Ostatnia debata przed wyborami. "Trump nie stanął w ogniu", ale to za mało, by pomóc w sondażach

"Trump nie stanął w ogniu, ale kłamał jak Pinokio" - tak ostatnią debatę przed wyborami w USA skomentował jeden z dziennikarzy CNN. W przeciwieństwie do chaotycznej pierwszej debaty, tym razem wyborcy mogli posłuchać, co Donald Trump i Joe Biden mają im do powiedzenia. Ale dla Trumpa nie było wygodnych tematów, które mogłyby dawać mu nadzieję na odbicie w sondażach. Pokazał też, że nie potrafi identyfikować się z przeciętnymi Amerykanami.
Zobacz wideo Czy Trump może nie uznać wyniku wyborów?

Ostatnia prosta długiej kampanii wyborczej w USA zaczęła się w sposób charakterystyczny dla całej prezydentury Donalda Trumpa - od kompletnego chaosu na pierwszej debacie. "Gorący bałagan, w płonącym śmietniku, we wraku pociągu" - opisywali ją komentatorzy. Druga nie odbyła się w ogóle po tym, jak zakażony koronawirusem prezydent nie zgodził się na debatowanie online.

W porównaniu do tego trzecia i ostatnia debata przed zaplanowanymi na 3 listopada wyborami była najbardziej zbliżona do normalności. Przy czym "normalnością" jest to, że kontrkandydat Trumpa, były wiceprezydent Joe Biden prezentował swoje poglądy i starał się przekonywać wyborców, zaś urzędujący prezydent kłamał bez przerwy i opowiadał bzdury (choć bzdury to delikatne słowo - Trump stwierdził na przykład, że w ramach polityki klimatycznej Biden chce... wyburzać domy i stawiać nowe z małymi oknami).

To była zdecydowanie bardziej normalna debata. Prezydent Trump zachowywał się bardziej tak, jak teoretycznie mogłaby zachowywać się normalna osoba. (...) Trump nie stanął w ogniu, jak stało się w czasie pierwszej debaty. Ale kłamał jak Pinokio

- tak debatę podsumował Jake Tapper z CNN. Daniel Dale, który zajmował się fact checkingiem debaty powiedział, że prezydent kłamał więcej niż w poprzedniej debacie. - To było bombardowanie nieprawdą na duże i małe tematy. Wiele z tego słyszeliśmy wcześniej. Biden nie był idealny, było kilka nieprawdziwych czy mylących stwierdzeń. Z Trumpem nie wiedzieliśmy, które zdanie wybrać do sprawdzenia - powiedział. 

Biden celnie uderzył w Trumpa w kilku kwestiach, do tego tematy debaty w większości były dla Trumpa niewygodne - szczególnie walka z epidemią koronawirusa i problem rasizmu. Biden, pomimo kilku zająknięć, nie wydawał się - jak mówił o nim konkurent - dotknięty "demencją". Jednak i on musiał odpowiedzieć na kilka kontrowersyjnych kwestii, ryzykując głosami części wyborców.

Po chaosie i przekrzykiwaniu z pierwszej debaty w tej organizatorzy uznali, że w razie potrzeby będą wyłączać kandydatom mikrofon. Jednak tym razem było to prawie niepotrzebne i tylko raz wyłączono mikrofon Trumpa, gdy przekraczał czas na odpowiedź. Moderatorka Kristen Welker była zresztą chwalona przez innych dziennikarzy za to, jak panowała nad debatą. 

Sondaże: Biden wygrywa 

Komentatorzy są w dużej mierze zgodni co do tego, że debata nie przyniosła przełomu w kampanii wyborczej. I to jest zła wiadomość dla Trumpa - jest on daleko w tyle w sondażach nie tylko na poziomie narodowym, ale też w niektórych z kluczowych stanów. 

Jednak wbrew komentarzom o tym, że debata nie ma dużego znaczenia, pierwsze sondaże po niej pokazują, że może być dodatkowym atutem dla Bidena. W sondażu CNN wśród osób oglądających debatę 53 proc. uznało go za zwycięzcę, a 39 proc. ocenił, że wygrał Trump. Podobnie rozkładają się głosy w dwóch innych badaniach nt. debaty. CNN przepytało też panel 11 wyborów deklarujących się jako niezdecydowani. Z nich 9 uznało, że wygrał Biden, 2 oceniło, że był remis i nikt nie powiedział, że zwycięzcą był urzędujący prezydent. 

Amerykanie "uczą się żyć" czy umierają w epidemii COVID-19?

Na kilka dni przed debatą sztab Donalda Trumpa próbował zmienić ustalone wcześniej tematy debaty. Trudno się dziwić - nie były one dla prezydenta łatwe. Pierwsze pytanie dotyczyło tego, jak obaj politycy będą walczyć z trwającą epidemią. USA jest pierwszym krajem na świecie pod względem liczby ofiar i potwierdzonych zakażeń, a Trump jest stale krytykowany za to, jak zarządza reakcją na epidemię. 

Prezydent przekonywał, że nowe wzrosty zachorowań są opanowywane - a Biden kontrował, że znów USA zbliżają się do rekordowych liczb, także jeśli chodzi dzienną liczbę zmarłych na COVID-10. Trump nawiązywał do swojego zachorowania, wspomniał także o tym, że jego syn przeszedł chorobę szybko i bez poważnych objawów. Jednak nie obyło się bez niepopartych wiedzą naukową stwierdzeń. Prezydent mówił, że ma nadzieję na szczepionkę "w ciągu tygodni", co nie jest realistyczne i powtarzał o tym, że dla młodych ludzi wirus nie jest groźny (w rzeczywistości jest on mniej groźny, ale młodzi ludzie też przechodzą ciężko lub umierają na COVID-19). Krytykował też Bidena za "siedzenie w piwnicy" w obawie przed chorobą i atakował stany rządzone przez Demokratów ("Nowy Jork umiera!").

Biden - poza podkreślaniem odpowiedzialności Trumpa za śmierć co najmniej części z 220 tys. ofiar epidemii w USA - nie stronił od poważnego tonu i ostrzeżeń. Zapowiedział, że kraj czeka "mroczna zima" i zwracając się wprost do oglądających, mówił, że ich bliscy też są zagrożeni. Trump mówił, że obywatele "uczą się żyć" z epidemią. - Uczą się z tym żyć? Oszczędź nam! Ludzie umierają z tym wirusem - odpowiedział Biden.

Wraca sprawa ingerencji w wybory

W debacie pojawił się temat ingerencji obcych państw w wybory - kolejny niewygodny dla Trumpa, który całą kadencję broni się przed zarzutami o to, że Rosja maczała palce w jego zwycięstwie. Prezydent powtarzał swoją formułkę o tym, że "nikt nie jest twardszy wobec Rosji" i atakował Bidena niepotwierdzonymi zarzutami i insynuacjami "brania kasy od Rosji". Wiceprezydent powiedział, że nigdy nie brał pieniędzy od obcych państw i zaatakował Trumpa przypominając ostatnie doniesienia o tym, że Trump płacił więcej podatków w Chinach niż w USA.

Jednym z ważniejszych tematów dla przeciętnych Amerykanów - i to nie tylko w kontekście epidemii - była kwestia opieki zdrowotnej. Jest ona w USA prywatna, oparta na rynkowych zasadach, przez co wielu obywateli nie stać na opiekę czy odpowiednie ubezpieczenie. Administracja Baracka Obamy i Bidena wprowadziła system wsparcia dla niemogących sobie pozwolić na ubezpieczenia. "Obamacare" była i jest ostro krytykowana przez Trumpa. W debacie zarzucał, że Biden zamierza wprowadzić "socjalistyczny" model opieki, czym w jego rozumieniu jest publiczna opieka zdrowotna. Biden wcale nie ma takich planów, jednak przedstawił propozycje poszerzające publiczne wsparcie dla ubezpieczonych. Wytykał też Trumpowi, że choć ten od poprzedniej kampanii obiecuje "wspaniały plan" dla służby zdrowia, to przez całą kadencję go nie przestawił i nie zrobił tego także w tej kampanii.  

Trump nie potrafi nawiązać do zwykłych wyborców 

W kilku momentach debaty Biden starał się pokazać, że rozumie i jest w stanie nawiązać więź z przeciętnymi Amerykanami. Trump ani razu nie zaprezentował tego samego - zaatakował za to Bidena za bezpośredni zwrot do oglądających, mówiąc, że to "typowe zagranie polityka".

Trump odniósł się w pewnym momencie do medialnych doniesień dot. rzekomych niejasnych związków biznesowych czy korupcji syna byłego wiceprezydenta. Biden mówił, że to kłamstwa, ale zauważył też (mówiąc prosto do kamery):

- (W wyborach) nie chodzi o moją czy jego rodzinne. Chodzi o waszą rodzinę. I wasza rodzina ma teraz wiele problemów.

Gdy przyszedł czas na temat rasizmu w USA, prowadząca debatę Kristen Welker zapytała, co kandydaci powiedzieliby czarnoskórym rodzicom, którzy przeprowadzają z dziećmi rozmowę o tym, że policja może ich zabić.  

Biden mówił o instytucjonalnym rasizmie i pokazywał, że wie, jak wyglądają takie rozmowy i czym mierzą się czarnoskórzy Amerykanie. Trump nie powiedział nic skierowanego do nich bezpośrednio, atakował za to Bidena ws. zaostrzenia prawa karnego ws. narkotyków z lat 80. Mówił też o rzekomej reformie więziennictwa i wymiaru sprawiedliwości. Nie wykazał się też empatią w temacie ponad 500 dzieci imigrantów, rozdzielonych od rodziców przez straż graniczną, których służby nie potrafią teraz połączyć z rodzicami. Przekonywał, że są w "świetnych warunkach". Biden mówił o "hańbie". 

W temacie zmian klimatu obaj kandydaci popełniali błędy, jednak Trump wspiął się na wysoki poziom abstrakcji, zarzucając, że Biden chce "budowania domów z małymi oknami" i że wiatraki są złe dla środowiska. Starał się też dociskać Bidena ws. tego, czy chce całkowitego odejścia od ropy naftowej, co tamten potwierdził (i co jest oczywistością z punktu widzenia nauki). 

Pod koniec debaty Biden stwierdził, że wybory sprowadzają się nie tylko do konkretnych działań politycznych, co do tego kim są kandydaci i jakiej Ameryki chcą wyborcy. - Wiecie, kim ja jestem i kim on jest. Wiecie, jaki ja mam charakter i jaki jej jego charakter. W tych wyborach chodzi o to, jaki będzie charakter naszego kraju - powiedział (przy czym angielskie słowo "character" jest rozumiane także jako "osobowość" czy "reputacja"). 

W odbywających się za niespełna dwa tygodnie wyborach stawką jest jednak nie tylko reputacja USA, ale też kwestie wymierne zarówno dla obywateli Stanów Zjednoczonych, jak i reszty świata. Działania w ws. kryzysu klimatycznego, odbudowy gospodarki po kryzysie epidemicznym, działanie NATO to tylko niektóre z nich. Sondaże pokazują wyraźnie, że bardziej popularna jest wizja Bidena, a nie Trumpa. Jednak w ciągu kilkunastu dni do wyborów, w dzień głosowania - a także po nim - wiele może się zdarzyć i wynik nie jest wcale przesądzony.