Całe rodziny skakały do płonącego morza. Katastrofa "azjatyckiego Titanica"

Zderzenie nastąpiło późnym wieczorem. Większość pasażerów spała, gdzie popadło, na skrajnie zatłoczonych pokładach. Załoga piła piwo, oglądała filmy i bawiła się. Na mostku był tylko jeden młody marynarz, który nie zauważył zbliżającego się tankowca.

Późniejsze śledztwo wykazało, że załoga tankowca w podobnie karygodny sposób zignorowała swoje obowiązki. Na jego mostku też był jeden młody marynarz, bez stosownych uprawnień.

Oba statki, prom Dona Paz i tankowiec Vector, w końcu trafiły na siebie na ruchliwych wodach filipińskiej cieśniny Tablas. W bezksiężycową noc, na spokojnym i ciepłym morzu, 20 grudnia 1987 roku, doszło do najgorszej katastrofy w pokojowej historii żeglugi.

Fragmenty nagrań obu wraków, wykonane w 2019 roku przez robota sterowanego ze statku badawczego Petrel.

 

Tłumy w podróży na święta

Nie ma pewności, ile właściwie osób było na pokładzie Dona Paz. Był to niewielki prom, liczący 91 metrów długości. Zbudowano go 24 lata wcześniej w japońskiej stoczni. Przez kolejne 12 lat pływał między portami Japonii jako Himeyuri Maru, wożąc maksymalnie 608 pasażerów. W 1975 roku został zakupiony przez filipińską firmę Sulpicio Lines, do obsługiwania połączeń pomiędzy licznymi wyspami Filipin. Przepisy, zwyczaje i normy w tym kraju były, i są, znacznie bardziej liberalne niż w Japonii. Pod nowym właścicielem liczba dopuszczalnych pasażerów wzrosła do 1,4 tysiąca osób.

W 1979 roku podczas rejsu na pokładzie statku wybuchł pożar. Na szczęście nikt nie zginął. Ponad tysiąc pasażerów na czas ewakuowano, jednak sam prom został całkowicie wypalony i osiadł na mieliźnie. Choć został określony przez ubezpieczyciela jako "strata całkowita", to Sulpicio Lines zdecydowały o jego odbudowie. Po jej zakończeniu otrzymał swoją ostateczną nazwę, Dona Paz i przez większość lat 80.  kontynuował swoją monotonną służbę.

Feralnego 20 grudnia 1987 roku prom wyruszył rano z miasta Tacloban, na wyspie Leyte, do stołecznej Manili na wyspie Luzon. Po krótkim zawinięciu do portu Catbalogan na wyspie Samar, statek miał dotrzeć do celu następnego dnia rano. Oficjalnie na pokładzie było 1583 pasażerów, przy maksymalnej dopuszczalnej liczbie wynoszącej 1424. Do tego 58 członków załogi. Ile było naprawdę, tego nikt nie wiedział. Zbliżały się święta. Wiele osób podróżowało, chcąc spędzić czas z rodziną.

Na pokładzie było wiele dzieci poniżej czwartego roku życia, prawdopodobnie kilkaset, które nie musiały mieć biletu i nie były nigdzie rejestrowane. Do tego powszechną praktyką było kupowanie biletów od załogi już po wejściu na pokład. Było to teoretycznie nielegalne, ale nikt się tym nie przejmował, bo standardem była "atrakcyjna", obniżona stawka względem tej w kasach armatora. W związku z tym załoga nie przejmowała się też maksymalną dopuszczalną liczbą pasażerów, każdy z nich był źródłem dodatkowego dochodu. Zabierano tyle osób, ile się dało. Pokłady statku były więc zatłoczone do granic możliwości. Nieliczni ocaleni relacjonowali, że ludzie siedzieli i leżeli na każdym możliwym skrawku korytarzy, pokładów, czy nawet szalup ratunkowych, a każdą koję okupowało kilka osób.

Parking około pół kilometra od miejsca eksplozji w Texas City, 1947 rokByły jeszcze gorsze eksplozje, niż ta w Bejrucie

Uderzenie i panika

Tak zatłoczony prom wpłynął około godziny 21 na wody cieśniny Tablas. Uratowani pasażerowie zeznali później, że spora część załogi była w mesie, raczyła się piwem i śpiewała. Wśród nich mieli być kapitan i pierwszy oficer. Na mostku prawdopodobnie był tylko jeden młody marynarz, który nie miał szans odpowiednio nadzorować sytuacji wokół. Zwłaszcza że statek nie miał radaru i normalnie działającego radia.

Około godziny 22:30 z ciemności wyłonił się niewielki tankowiec Vector. To, co się działo na jego pokładzie, wołało o jeszcze większą pomstę do nieba. Tam na mostku też prawdopodobnie był jeden młody marynarz, dopiero przyuczany do zawodu. Długi na 51 metrów, niewielki statek, wiózł około miliona litrów benzyny i nafty. Późniejsze śledztwo wykazało, że choć zbudowano go w 1980 roku, to był w kiepskim stanie. Był dziełem niewielkiej filipińskiej stoczni. Ster miał działać tak opornie, że do obracania koła sterowego trzeba było dwóch ludzi. W momencie wypadku statek miał nieważne dokumenty, a większość załogi, w tym kapitan, nie miała odpowiednich kwalifikacji. W teorii Vector w ogóle nie powinien wyjść z portu.

Pomimo tego wyszedł i około godziny 22:30 jego dziób wbił się w lewą burtę promu. Mniej więcej w jego połowie, na wysokości maszynowni. Do środka natychmiast wdarła się woda, która unieruchomiła statek i pozbawiła go elektryczności. Na pokładzie zapanowała ciemność. Niemal od razu zapalił się też ładunek wylewający się z tankowca i doszło do eksplozji. Płonąca plama benzyny i nafty, rozlała się po morzu wokół obu statków. Na pokładzie Dona Paz natychmiast wybuchła panika. W ciemnościach, rozświetlanych jedynie przez płomienie, tłumy tłoczyły się i tratowały, nie mogąc znaleźć żadnych środków ratunkowych. Według relacji ocalałych przynajmniej te skrytki z kamizelkami, które oni widzieli, były zamknięte. Nie opuszczono żadnej szalupy ratunkowej. Załoga nie panowała nad sytuacją, wręcz przeciwnie, widziano jej członków również biegających w amoku. Tłumy w panice i desperacji skakały do płonącego morza.

Prawie kontrolowana katastrofa w imię naukiKontrolowane katastrofy samolotów w USA

Morze płomieni pochłonęło tysiące ludzi

Jeden z ocalałych, 42-letni Paquito Osabel, płynął do rodziny w Manili z siostrą i jej trzema córkami. Rozmawiał z nimi, kiedy poczuł nagły wstrząs i usłyszał coś jak wybuch. - Podszedłem do okna zobaczyć, co się dzieje i zobaczyłem morze w płomieniach. Krzyknąłem do swoich bliskich, żeby się szykowali, bo musimy uciekać. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko i był wszędzie, gdzie spojrzałem - opisywał dziennikarzom. - Ludzie krzyczeli i wyskakiwali za burtę. Był strasznie gęsty dym. Nie widzieliśmy się nawzajem i było ciemno. Widziałem pod sobą płomienie, ale i tak skoczyłem - mówił. Nie wiedział, co się stało z jego bliskimi. Nie uratowali się.

Według wspomnień jednej z innych ocalałych, wówczas 18-letniej Aludii Bascal, woda wokół tonącego powoli promu była gorąca od płomieni. Ludzie unoszący się w niej znaleźli się w pułapce. Z jednej strony dusili się od dymu, a z drugiej gotowali się żywcem. Kiedy jakimś cudem natrafiła na swojego ojca, to gdy ten złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, to ściągnął jej płaty skóry. Oboje zdołali uciec, być może dlatego, że wcześnie wskoczyli do wody i zdołali na czas odpłynąć.

34-letni rybak, Pampilo Culalia, mówił dziennikarzom, że spał na otwartym pokładzie, kiedy obudziły go wstrząs i eksplozja. - Byłem ciągle w szoku, kiedy zobaczyłem, jak teść wyskakuje za burtę. Zrobiłem to samo - wspominał. Zostawił za sobą 14-letnią córkę, 10-letnią siostrzenicę i swojego brata. Nigdy więcej ich nie zobaczył. Teścia też. - Kiedy odpłynąłem na pewną odległość, odwróciłem się i zobaczyłem płonący prom, to chciałem się zabić. Bóg mną jednak potrząsnął i wyrwał z tego stanu - opisywał.

Z koszmaru uratowało się ostatecznie tylko 27 osób. 25 pasażerów promu i dwóch członków załogi tankowca. Prawie wszyscy zostali podjęci z wody w ciągu godziny od wypadku, przez przepływający w pobliżu statek, który był na tyle blisko, że załoga od razu zauważyła wybuch oraz morze płomieni. Jedna młoda kobieta dotarła do lądu wpław, niesiona przez prądy. Służby otrzymały informację o wypadku dopiero po ośmiu godzinach. Kolejne osiem zajęło wszczęcie poszukiwań, w trakcie których oficjalnie znaleziono tylko 21 ciał. Mieszkańcy okolicznych wysp twierdzili jednak później, że przez wiele dni po tragedii morze wyrzucało na brzeg ogromne ilości napuchniętych ciał, które grzebali w masowych mogiłach.

Nie wiadomo, ile osób właściwie zginęło. Po wielu latach dochodzeń i gromadzenia informacji na temat osób, zgłoszonych przez rodziny jako zaginione, stworzono listę prawdopodobnych pasażerów, liczącą 4341 pozycji. Po dodaniu załóg obu statków i odjęciu ocalałych daje to liczbę 4385 ofiar. Oznacza to najgorszą katastrofę w historii żeglugi w czasach pokoju. Przylgnęła do niej nazwa "azjatyckiego Titanica".

Tragiczny rekord największej liczby ofiar w ogóle przypada niemieckiemu statkowi pasażerskiemu Wilhelm Gustloff, który został zatopiony w 1945 roku na Bałtyku przez radziecki okręt podwodny. Płynący z Gdyni statek, formalnie okręt pomocniczy, był wypełniony po brzegi Niemcami uciekającymi przed nacierającą Armią Czerwoną. Nie wiadomo, ile osób zginęło, ale szacunki mówią o 6,6 tys. do niemal 10 tys. Niemal wszyscy zamarzli we wzburzonych zimowych wodach Bałtyku.

Zobacz wideo
Więcej o: