Ekspresowy impeachment jest możliwy. Nawet spóźniony może być ciosem dla Trumpa

Demokraci zapowiadają, że postarają się jeszcze w poniedziałek zacząć ekspresowy impeachment Donalda Trumpa. Byłby pierwszym prezydentem USA w historii, który dwukrotnie dostąpi tego wątpliwego zaszczytu. Najpierw chcą jednak postawić ultimatum wiceprezydentowi Mike'owi Pence'owi.

Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zapowiedziała początek starań o impeachment na poniedziałek. Pierwszym krokiem ma być formalne zwrócenie się do wiceprezydenta Pence'a z następującym ultimatum: w ciągu 24 godzin ma zdecydować, czy usunie Trumpa z urzędu na podstawie 25. poprawki do konstytucji, czyli uzna go za niezdolnego do pełnienia swoich funkcji.

Przygotowania do startu już poczynione

Najprawdopodobniej Pence nie spełni żądania Pelosi. Według nieoficjalnych informacji podawanych przez amerykańskie media, wiceprezydent jest bowiem niechętny usuwaniu Trumpa z urzędu nieco ponad tydzień przed końcem kadencji. Nawet pomimo tego, że doszło między nimi do rozłamu i prezydent uważa go za zdrajcę. Niezależnie od postawy Pence'a, już we wtorek w Izbie Reprezentantów, izbie niższej amerykańskiego parlamentu, może zostać złożony formalny wniosek o impeachment. Został już przygotowany i podpisany przez ponad dwustu demokratycznych członków Izby Reprezentantów.

Wniosek jest w praktyce aktem oskarżenia Trumpa. Liczy cztery strony i celowo jest bardzo zwięzły. Prezydent jest oskarżany o "umyślne sprowokowanie przemocy wobec rządu Stanów Zjednoczonych" i sprzeniewierzenie się swojej przysiędze, w której zobowiązuje się bronić porządku konstytucyjnego USA. Cały wniosek można przeczytać tutaj.

Głosowanie nad oskarżeniem Trumpa może mieć miejsce niedługo po formalnym włączeniu go do porządku obrad. Demokraci twierdzą, że może się to stać "w połowie tygodnia". Cała procedura zostanie maksymalnie skrócona i przyśpieszona. Nie ma większych wątpliwości, że jeśli do głosowania dojdzie, to mający większość w Izbie Reprezentantów demokraci je wygrają. Zwłaszcza, że co najmniej kilkunastu republikańskich członków Izby ma być przychylnych wnioskowi.

Ten etap były jednak najłatwiejszy do pokonania.

Starszy model walizki zawierającej wszystko, co potrzebne prezydentowi do uruchomienia arsenału jądrowegoTrump do końca będzie miał kontrolę nad arsenałem jądrowym USA

Senat ma wolne

Tak jak Izba Reprezentantów pełni w tym procesie funkcję oskarżyciela, to izba wyższa amerykańskiego parlamentu, Senat, pełni funkcję trybunału sędziowskiego. To członków Senatu trzeba przekonać o winie/niewinności prezydenta. W teorii odbywa się to poprzez prezentację dowodów i przesłuchania przed utworzoną specjalne do tego celu komisją. Obrona prezydenta musi mieć też możliwość przedstawienia swoich argumentów. Nie jest jeszcze jasne, jak to wszystko miałoby wyglądać, aby zająć co najwyżej kilka dni. Organizacją zarządza Izba Reprezentantów.

Żeby usunąć prezydenta ze stanowiska trzeba większości aż 2/3 głosów w Senacie, co w obecnej sytuacji politycznej oznacza konieczność zdobycia poparcia 19 republikańskich senatorów. Nie jest to całkowicie nieprawdopodobne. Dwoje, Lisa Murowski reprezentująca Alaskę, oraz Patric J. Toomey z Pensylwanii, publicznie zasygnalizowali swoją przychylność dla usunięcia Trumpa z urzędu.

Sygnały z kierownictwa Partii Republikańskiej w Kongresie są ostrożne. De facto lider republikanów w Senacie, senator Mitch McConnell, który przez lata niemal bezwarunkowo wspierał Trumpa, po szturmie na Kapitol się od niego odciął. Jednak jak napisał pod koniec minionego tygodnia w niepublicznym liście do innych senatorów, głosowanie nad impeachmentem przed końcem kadencji Trumpa, czyli 20 stycznia, jest praktycznie niemożliwe. Senat ma obecnie przerwę w obradowaniu, a jego członkowie rozjechali się po kraju. Planowo mają się zebrać dopiero pod koniec stycznia, kiedy już oficjalnie rozpocznie urzędowanie Joe Biden. Na wcześniejsze zwołanie obrad musieliby się zgodzić bez wyjątku wszyscy senatorowie, co jest uznawane za bardzo mało prawdopodobne.

Niezależnie od tego, według przecieków z Białego Domu, trwają już na wszelki wypadek przygotowania. Obronie prezydenta miałby przewodzić jego najbardziej zaufany prawnik, czyli Rudy Giuliani, który wiernie stoi przy nim i bez wytchnienia pomaga mu propagować bezpodstawne teorie o fałszerstwie wyborczym. Większość innych prawników, którzy bronili prezydenta podczas jego pierwszego impeachmentu, teraz się od niego dystansuje i nie wyraża chęci współpracy. Jak pisze "New York Times", skala tego zjawiska miała "uderzyć" prezydenta.

Impeachment nawet po kadencji

Nawet jeśli Kongres nie zdąży z procedurą impeachmentu przed odejściem Trumpa z Białego Domu, to panuje przekonanie, iż będzie ona mogła być kontynuowana pod rządami Bidena. Jest już stosowny precedens. W 1876 roku Kongres prowadził procedurę impeachmentu (można ją stosować również wobec innych urzędników federalnych) sekretarza wojny Williama Belknapa, oskarżonego o korupcję. Zanim doszło do ostatecznych głosowań, złożył rezygnację, ale pomimo tego procedurę kontynuowano i sam Belknap się przed tym nie bronił. Ostatecznie został uniewinniony.

Żeby ustrzec się przed takim scenariuszem, Trump musiałby prewencyjnie zastosować sam wobec siebie prawo łaski. Pisaliśmy o takim możliwym scenariuszu już wcześniej. Byłaby to sprawa precedensowa i bardzo dyskusyjna, a przede wszystkim na pewno dodatkowo zaszkodziła i tak już wątpliwej reputacji prezydenta. Takie rozwiązanie mają mu odradzać praktycznie wszyscy pozostali sojusznicy.

Impeachment stałby się dla demokratów nieco prostszy już po zaprzysiężeniu Bidena, ponieważ zmieni się wówczas również skład Senatu, zgodnie z wynikami ostatnich wyborów. Partia Demokratyczna zyska w nim większość, co oznacza w tym wypadku możliwość decydowania o tym, jak będzie procedowany akt oskarżenia wobec prezydenta. No i w nowej rzeczywistości demokraci musieliby przekonać do swojego punktu widzenia 17 republikańskich senatorów.

Donald TrumpTrump obrażony. Oświadczył, że nie pojawi się na inauguracji Joe Bidena

Najpoważniejszy efekt impeachmentu

Na marginesie tego wszystkiego pozostaje Biden. Poza krytyką wydarzeń z szóstego stycznia, kiedy podburzony przez Trumpa i między innymi Giulianiego tłum zaatakował Kapitol doprowadzając do śmierci pięciu osób, prezydent-elekt milczy. Biden ma się celowo dystansować od potencjalnego impeachmentu, ponieważ to dla niego trudna sprawa. Od miesięcy stawia na przesłanie o budowie jedności narodowej, skupienia się na walce z pandemią i poprawie sytuacji gospodarczej. Impeachment to zaprzeczenie tych komunikatów, ponieważ pomimo powszechnej krytyki wydarzeń z szóstego stycznia, proces na pewno wywołałby kolejne podziały, a nie je zasypał.

Tym bardziej byłoby dla niego niewygodne, gdyby proces Trumpa ciągnąłby się już podczas jego prezydentury, odciągając uwagę od jego agendy. Nawet wśród demokratów mają być silne głosy, aby może teraz wszcząć impeachment i oskarżyć prezydenta, ale potem sprawę zamrozić na około sto dni, żeby dać czas Bidenowi na dobry start w tej bardzo trudnej rzeczywistości. Albo w ogóle sprawy nie zaczynać i pozwolić Trumpowi "zniknąć". Takie pomysły zderzają się jednak z, jak to opisują amerykańskie media, autentyczną furią wielu Kongresmenów na postępowanie Trumpa. Nie słabnącą z upływem czasu. No i poważną obawą, że będzie próbował wrócić za cztery lata na kolejną kadencję.

To jedna z kluczowych obaw napędzających zwolenników impeachmentu. Nie ukrywa tego Pelosi. W całej procedurze kryje się bowiem jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Gdyby prezydent został uznany winnym, nawet po opuszczeniu Białego Domu, to Senat może mu bardzo zaszkodzić. Wówczas zwykłą większością głosów może mu odebrać prawo do obejmowania jakiejkolwiek funkcji w administracji federalnej. Oznacza to w praktyce zakaz kandydowania w wyborach prezydenckich w 2024 roku, co Trump ma poważnie rozważać. Byłby to dotkliwy cios dla jakichkolwiek politycznych wizji na przyszłość obecnego prezydenta.

Zobacz wideo