Nie tylko wybory prezydenta. Walka o Senat jest równie zacięta, a Oregon przestaje ścigać za twarde narkotyki

Pojedynek Donalda Trumpa z Joe Bidenem przyciąga prawie całą uwagę. To jednak niejedyna wyborcza rywalizacja rozgrywająca się obecnie w USA. Wybierana jest też cała Izba Reprezentantów, oraz część Senatu. Zwłaszcza wybory do tej drugiej izby, są wyjątkowo zacięte i jest możliwy remis.

Choć w amerykańskim systemie politycznym prezydent jest najważniejszy, to jednak układ sił w Kongresie ma ogromne znacznie. Od niego zależy, czy przyszła prezydentura będzie przebiegać w rytmie szybko i sprawnie wprowadzanych zmian i reform, czy będzie frustrującą walką o realizację przynajmniej części planów.

Aktualne wyniki głosowania na prezydenta i kiedy możemy się spodziewać rozstrzygnięcia

Na chwile obecną demokraci są blisko największej nagrody, potrójnego zwycięstwa. Jeśli będą mieli prezydenta i kontrolę obu izb Kongresu, to najbliższe lata będą dla USA wyraźnym skrętem w lewo. Dużo zależy jednak od głosowania ws. Senatu, a tutaj wbrew sondażom, republikanom idzie bardzo dobrze. Sprawa wygląda na stojącą na ostrzu noża. Może być wręcz remis, i to po dogrywkach.

Donald TrumpWybory prezydenckie w USA. Trwa liczenie głosów. Donald Trump: Przestańcie!

Wielka kumulacja

Amerykanie wszystkie swoje głosowania ogólnokrajowe, czyli federalne, urządzają w pierwszy wtorek listopada (z zastrzeżeniem, że nie może to być pierwszy dzień miesiąca, inaczej głosowania będą w drugi wtorek listopada).

Cały ich kalendarz wyborczy układa się w wyraźny cykl. Co cztery lata mają kumulację, w postaci wyborów prezydenta, Izby Reprezentantów i co trzeciego członka Senatu. Co dwa lata mają mniejszą kumulację w postaci wyborów Izby Reprezentantów i co trzeciego członka Senatu. Wszystkie te głosowania odbywają się tylko w latach parzystych. Na nieparzyste przypadają tylko nadzwyczajne wybory uzupełniające do Kongresu, kiedy ktoś umrze, albo z jakiegoś innego nadzwyczajnego powodu straci stanowisko.

W tym roku jest duża kumulacja. Najwięcej uwagi przykuwa wybór prezydenta, ale wybierani się też wszyscy 435 członkowie Izby Reprezentantów, oraz 35 członków Senatu (33 w normalnym trybie oraz dwóch nadzwyczajnie po jednej śmierci i jednej rezygnacji).

Bitwa o Senat

W Izbie Reprezentantów, czyli izbie niższej amerykańskiego Kongresu, Partia Demokratyczna broni większości. I z dużym prawdopodobieństwem ją obroni, choć ze stratami. Do tej porty demokraci mieli 233 głosy, a republikanie 201. Nie ma jeszcze pełnych wyników, i amerykańskie media podają na razie różne wyniki. Demokraci mieli już jednak stracić od pięciu, do ośmiu miejsc. Wyniki republikanów są lepsze od przewidywanych. Jednak do większości w Izbie Reprezentantów jest konieczne mieć ich 218, i jest właściwie pewne, że demokraci tyle uzbierają z naddatkiem.

Znacznie mniej pewna sytuacja jest w Senacie. Tutaj to Partia Republikańska broni większości 53 głosów. Sondaże wskazywały, że najprawdopodobniej ją utraci, ale w tym wypadku republikanie też lepiej wypadli w głosowaniu, niż w badaniach. Obronili szereg miejsc, w których demokraci mieli nadzieję wygrać. Stracili tylko po jednym senatorze z Arizony i Colorado, ale w zamian zyskali jednego w Alabamie. Obecny stan posiadania to po 48 miejsc w Senacie.

Sytuacja nie jest rozstrzygnięta w czterech okręgach. Dwóch w Georgii i po jednym w Karolinie Północnej i na Alasce. W tym ostatnim stanie wyraźnie prowadzi kandydat Partii Republikańskiej, ale jego przewaga jest znacznie mniejsza, niż się spodziewano i nie ma jeszcze całkowitej pewności, że wygra. Tak samo w Karolinie Północnej, gdzie republikanin prowadzi, ale nieznacznie.

W Georgii sytuacja też jest niepewna. W jednym z okręgów jest możliwe, że kandydat republikanów, David Perdue, nie zdobędzie ponad 50 procent głosów, za sprawą bardzo dobrego wyniku demokratycznego rywala Jona Ossoffa, oraz kandydata niezależnego (owszem, tacy są, choć zazwyczaj nawet się o nich nie wspomina, bo zdobywają kilka procent głosów) Shana Hazela. Zgodnie z prawem wyborczym stanu, będzie to oznaczało dogrywkę w styczniu, tym razem z udziałem tylko dwóch kandydatów z najlepszymi wynikami. I nikt nie odważy się przewidywać, kto wygra, bo różnice są minimalne.

Dodatkowo w Georgii trwa też proces wyłaniania senatora w innym okręgu. Tu sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo chodzi o zastąpienie senatora, który w 2019 roku zrezygnował z zasiadania w Senacie. Zgodnie z prawem stanowym, oznacza to specjalne wybory, bez prawyborów i wyłonienia po jednym kandydacie Partii Demokratycznej oraz Partii Republikańskiej. Do walki stanęło więc łącznie 20 osób. Żadna nie uzyskała ponad 50 procent głosów, czyli będzie dogrywka pomiędzy dwójką z najlepszymi wynikami. Oznacza to kolejne głosowanie w styczniu. Republikanka Kelly Loeffler jest faworytką, ale demokrata Raphael Warnock może jej zagrozić.

Wbrew wcześniejszym przewidywaniom Partia Republikańska może więc obronić Senat, co znacznie utrudni rządzenie spodziewanemu przyszłemu prezydentowi, Joe Bidenowi. Nie jest jednak wykluczone, że dojdzie do remisu. Po 50 głosów. Wówczas oznacza to jednak wygraną Partii Demokratycznej, ponieważ w takiej sytuacji wiceprezydent ma dodatkowy rozstrzygający głos. A wiceprezydentem z dużym prawdopodobieństwem będzie Kamala Harris, startująca u boku Bidena.

Joe BidenWybory w USA. Joe Biden: Po zakończeniu liczenia głosów będziemy zwycięzcami

Demokracja lokalna w działaniu

Na marginesie wyborów prezydenckich i do Kongresu, odbywały się też wybory gubernatorów w 11 stanach. Tu nie było jednak bliskich rywalizacji, zaskoczeń i wielkich zmian. Zgodnie z przewidywaniami w ośmiu stanach wygrali kandydaci republikanów, a w trzech demokratów.

Dodatkowo w 32 stanach wyborcy głosowali nad łącznie 120 pytaniami referendalnymi. Jednym z najgłośniejszych było głosowanie nad tak zwaną "Propozycją 22" w Kalifornii. Jej celem było takie zmodyfikowanie stanowego prawa pracy, aby kierowcy takich firm jak Uber, czy Lyft (bardzo popularna w USA konkurencja dla Ubera), nie byli traktowani jako normalni pracownicy na etacie. Czyli nie będą mieli gwarantowanej pensji minimalnej, ubezpieczenia na wypadek choroby, płatnych nadgodzin, czy prawa do zasiłku. W zamian mają zyskać swobodę i elastyczność zatrudnienia, oraz pewne szczątkowe przywileje. Korporacje wydały na kampanię ponad 200 milionów dolarów, co jest rekordem w historii kalifornijskich referendów. W efekcie wygrały referendum wyraźną większością, a giełda zareagowała znacznymi wzrostami kursu ich akcji.

Dodatkowo szereg stanów głosowało nad dalszą depenalizacją narkotyków. Najdalej poszedł Oregon, gdzie obywatele poparli wniosek o złagodzenie kar za posiadanie niewielkich ilości twardych narkotyków. Zamiast poważnych zarzutów karnych, będzie groziła jedynie grzywna do stu dolarów. W Arizonie, Dakocie Południowej, Montanie i New Jersey zagłosowano za legalizacją marihuany do celów rekreacyjnych, a w Mississippi do celów medycznych. Oznacza to, że już w 15 stanach ten miękki narkotyk jest legalny, a w 16 kolejnych nie jest karane posiadanie niewielkich ilości. W 35 stanach dopuszczona jest do celów medycznych.

Głosowano też nad szeregiem innych lokalnych spraw, takich jak zmiany w kodeksach podatkowych, systemie edukacji, czy sądowniczym. Wybierano też szeryfów i sędziów. Ogólnie kilka ostatnich dni w USA to wielki festiwal głosowań. Nie tylko tych, które śledzi cały świat.

Zobacz wideo
Więcej o: