankując z latającej cysterny, podpułkownik zorientował się, że coś jest nie tak z jego skrzydłowym. Nie było go w umówionym miejscu. Pilot przekonał załogę tankowca, aby z nim poczekała i krążyła w okolicy. Dopiero po jakimś czasie członek załogi cysterny dostrzegł zbliżającego się drugiego F-117, lecącego z wyłączonymi światłami. Maszyna miała wyraźnie problemy i była uszkodzona. Nie mogła dotrzymać tempa nawet stosunkowo wolnemu tankowcowi. W końcu uszkodzonego F-117 udało się zatankować i oba bombowce skierowały się do bazy w Niemczech. W drodze podpułkownik Hainline znów stracił skrzydłowego z pola widzenia, ale w końcu udało mu się dotrzeć do bazy.

Emerytowany pilot nie zdradził więcej szczegółów. Nie wiadomo więc nic o skali uszkodzeń samolotu jego skrzydłowego ani o tym, czy nadawał się do naprawy. Jest to jednak pierwsze potwierdzenie twierdzeń Serbów o kolejnych trafieniach F-117. Być może kiedyś Amerykanie oficjalnie odtajnią informacje na ten temat. Na razie zostają domysły.

Sukcesy serbskiej obrony przeciwlotniczej, choć bardzo medialne, tak naprawdę były bardzo, ale to bardzo wątłe. W ramach interwencji podczas wojny w Kosowie samoloty NATO wykonały około 16 tysięcy lotów nad Serbię. Zestrzelono na pewno tylko dwie maszyny, F-117 i F-16. Tym bardziej ci, którym udało się sięgnąć wroga, są w Serbii celebrowani niczym bohaterowie. Podpułkownik Dani, awansowany na pułkownika, stał się słynny. W 2004 roku przeszedł do cywila i założył małą piekarnię. W 2012 roku Dani i Zelko spotkali się. Razem wypiekali chleb, razem udzielili wywiadów i wystąpili w filmie dokumentalnym. Nie tak dawno wrogowie zaprzyjaźnili się. Podczas rozmowy ze studentami w Belgradzie Amerykanin stwierdził, że teraz nie byłby już w stanie wsiąść w samolot i ponownie przeprowadzać nalotów na Serbię. Za bardzo polubił Serbów.

Zobacz wideo