Dzisiaj głosowanie, ale na wynik możemy czekać długo. To będzie trudny czas dla Amerykanów

W środę rano obudzimy się w jeszcze bardziej chaotycznym roku 2020. Nad ranem naszego czasu Amerykanie skończą głosować w wyborach prezydenckich i tym samym otworzą puszkę Pandory. Ustalenie, kto wygrał, może zająć kilka tygodni, które będą bardzo, ale to bardzo trudne dla USA.

Amerykanie już szykują się na ten czas niczym na nadchodzącą wojnę domową. Zwolennicy obu stron mobilizują się i szkolą. Waszyngton przygotowuje się do opanowania ewentualnych zamieszek. Wszystko przez pandemię, która mocno skomplikowała głosowanie, oraz rozmyślne działania Donalda Trumpa i jego zwolenników. Robią, co mogą, aby podważyć prawdopodobne zwycięstwo ich przeciwnika, Joe Bidena.

Polskie wybory są znacznie prostsze

Zazwyczaj było prościej. To, kto został nowym prezydentem USA, było wiadomo w ciągu kilku godzin, góra pół dnia, po zamknięciu lokali wyborczych. Ten kandydat, który pierwszy wygrał w odpowiedniej liczbie stanów i zdobył co najmniej 270 głosów elektorskich, mógł ogłosić swoje zwycięstwo. Przeciwnik uznawał swoją porażkę. Temat był zamknięty.

W tym roku ten system najpewniej nie zadziała tak sprawnie. Problem w tym, że USA mają złożony proces wyborczy. W Polsce cały kraj działa na podstawie jednego zestawu zasad i podstawowym sposobem głosowania jest osobiste udanie się do komisji wyborczej. W USA przebieg wyborów różni się w zależności od stanu i sposobów na oddanie głosu jest znacznie więcej.

Amerykańscy obywatele mogą, jeśli chcą, bez problemu oddać głos w komisji wyborczej wcześniej. Od kilku do nawet kilkudziesięciu dni przed formalną datą wyborów. Co więcej, w większości stanów mogą też, bez podana przyczyny, głosować listownie, a ich głosy będą ważne, nawet jeśli dotrą do komisji wyborczych po formalnym dniu głosowania. Szczegóły różnią się w zależności od stanowych rozwiązań i jest ich za dużo, żeby nad wszystkimi dokładnie się pochylać.

Kluczowe znaczenie ma jednak to, że głosy wysłane pocztą zazwyczaj przelicza się po zamknięciu komisji wyborczych i trzeba to robić tradycyjnie, ręcznie. Natomiast głosy oddane osobiście w komisjach wyborczych przeważnie zliczane są mechanicznie lub elektronicznie, ponieważ Amerykanie w zdecydowanej większości komisji nie mają kartek i urn, ale maszyny do głosowania. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że szereg stanów dopuszcza oddanie tak zwanego "głosu tymczasowego", jeśli wyborca na przykład oddał wcześniej głos listownie, ale potem z jakiegoś powodu zapragnął zrobić to osobiście, albo jest jakiś problem z potwierdzeniem jego prawa do głosowania. Takie głosy też zlicza się z opóźnieniem.

Dotychczas zazwyczaj sprawnie sobie z tym radzono i wszystkie głosy oddane wcześniej były zliczone najpóźniej w ciągu kilku godzin po formalnym zakończeniu głosowania w komisjach. Te, które przychodziły pocztą później lub były "głosami tymczasowymi", zazwyczaj były na tyle nieliczne, że nie mogły istotnie wpłynąć na wynik. W tym roku szaleje jednak pandemia, która szczególnie mocno dotknęła USA. Spodziewana jest rekordowa liczba głosów oddanych wcześniej. Do trzeciego października miało być ich już niemal sto milionów, podczas gdy w wyborach cztery lata temu ogólnie zagłosowało tylko 139 milionów osób. I już są sygnały, że system się zatyka. Trump i jego zwolennicy tylko na to czekają.

Według dziennika "New York Times" rysuje się perspektywa masowych opóźnień. W odpowiedzi na pytania dziennikarzy tylko osiem stanów zadeklarowało, że do południa czwartego października będzie mogło podać wstępne wyniki po podliczeniu 98 procent głosów. W dwóch kluczowych stanach, które mogą zaważyć na tym, kto wygra, Michigan i Pensylwanii, pełne wyniki są spodziewane dopiero po kilku dniach.

Przygotowana przez "NYT" tabelka z informacjami o tym, kiedy który stan przewiduje podanie wstępnych wyników, jak długo będzie akceptował głosy listowne i czy w ogóle akceptuje "głosy tymczasowe", uświadamia skalę skomplikowania amerykańskich wyborów.

Wiatr został już zasiany

Badania socjologiczne wykazują, że istnieje różnica w podejściu do sposobu głosowania w zależności od preferencji politycznych. Wyborcy demokraty Joe Bidena stosunkowo częściej wybierają inne metody oddania głosu niż w lokalu wyborczym w ostatnim dniu głosowania. W tym roku może to być szczególnie prawdziwe, ponieważ demokraci bardziej obawiają się koronawirusa niż republikanie. Oznacza to, że wiele głosów na Bidena może zostać zliczonych później niż tych oddanych na Trumpa. Republikanie stosunkowo częściej wybierają bowiem osobiste głosowanie w dniu wyborów. Dodatkowo mniej obawiają się koronawirusa, więc w tym roku mogą odpowiadać za jeszcze większą część najszybciej zliczanych głosów.

Jest więc możliwe, że w noc wyborczą to Trump będzie wyglądał na faworyta, ale później sytuacja się zmieni. Można się wobec tego spodziewać, że prezydent i jego zwolennicy będą próbowali grać narracją o fałszerstwach i "ukradzionej wygranej". Trump już od miesięcy zaciekle atakuje głosowanie przedterminowe i listowne. Prezydent nieustannie twierdzi, że zwłaszcza ten drugi sposób jest wysoce podatny na fałszerstwa. Niezależne statystyki tego nie potwierdzają, a bardziej umiarkowani przedstawiciele Partii Republikańskiej sprzeciwiają się takiej retoryce (istotna część starszych, konserwatywnych wyborców wybiera taki sposób głosowania). Prezydent zasiał jednak ziarno niepewności i wyznaczył cel do ataków.

Dodatkowo nominował w czerwcu swojego zagorzałego zwolennika, Louisa DeJoya, szefem państwowej poczty (USPS - US Postal Services), która w większości stanów jest odpowiedzialna za przesyłanie głosów oddanych listownie. Ten szybko wprowadził szeroko zakrojoną restrukturyzację firmy. Argumentował to kwestiami finansowymi, jednak demokraci i wielu ekspertów twierdzili, że to próba storpedowania głosowania listownego. Efektem zmian ma być spowolnienie procesu dostarczania poczty i sprawienie, że część głosów dotrze po terminie. Po fali krytyki DeJoy oznajmił, że zawiesza swoje reformy do czasu wyborów, ale na przykład ponad 600 maszyn sortujących, usuniętych z różnych placówek pocztowych, nie zostanie uruchomionych ponownie.

Prawnicy już zaczęli zmagania

Walka trwa też na froncie prawnym. W szeregu stanów demokraci wnioskują do sądów o wydłużenie czasu na zliczanie głosów listownych, a republikanie starają się te okresy skrócić. W kilku przypadkach sprawy oparły się o Sąd Najwyższy. I tak na przykład w jednym z kluczowych stanów, Wisconsin, wygrali republikanie i zliczane będą tylko te głosy listowne, które dotrą do komisji do dnia wyborów. W przypadku drugiego kluczowego stanu, Pensylwanii, stało się odwrotnie. Sąd Najwyższy stwierdził, że decyzja podjęta przez sąd stanowy o wydłużeniu tego czasu o sześć dni jest legalna. W Teksasie tamtejszy sąd najwyższy odrzucił wniosek republikanów o unieważnienie 130 tysięcy głosów, oddanych w specjalnych komisach wyborczych drive-through. Sprawa dotyczyła konkretnie hrabstwa Harris, w którym znajduje się największe miasto Teksasu, Houston. W ostatnich latach skręciło ono na lewo i Biden ma w nim duże poparcie.

Tego rodzaju prawne przepychanki trwają w wielu stanach i niemal na pewno będą trwały też po wyborach. Obie strony będą starały się na wszelkie sposoby podważać legalność głosów oddanych tam, gdzie spodziewana jest przewaga przeciwnika. Czy to oskarżeniami o fałszerstwa, czy o błędy w procedurach, czy o przekroczenie terminów.

Na to wszystko nakłada się fakt, że Trump odmawia zadeklarowania, że zaakceptuje swoją porażkę. Wiele razy pytano go o to wprost, ale zawsze unika jednoznacznej odpowiedzi. Już pod koniec września mówił, że jego zdaniem wybory mogą oprzeć się o Sąd Najwyższy. Teraz stwierdził, że kiedy tylko zostaną zamknięte komisje wyborcze, to "ruszamy z prawnikami" do kluczowych stanów. Mają oni drobiazgowo weryfikować poprawność głosów oddanych listownie.

W dobie napięć w USA spowodowanych pandemią, falą demonstracji o podłożu nierówności społecznych i rasowych oraz polaryzacją amerykańskiego społeczeństwa brak pewnego wyniku wyborów przez wiele dni oraz kwestionowanie całego procesu przez Trumpa może prowadzić do skrajnego rozchwiania nastrojów. Sprzedaż broni w ostatnich miesiącach w USA bije rekordy. Jest prawie o połowę większa niż w i tak rekordowym roku 2019. Według niektórych sondaży nawet 40 procent obywateli USA jest przekonanych, że ich kraj zmierza ku kolejnej wojnie domowej. Zakładając wybuch przemocy po wyborach, w poniedziałek w Waszyngtonie rozpoczęto stawianie dodatkowych barykad wokół Białego Domu. Sklepy i biura w okolicy zabudowują swoje witryny drewnianymi płytami. Powszechne jest oczekiwanie, że nadchodzą trudne dni.

W noc wyborczą na Gazeta.pl będziemy prowadzili specjalną relację na żywo.

Zobacz wideo
Więcej o: