Jeden na Białorusi ruszył, 23 kolejne powstają na świecie. Reaktory to jedno z największych dóbr Rosji [TAKA CIEKAWOSTKA]

Rosja i reaktory jądrowe - to połączenie zazwyczaj dla nikogo nie brzmi dobrze. Bo Czarnobyl. Niezależnie od tego, reaktory jądrowe to jeden z najcenniejszych produktów eksportowych Rosji. Rosatom jest światowym liderem, jeśli chodzi o portfel zamówień. Dopiero co uruchomił pierwszy reaktor na Białorusi.

Wywołująca duże kontrowersje elektrownia w Ostrowcu w tym tygodniu oficjalnie zaczęła zasilać białoruską sieć energetyczną. Rektor numer 1 został do niej podłączony 3 listopada. Wywołało to kolejną falę protestów ze strony zwłaszcza Litwy, ponieważ nowa białoruska elektrownia jest położona zaledwie 40 kilometrów od przedmieść Wilna. W odpowiedzi Litwini zawiesili handel energią elektryczną z Białorusią. Podobnie uczyniła Łotwa.

Obaw związanych z elektrownią jest szereg. Od lokalizacji, przez niechęć Białorusinów do dzielenia się informacjami ze światem, po serię wypadków na budowie. Na dodatek nakłada się na to trauma wywołana przez katastrofę w Czarnobylu, której efekty najbardziej odczuła ówczesna Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka. Szczegółowo opisywaliśmy to na początku roku, kiedy deklarowano rychły rozruch pierwszego reaktora. W końcu opóźnił się jednak aż do października. Drugi reaktor w Ostrowcu ma zostać uruchomiony w przyszłym roku. Budowa elektrowni, według planów, ma zostać sfinalizowana w 2022 roku.

Bardzo ciekawe wideo pokazujące drogę obudowy reaktora do wnętrza elektrowni Ostrowiec. Widać wiele szczegółów konstrukcji.

 

Nikt inny nie buduje tylu reaktorów

Rosjanie są obecnie globalnym liderem, jeśli chodzi o eksport elektrowni jądrowych. Na chwilę obecną, nie licząc tych białoruskich, budują pięć kolejnych. Dodatkowo Rosjanie twierdzą, że mają jeszcze 29 zamówień, choć nie wiadomo, ile z tych ostatnich faktycznie zostanie zrealizowanych. Wartość portfel zamówień ma sięgać 130 miliardów dolarów.

Tak naprawdę rosyjski przemysł jądrowy jest jedynym, który odnosi na świecie większe sukcesy eksportowe. Amerykanie od dekad nie sprzedali ani jednej elektrowni. Podobnie Japończycy, pomimo wielu prób i nawet podpisanych wstępnych umów. Jedynie Francuzom coś się udaje, ale w porównaniu z wynikami Rosjan, to drobne. Razem siedem reaktorów budowanych i planowanych.

Czarnobyl Czarnobylem, ale jest faktem, że rosyjski przemysł energetyki jądrowej ma ogromne doświadczenia z czasów ZSRR. Lata 90. przetrwał ledwo, ledwo, ale dzięki wydatnemu wsparciu państwa na początku wieku, jego losy się odwróciły. Dzisiaj Rosatom, czyli państwowy koncern odpowiedzialny za cały przemysł jądrowy, jest jedną z pereł w koronie Kremla. Oczywiście nie osiąga takich dochodów z eksportu (góra kilka miliardów dolarów rocznie) jak koncerny sprzedające ropę (około 250 miliardów dolarów w 2019 roku), czy gaz, ale jego produkt jest zaawansowany technicznie i przyszłościowy. Czyli odwrotnie od produktów przemysłu wydobywczego.

Atrakcyjna oferta na kredyt

W czym tkwi źródło sukcesu Rosjan? Ich reaktory nie są jakimś wybitnym cudem techniki. Najczęściej kupowany jest reaktor taki, jakie powstały na Białorusi, VVER-1200. Skrót VVER oznacza "wodno-wodny reaktor energetyczny", a 1200 moc w megawatach. To najpopularniejszy radziecki, a teraz rosyjski, reaktor wodno-ciśnieniowy. Jego pierwszą wersję opracowano w latach 70., ale do dzisiaj wielokrotnie zmodernizowano i zwiększono moc. Ma zupełnie inną konstrukcję niż ten z Czarnobyla. Tamtejszy, RBMK, był specyficznym radzieckim pomysłem bez szczelnej ciśnieniowej obudowy rdzenia, co istotnie przyczyniło się do skali katastrofy w 1986 roku. Opracowany w latach 70. VVER jest natomiast zbudowany podobnie do standardowych reaktorów zachodnich, a co za tym idzie znacznie bezpieczniejszy. Rdzeń jest zamknięty w solidnej stalowej obudowie, ważącej niemal 400 ton.

Rosjanie twierdzą, że ich reaktory i elektrownie mają wszystkie konieczne systemy bezpieczeństwa i nie odstają w tym zakresie od współczesnych konstrukcji zachodnich, czy japońskich. Mają to potwierdzać certyfikaty Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Co więcej, szereg elektrowni budowanych przez Rosatom, jest częściowo wyposażanych w systemy kontroli i bezpieczeństwa produkcji zachodniej. Na przykład Tianwan w Chinach, czy Kudankulam w Indiach. Nawet te budowane współcześnie w Rosji mają elementy zachodnie.

Skoro więc sama technologia jest podobna do zachodniej, a nawet w pewnym stopniu ją wykorzystuje, to gdzie źródło sukcesu? W całej otoczce biznesowej. Rosjanie oferują bardzo dobre warunki finansowe transakcji i przystępne kredyty. Do tego Kreml daje Rosatomowi silne wsparcie polityczne na najwyższym szczeblu. Kiedy w 2018 roku rozpoczęto budowę pierwszej tureckiej elektrowni jądrowej Akkuyu, to pomimo trudnych relacji obu państw, prezydenci Recep Erdogan i Władimir Putin zgodnie przecinali uroczyste wstęgi.

Dzięki takiemu połączeniu technologii na światowym poziomie, przystępnych cen, dużych kredytów i wsparcia politycznego, Rosjanie zdołali stać się dostawcą energetyki jądrowej dla państw, które nie należą do najbogatszych: Białorusi, Bangladeszu, Egiptu, Słowacji czy Węgier.

Uzależnienie na dekady

Atrakcyjna rosyjska oferta ma jednak drugie oblicze. Drugie to poważne uzależnienie od Rosji. Elektrownia jądrowa to inwestycja na kilkadziesiąt lat. W przypadku tych opartych o reaktory VVER-1200, co najmniej 60. Kredyty udzielone przez rosyjski rząd nie są dobroczynnością. Biedniejsze państwa będą je spłacać po kilkadziesiąt lat. Na przykład Białoruś pożyczyła od Rosji na elektrownię w Ostrowcu dziesięć miliardów dolarów, które i tak w zdecydowanej większości wróciły do rosyjskich firm. Białorusini będą tę kwotę spłacać z odsetkami przez minimum 35 lat.

Kredyt to tylko jedna kwestia. Elektrownię trzeba przez te kilkadziesiąt lat utrzymać. Nowe wkłady paliwowe trzeba sprowadzać z Rosji, a stare oddawać do utylizacji. Do tego różne remonty, modernizacje, szkolenia, części zamienne... To zasada sprawdzająca się w wielu gałęziach przemysłu. Zakup sprzętu to tylko pierwszy krok i niekoniecznie najbardziej kosztowny. Potem jego utrzymanie przez dekady zazwyczaj kosztuje jeszcze więcej. Na tym najwięcej zarabiają producenci.

Taki układ daje Rosji ogromny wpływ na swoich klientów. Elektrowni jądrowej nie można ot tak wyłączyć i zamknąć. Nie pozwalają na to względy bezpieczeństwa, no i fakt, że skądś trzeba wziąć zastępcze źródło energii. Elektrownia w Ostrowcu, po osiągnięciu pełnej mocy, będzie generowała tyle energii, ile obecnie generuje połowa innych białoruskich elektrowni. Oznacza to możliwość wyłączenia szeregu tych starszych, mniejszych, głównie napędzanych rosyjskim gazem. Teoretycznie ma to zmniejszyć uzależnienie od Rosji, ale z drugiej strony do ciągłej, bezpiecznej eksploatacji elektrowni w Ostrowcu i tak jest konieczna współpraca z Rosjanami.

Podobne uzależnienie będzie dotyczyć Polski, jeśli kiedykolwiek uda się zrealizować plany budowy elektrowni jądrowej. Tylko w naszym wypadku byłoby to uzależnienie najpewniej od Amerykanów. Choć wydaje się to mało realne, biorąc pod uwagę dotychczasowe tempo działania w tym zakresie i nieuchronny kryzys gospodarczy wywołany pandemią.

Zobacz wideo