Ogród Białego Domu od prawie 30 lat jest cmentarzem dla szczątków ofiar AIDS. "Byli zmęczeni umieraniem"

Wiktoria Beczek
W 1992 roku aktywiści ACT UP przerzucili przez ogrodzenie Białego Domu prochy swoich bliskich, ofiar AIDS. Ogród oficjalnej rezydencji prezydenta USA stał się cmentarzem dla szczątków co najmniej kilkunastu osób.

12 października 1992 roku w "The Washington Post" pojawił się artykuł o tytule "Aktywiści AIDS rozrzucili prochy w Białym Domu". Były to prochy ich bliskich, których zabił zespół nabytego niedoboru odporności i bezczynność władz USA. Te ostatnie latami udawały, że pandemia AIDS nie istnieje, choć umierały dziesiątki tysięcy osób. Aktywiści grupy ACT UP rzucili prochy przez ogrodzenia na trawnik otaczający Biały Dom. Bo skoro administracje - kolejno Ronalda Reagana i George'a H.W. Busha - ignorowały zgony i pogrzeby ofiar AIDS, pogrzeby przyszły do nich. 

Inspiracją był David Wojnarowicz, artysta polskiego pochodzenia. W swoim pamiętniku zastanawiał się:

Jakby to było, gdyby za każdym razem, gdy na tę chorobę umierał ukochany, przyjaciel albo obcy, jego przyjaciele, ukochani, sąsiedzi zabrali jego ciało, zawieźli do Waszyngtonu i rzucili je na frontowe schody.

Wojnarowicz zmarł na AIDS w 1992 roku. Cztery lata później również jego prochy rozsypano w ogrodzie przed Białym Domem.  

 

Polityczne pogrzeby ofiar AIDS

Wcześniej ACT UP wychodziło na ulice z pustymi trumnami i nagrobkami, chcąc w ten sposób przyciągnąć uwagę opinii publicznej, ale to nie zdawało egzaminu. W końcu przemaszerowali pod Biały Dom dosłownie ze zwłokami. I nie chodziło już o to, by szokować i zwracać uwagę. Ashes Action było pogrzebem, częścią żałoby. Ogród Białego Domu stał się cmentarzem co najmniej 18 ofiar AIDS.

Politycznych pogrzebów było więcej. Trumnę z ciałem Marka Fishera zaniesiono do siedziby partii Republikańskiej. Tima Baileya - przed Biały Dom, ulicami Nowego Jorku przeszły procesje z trumnami Jona Greenberga i Aldyna Mckeana.  

"Byli zmęczeni umieraniem. Byli zmęczeni patrzeniem, jak ich przyjaciele umierają i byli zmęczeni tym, że rząd nie robił nic. Kiedy dochodzisz do ściany, rozrzucenie prochów najbliższej osoby w ogrodzie prezydenta wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem" - pisał S.E. Smith na łamach Catapult.

Milczenie = Śmierć

Ronald Reagan słowa "AIDS" użył dopiero w siódmym roku swojej prezydentury. Do tego czasu zmarło już ok. 20 tys. Amerykanów, a epidemia rozniosła się po świecie. Wysokie stanowisko w Białym Domu zajmował wówczas Pat Buchanan, który uważał, że AIDS to "zemsta natury na gejach". I nie był w tym osamotniony - w 1987 roku połowa Amerykanów uważała, że należy izolować osoby z AIDS, a 15 proc. chciało znakować je tatuażami.

Homofobiczne podejście Reagana kontynuował Bush, wcześniej wiceprezydent, który już po Ashes Action stwierdził, że AIDS to choroba, którą samemu się wybiera. I choć ówczesny prezydent zapewniał, że robi, co może, jego administracja cięła budżet na badania nad lekami. 

ACT UP przykuwali się łańcuchami w siedzibie Agencji Żywności i Leków (FDA), okupowali giełdę na Wall Street, robili, co mogli, by zaczęto działać. W USA nie przeznaczano wówczas pieniędzy na leczenie, edukację, testowanie leków czy badanie zakażonych. FDA nie chciała przyspieszyć mogącego trwać nawet dziesięć lat okresu sprawdzania leków, a korporacje medyczne próbowały chorym wciskać leki, które nie sprawdziły się w leczeniu nowotworów. Ofiary AIDS umierały w ciszy, bo - jak głosi najsłynniejsze hasło ACT UP - "Milczenie = Śmierć".

Milczenie = ŚmierćMilczenie = Śmierć Domena publiczna

"Nigdy się z tym nie pogodzisz"

W końcu w 1996 roku Agencja Żywności i Leków zaakceptowała HAART, terapię składającą się z mieszanki leków antyretrowirusowych. To oznaczało, że HIV przestał być wyrokiem śmierci. Dziś dzięki stosowaniu HAART zakażona osoba może dożyć później starości. 

Eric Sawyer, jeden z aktywistów ACT UP, po latach mówił w rozmowie z Out.com o tym, jak czuje się w Światowy Dzień Walki z AIDS:

Ból jest jeszcze bardziej wyraźny. Kiedy traci się tak wielu ludzi, żal i smutek jest tak wielki i tak głęboki - tylu ludzi zmarło tak szybko, jeden po drugim - bo nigdy nie było nam dane przeżyć żałoby. Dlatego Ashes Actions były tak trudne i niosło taki ładunek emocjonalny. Kiedy niesiesz prochy swojego ukochanego czy przyjaciela, by rozrzucić je na trawniku przed Białym Domem - nigdy się z tym nie pogodzisz.
Więcej o: