Trump ma nadal absolutną władzę nad arsenałem jądrowym USA. Cały system opiera się na rozsądku kilku osób

Donald Trump ciągle ma absolutną i wyłączną kontrolę nad amerykańskim arsenałem jądrowym. W teorii może wydać rozkaz ataku, bez żadnej weryfikacji jego zasadności. Bez żadnej konsultacji. Wielu amerykańskich ekspertów i komentatorów apeluje o zmianę tego systemu. Uważają, że składanie możliwości zniszczenia ludzkiej cywilizacji w ręce jednego człowieka, który może być ułomny, to za duże ryzyko.

Dyskusje na ten temat wracają od wielu lat. Nasiliły się jednak szczególnie za rządów Trumpa, który jest znany z kierowania się emocjami i pragnieniami, a nie zimnym, logicznym osądem. Czyli nie tym, czego można by oczekiwać po człowieku mogącym w teorii rozpocząć proces anihilacji ludzkości.

Teraz, po wydarzeniach z ostatnich dni, dyskusje rozgorzały na nowo. Eksperci przekonują, że należy zmienić archaiczny system sięgający początków zimnej wojny, ponieważ nie ma on już racjonalnego uzasadnienia. Uspokajają przy tym, że w praktyce z dużym prawdopodobieństwem wojskowi nie wykonaliby rozkazu odpalenia rakiet, gdyby nie było ku temu wyraźnego powodu.

Jednak duże prawdopodobieństwo i nadzieja oparta o racjonalność kilku oficerów to mało, kiedy tak naprawdę wystarczy tylko jedna rakieta, aby rozpętać globalną katastrofę.

Jeden telefon i 25 minut później miliony umierają

W 1973 roku pewien oficer odpowiadający za rakiety międzykontynentalne zadał podczas szkolenia pytanie: "Skąd mam wiedzieć, że rozkaz odpalenia wydał mi prezydent, który jest zdrowy na umyśle?". Nie udzielono mu odpowiedzi. Usłyszał jedynie, że oficer kontrolujący rakiety nie musi wiedzieć, czy wydany mu rozkaz odpalenia jest zgodny z prawem, czy nie. Dwa lata później, po długich przepychankach proceduralnych, major Harold Herring został usunięty z wojska.

Działo się to w końcowym okresie prezydentury Richarda Nixona, podczas rozkręcającej się afery Watergate. Prezydent był pod potężną presją i silnie zestresowany. Według współpracowników był w kiepskim stanie psychicznym i ciężko pił. Podczas jednego z oficjalnych spotkań uczynił niedwuznaczną aluzję na temat potęgi swojego stanowiska, mówiąc że może podnieść telefon, a po 25 minutach "miliony umrą".

Ówczesny sekretarz obrony James Schlesinger, w porozumieniu z sekretarzem stanu Henrym Kissingerem, poinstruowali całe otoczenie prezydenta, a zwłaszcza oficerów umożliwiających mu wydanie rozkazu odpalenia rakiet, aby w razie dziwnego zachowania i pomysłów Nixona, najpierw skontaktowali się z nimi. Na szczęście do niczego takiego nie doszło.

Cała władza w ręce prezydenta

Ten okres jest dzisiaj określany jako pierwszy, kiedy poważnie zaczęto się zastanawiać nad przebudową systemu dowodzenia amerykańskim arsenałem jądrowym. Do dzisiaj nic z tym jednak nie zrobiono. Obecne rozwiązania są mocno zakorzenione w amerykańskim aparacie władzy i strukturze dowodzenia wojskiem. Wywodzą się jeszcze z ostatnich dni II wojny światowej i napięcia pomiędzy niektórymi wojskowymi a prezydentem Harrym Trumanem.

Część z tych pierwszych uważała, że po wydaniu im rozkazu ataku jądrowego na Japonię, to ich sprawą było, jak i gdzie użyją nowej broni. Truman był jednak zszokowany skalą katastrofy, którą spowodowały uderzenia na Hiroszimę i Nagasaki. Dopiero po fakcie dotarł do niego ogrom cierpienia, zwłaszcza dziesiątek tysięcy dzieci, który spowodował swoją zgodą na te naloty. Po kilku ostrych dyskusjach z niektórymi wojskowymi chcącymi kontynuować przygotowania do trzeciego uderzenia, wydał kategoryczny rozkaz, że od teraz każde użycie broni jądrowej będzie tylko i wyłącznie jego decyzją. Wsparł go w tym między innymi najwyższy rangą wojskowy, generał George Marshall. Klamka zapadła.

To rozwiązanie tylko się umocniło pięć lat później, podczas wojny w Korei. Kiedy zimą na przełomie 1950 i 51 roku włączyli się do niej Chińczycy, zadając początkowo poważne straty zaskoczonym wojskom ONZ, głównodowodzący siłami sojuszniczymi generał Douglas MacArthur zaczął głośno domagać się zgody na użycie broni jądrowej. Truman był temu przeciwny i wywiązał się kolejny kryzys, który ostatecznie doprowadził do usunięcia MacArthura. Scementowało to absolutną kontrolę prezydenta nad arsenałem jądrowym i ogólnie cywilną kontrolę nad siłami zbrojnymi USA.

Zobacz wideo

Walizka, menu, kod i rozkaz

W kolejnych latach takie rozwiązanie umocniły nowe realia zimnej wojny. W latach 60. zaczęły się masowo pojawiać rakiety międzykontynentalne zdolne dotrzeć z ZSRR do USA w kilkadziesiąt minut. Potem dodatkowo rakiety odpalane z okrętów podwodnych. Czas reakcji na ewentualny zaskakujący atak jądrowy skrócił się z godzin, jak to było w czasach powolnych bombowców strategicznych, do minut. Decyzja o ewentualnej odpowiedzi musiała być podejmowana szybko i sprawnie. Nie było więc miejsca na jakieś rozbudowane mechanizmy kontroli i konsultacji.

I w ten sposób od ponad pół wieku za każdym prezydentem USA (i wiceprezydentem, gdyby prezydentowi coś się stało) jak cień podąża oficer z masywną walizką przykutą do ręki. Potocznie jest nazywana "futbolówką", choć nikt nie wie dlaczego. W środku jest system łączności i trochę zalaminowanych kartek, mających przypominać restauracyjne menu. Na nich są do wyboru różne opcje uruchomienia arsenału jądrowego USA. Od totalnej, globalnej wojny jądrowej, po ograniczone uderzenia. Prezydent musi wyjąć nieprzeźroczyste opakowanie, przypominające kartę kredytową, nazywane "herbatniczkiem". Powinien je zawsze mieć przy sobie. W środku jest kartka z kilkoma kodami. Tylko jeden jest poprawny. Każdego dnia dostarczany jest mu nowy zestaw i musi zapamiętać, który z kodów jest tym poprawnym, nazywanym "złotym kodem".

Oficer nie ma prawa podważać decyzji prezydenta. Nie ma sprawdzać, czy aby na pewno jest w pełni władz umysłowych. Ma jedynie potwierdzić jego tożsamość, uruchomić system łączności i przesłać za jego pośrednictwem kod oraz wybraną opcję ataku. Sygnał wędruje do National Military Command Center, głównego centrum nadzoru sił zbrojnych w Pentagonie. Oficer dyżurny też nie ma weryfikować decyzji prezydenta. Ma ją rozesłać do silosów, bombowców i okrętów podwodnych. Tam, po otrzymaniu komunikatu, dwóch oficerów musi wyjąć swoje kody, sprawdzić zgodność otrzymanego kodu z nimi, a następnie zgodnie przekręcić klucze lub nacisnąć guziki. Umieszczone tak daleko od siebie, aby nie mógł ich równocześnie użyć jeden człowiek. To jedyny moment w całej procedurze, kiedy formalnie jest jakiś element kontroli.

Jeśli wprowadzony kod będzie poprawny, a obaj oficerowie wykonają swoje czynności, to nie będzie już odwrotu. Rakieta podąży do swojego celu.

Cała nadzieja w ludziach

W dyskusjach amerykańskich ekspertów wielu wyraża przekonanie, że choć oficerowie formalnie nie mają prawa weryfikować zasadności decyzji prezydenta, to w praktyce mogą jej nie wykonać. Prawo nakazuje im absolutne posłuszeństwo, ale nie w sytuacji, kiedy rozkaz jest bezprawny. Wtedy mają wręcz obowiązek go nie wykonać. Gdyby więc w sytuacji takiej jak obecna, bez żadnego poważnego kryzysu międzynarodowego, bez sygnału o rozpoczęciu wrogiego uderzenia, o którym wiedzieliby przed prezydentem, a ten i tak wydałby rozkaz uderzenia jądrowego, najpewniej by go zignorowali.

Tuż po wydarzeniach na Kapitolu w środę, na Twitterze wywiązała się dyskusja na ten temat pomiędzy Ankitem Pandą (ekspert think tanku Carnegie Endowment for International Peace) a Thomasem Shugartem (były oficer broni podwodnej i ekspert think tanku Center for a New American Security). Ten drugi podkreślał, jak to robił już wiele razy wcześniej, że gdyby na przykład teraz Trump wydał rozkaz uderzenia jądrowego na Iran, to nie zostałby on wykonany. - Oficerowie nie są robotami - twierdzi. Panda był natomiast zdania, że jeśli byłoby to na przykład atak w bardzo małej skali, to nie byłby pewien zignorowania polecenia. Obaj byli jednak zgodni, że gdyby doszło do jakiegoś kryzysu, czy na przykład katastrofalnego ataku cybernetycznego na USA, to choć zmasowany odwet bronią jądrową nie byłby proporcjonalną odpowiedzią, zostałby najpewniej przeprowadzony. - W niejasnej sytuacji oficerowie najpewniej wykonaliby rozkaz prezydenta - stwierdził Shugart.

Nadzieja jest więc nie w systemie, ale w racjonalności i odpowiedzialności osób, które miałyby przekazać rozkaz. Zabezpieczenie o dyskusyjnej pewności w sytuacji, kiedy mowa o potencjale do skończenia ludzkiej cywilizacji. Nie bez powodu regularnie pojawiają się propozycje, aby zmodyfikować system. W 2019 roku dwóch demokratycznych kongresmanów złożył propozycję ustawy, która do aktywowania arsenału jądrowego wymagałaby wcześniejszego formalnego wypowiedzenia wojny przez Kongres. Nie spotkała się jednak z większym odzewem, bo jest niepraktyczna. Formalne wypowiedzenie wojny wymaga głosowania, a to może być trudne do szybkiego zorganizowania w kryzysie. Szereg ekspertów proponuje inne rozwiązanie. Po prostu włączenie do procesu decyzyjnego drugiej osoby. Tak jak to ma miejsce przy samych wyrzutniach. Na przykład rozkaz prezydenta musiałby potwierdzić sekretarz obrony, albo prokurator generalny. Proste rozwiązanie, a drastycznie podnoszące poziom bezpieczeństwa.

Nie ma jednak na razie sygnałów, aby ktokolwiek oficjalnie chciał wprowadzić takie zmiany. Być może wśród polityków i wojskowych dominuje przekonanie, że w krytycznej sytuacji przesądzi odpowiedzialność otoczenia prezydenta i oficerów mających przekazać rozkaz. W przeszłości, w szeregu sytuacji naprawdę bliskich wszczęcia wojny jądrowej, ludzie tak w USA, jak i w ZSRR nie byli w stanie podjąć tej ostatecznej decyzji. Paraliżowała ich świadomość konsekwencji. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie tak w przyszłości.

Zobacz wideo