Ostatnie sondaże przed wyborami w USA. Trump odrobił cześć strat i nic nie jest pewne

Jeszcze miesiąc temu sondaże w USA mocno wskazywały na zwycięstwo Joe Bidena. Jednak do dnia wyborów sytuacja się skomplikowała. Donald Trump odrobił cześć strat i nie jest na z góry straconej pozycji.

Wtorek to dzień wyborów prezydenckich w USA. Choć tak naprawdę Amerykanie głosują już od ponad miesiąca. Ze względu na rekordową liczbę głosów oddanych przed terminem i problem z ich przeliczeniem na wynik wyborów możemy czekać wiele dni. Potem do gry mogą wkroczyć jeszcze prawnicy obu stron, co jeszcze bardziej odwlecze dzień, kiedy dowiemy się, kto będzie w kolejnej kadencji prezydenta USA.

Jednak gdyby wierzyć sondażom, to będzie nim demokrata Joe Biden. Większość badań daje mu wyraźną przewagę i zdecydowanie większe szanse na zwycięstwo. Są one jednak mniejsze niż miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy pisaliśmy o amerykańskich sondażach. Trump odrobił część strat. W kilku kluczowych stanach walka jest bardzo wyrównana i wszystko może się zdarzyć.

embed

Ostateczny głos mają elektorzy, nie wyborcy

Ogólnie Biden ma ciągle wyraźną przewagę w sondażach. W skali całych USA, po zliczeniu i uśrednieniu tysięcy różnych badań opinii publicznej, może liczyć na 51,2 procent głosów. Trump na 43,5 procent. Oznacza to przewagę 7,7 procent na rzecz Bidena. Niezdecydowanych wyborców ciągle jest 5,3 procent. Jest niemal pewne, że Biden wygra, jeśli chodzi o liczbę głosów wyborców w skali kraju.

W amerykańskim systemie wyborczym decyduje jednak to, ile głosów kandydat będzie miał w Kolegium Elektorskim. To ciało, które formalnie wybiera prezydenta. Każdy stan kieruje do niego określoną liczbę elektorów, którzy prawie zawsze (zdarzyły się odstępstwa od tej reguły, ale incydentalnie) oddają głos na tego kandydata, który wygra w ich stanie. Elektorów jest łącznie 538. Większość konieczna do wybrania prezydenta to 270 głosów. W praktyce amerykańskie wybory prezydenckie sprowadzają się więc do tego, kto pierwszy wygra w tylu stanach, aby zebrać 270 głosów. A stan stanowi nierówny. Te ludniejsze mają więcej głosów elektorskich. Na przykład Kalifornia 55, wobec trzech z Montany.

Jeszcze kilka tygodni temu sondaże wskazywały, że Trump właściwie nie ma szans na zwycięstwo, ponieważ Biden może być pewny ponad 270 głosów elektorskich. Z czasem demokrata stracił jednak wyraźne prowadzenie w kilku kluczowych stanach. Nadal ma jednak zdecydowanie bliżej do zwycięstwa.

Zobacz wideo

Przewidywany rozkład głosów

Według portalu 270toWin, na podstawie którego przygotowujemy naszą grafikę, ostatnie sondaże dają Bidenowi, z dużym prawdopodobieństwem, 258 głosów elektorskich. Trumpowi 125. Stany z brakiem wyraźnego prowadzenia któregoś z kandydatów, to 155 głosów. Gdyby nie zachowywać ostrożności i rozdzielić całą pulę na podstawie tego, kto ma choćby minimalne prowadzenie w sondażach w danym stanie, to wychodzi 321 głosów dla Bidena i 217 dla Trumpa.

Drugi duży portal gromadzący dane z sondaży to RealClearPolitics. Według niego Biden może liczyć na 216 pewnych głosów. Trump na 125. Nieokreślonych jest 197. Gdyby rozdzielić je analogicznie jak wcześniej, Biden może liczyć na 319 głosów, a Trump na 219.

Ostatni z dużych portali tego rodzaju to FiveThirtyEight. Ten prowadzi jednak trochę inne obliczenia i prezentuje głównie swoje przewidywanie, bazujące na analizie statystycznej sondaży. Szanse Bidena na zwycięstwo są określane jako 90 proc. Rozdział głosów elektorskich jest szacowany na 348 do 190.

Co może się stać. Syntetyczne ujęcie Marcina Gadzińskiego, byłego korespondenta "Gazety Wyborczej" w USA

Czy Trump znów zaskoczy?

Teoretycznie wszystko wydaje się już przesądzone, ale sytuację komplikuje fakt, że sondaże zawsze mają pewien margines błędu. W kilku dużych stanach dysponujących dużą pulą głosów elektorskich różnica pomiędzy oboma kandydatami jest niewielka. W granicach lub blisko możliwego błędu statystycznego. Za kluczowe uznaje się stan Floryda z 29 głosami i Pensylwania z 20 głosami. Dodatkowo blisko równowagi jest Teksas z 38 głosami, Ohio z 18, Georgia i Michigan z 16, Karolina Północna z 15 oraz jeszcze kilka mniejszych.

Według przewidywań portalu FiveThirtyEight to Pensylwania z największą dozą prawdopodobieństwa zadecyduje o zwycięzcy. Jeśli Biden obroni ten stan (ma tam niewielką przewagę), to Trump może zapomnieć o wygranej. Jeśli stanie się odwrotnie, to będzie miał szansę, pomimo ponownego bycia skazanym na porażkę. Żeby tak się jednak stało, to znów musiałoby dojść do poważnego i powszechnego niedocenienia go w sondażach. On sam i jego zwolennicy ciągle na to liczą. Na powtórkę z 2016 roku, kiedy też według sondaży miał przegrać. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że to płonne nadzieje.

W 2016 roku sondaże okazały się zawierać maksymalny błąd statystyczny na rzecz Hillary Clinton. W skali kraju trzy punkty procentowe. Jednak w pewnych stanach było to nawet ponad sześć. Tyle wystarczyło, żeby wbrew przewidywaniom Trump wygrał w "Pasie Rdzy", czyli kilku podupadłych, postindustrialnych stanach na północnym-zachodzie USA. Na przykład w Pensylwanii Clinton miała mieć dwa punkty procentowe przewagi, a wygrał Trump z jednym. W Wisconsin miało to być aż sześć punktów dla Clinton, a i tak wygrał Trump z niecałym punktem. W Michigan adekwatnie 3,4 punktu i 0,3 punktu. Tylko te trzy stany to 46 głosów elektorskich. To zapewniło Trumpowi zaskakujące zwycięstwo.

Zobacz wideo

Po blamażu, którym były poprzednie wybory, firmy sondażowe musiały poważnie przyjrzeć się swoim metodom. Teraz twierdzą, że odrobiły lekcje. Głównie polegają one na zwiększeniu znaczenia w sondażach słabo wykształconych białych mężczyzn, czyli jednej z bardziej licznych grup wyborców w "Pasie Rdzy". W 2016 roku ich nie doceniono, a to oni dali zwycięstwo Trumpowi.

Kolejny czynnik przemawiający przeciw kolejnemu zaskakującemu zwycięstwu Trumpa to liczba niezdecydowanych wyborców. W 2016 roku, w przededniu wyborów, było ich aż 12,5 procent. Najwięcej od dwóch dekad. I to ich decyzje w ostatnich dniach przed głosowaniem, miały ogromne znaczenie, bo były głównie na korzyść Trumpa. Teraz niezdecydowanych jest o ponad połowę mniej. Na dodatek w 2016 Clinton miała bardzo duży elektorat negatywny. 54 procent ankietowanych twierdziło, że jej nie lubi. Biden ma wyraźnie lepszy wynik, bo pozytywnie ocenia go nieco ponad 50 procent ankietowanych. Może więc przyciągnąć więcej niezdecydowanych.

Niezależnie od tego po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej jest silne przekonanie, że Trump w tym roku też zaskoczy. Że ma wielu "nieśmiałych zwolenników", którzy wstydzą się przyznać, iż chcą na niego zagłosować. I że to oni zaważą o zwycięstwie. Większość ekspertów twierdzi, że to mit. Jednak nie brakuje też analiz i sondaży wskazujących, że tak naprawdę Trump ma przewagę w szeregu kluczowych stanów. Kilka najbliższych dni to pokaże. Choć może okazać się, że wygra nie ten kandydat, który będzie miał większe poparcie, ale sprawniejszych prawników.

Rozwój wydarzeń będzie można śledzić w specjalnej wyborczej relacji na żywo na Gazeta.pl

Zobacz wideo