Cenna, używana przez elitę i mająca trafiać obok celu. Historia bomby z kanału w Świnoujściu [TAKA CIEKAWOSTKA]

Z dzisiejszej perspektywy taka broń wydaje się wręcz prymitywna. Pięć ton stali i materiału wybuchowego, bez żadnych systemów naprowadzania. W momencie swojego powstania była jednak bardzo innowacyjna, zmyślna i trudna w wykonaniu, a co za tym idzie droga. Z tych wszystkich powodów używali ich tylko najlepsi z najlepszych, elita RAF.

Bomba Tallboy znaleziona w Kanale Piastowskim w Świnoujściu została zrzucona podczas jednego z ostatnich nalotów w wykonaniu elitarnego 617. Dywizjonu Bombowego RAF, 16 kwietnia 1945 roku. Była przeznaczona dla niemieckiego ciężkiego krążownika Luetzow, jednak zrządzeniem losu nie eksplodowała i utkwiła na następne 85 lat w mule na dnie kanału.

We wtorek, 13 października, nurkowie-minerzy z 12. Dywizjonu Trałowców ją zniszczyli, po prawie roku przygotowań. Jak mówił gazecie "Polska Zbrojna" chorąży marynarki Michał Jadłoski, dowódca 41. zespołu rozminowania, z dużym prawdopodobieństwem większość z trzech ton materiału wybuchowego zawartego w korpusie bomby uległa deflagracji, czyli powolnej eksplozji zainicjowanej przez minerów. Część uległa jednak detonacji, czyli gwałtownej eksplozji. Efekt był taki, jaki widać na zdjęciach i nagraniach. Jadłoski mówi, że słup wody miał 90 metrów, a gdyby bomba wybuchła normalnie, powinien mieć około 165 metrów.

Zobacz wideo

Inżynier, który chciał dużych bomb

Wielki słup wody, będący mniej więcej połową możliwości bomby Tallboy, pozwala wyobrazić sobie, jak musiał wyglądać nalot, kiedy zrzucano ich kilkanaście na raz. Była to, i nadal jest, jedna z najbardziej niszczycielskich broni konwencjonalnych. Jej koncepcja powstała w umyśle jednego z bardziej oryginalnych wynalazców pracujących dla brytyjskiego przemysłu zbrojeniowego, Barnesa Wallisa. Jeszcze przed I wojną światową zaczął stawiać pierwsze kroki jako inżynier w przemyśle okrętowym. Podczas wojny przeszedł jednak do gwałtownie rozwijającej się branży lotniczej. Do emerytury był pracownikiem koncernu Vickers, a potem Vickers-Armstrongs. Początkowo był skupiony na sterowcach, a w latach 30. zajął się samolotami.

W pierwszych latach II wojny światowej, obok swojej normalnej pracy nad samolotami, zaczął formułować pomysły użycia nietypowych, ciężkich bomb do ataków na cele strategiczne w III Rzeszy. Udało mi się zainteresować swoimi koncepcjami szefostwo swojej firmy, a potem RAF. W ten sposób powstały kolejno trzy oryginalne bomby.

Pierwszą użytą była skacząca, niemająca chwytliwej nazwy własnej. Zrzucano ją tuż nad powierzchnią wody, od której odbijała się jak "kaczka", przeskakując nad sieciami zaporowymi i tonęła tuż przy celu. Wallis widział ją jako środek do ataków na okręty, porty czy zapory wodne. Ostatecznie użyto jej tylko do słynnego ataku na te ostatnie, w maju 1943 roku, podczas operacji Chastise. Za sprawą powojennych książek i filmów zyskała wielką sławę, tak samo jak bomba i specjalny 617. Dywizjon Bombowy RAF, nazwany "Burzycielami Tam". Tak naprawdę bomba skacząca była jednak umiarkowanie udana. Przede wszystkim z powodu tego, jak trudno było jej użyć i jakie to było ryzykowne dla lotników.

Zobacz wideo

Wywołać małe trzęsienie ziemi

Znacznie bardziej praktyczna i udana była druga bomba Wallisa, czyli właśnie Tallboy. Uznał on, że do ataków na silnie umocnione bunkry znacznie lepiej jest nie tyle w nie trafić bezpośrednio, co wstrząsnąć nimi przy pomocy fali uderzeniowej rozchodzącej się w gruncie, po wybuchu obok. Czymś w rodzaju małego lokalnego trzęsienia ziemi, które spowoduje pękanie konstrukcji i jej przesunięcia. Takie uszkodzenia są trudne i kosztowne do usunięcia. W praktyce okazało się to słuszną koncepcją. Wallis początkowo chciał, aby jego "bomba sejsmiczna" była jeszcze większa (10 ton) i równolegle zaprojektował dla niej specjalny wielki bombowiec (Victory Bomber), ale RAF odrzucił ten pomysł. Musiał się zadowolić największym dostępnym bombowcem - Avro Lancaster i limitem masy 12 tysięcy funtów (5,4 tony).

Dopracowanie konstrukcji bomby zajęło dwa lata. Ostatecznie zyskała ona bardzo wydłużoną i aerodynamiczną formę. Miało to na celu sprawienie, aby uzyskiwała jak największą prędkość, spadając, a co za tym idzie, mogła wbić się głęboko w ziemię lub beton. Przy optymalnym zrzucie z pięciu kilometrów, osiągała niemal prędkość dźwięku. Stateczniki na ogonie sprawiały, że obracała się wokół własnej osi i stabilnie leciała tam, gdzie nią wycelowano. Korpus bomby wykonano ze specjalnej twardej stali, aby w jednym kawałku wbijała się w ziemię i beton. 2,5 tony specjalnego silnego materiału wybuchowego, torpeksu, wlewano do środka ręcznie. Tallboy miał aż trzy zapalniki, żeby była pewność, iż po potężnym uderzeniu w cel choć jeden zadziała i zainicjuje detonację. Jakimś sposobem w przypadku bomby odkrytej w Świnoujściu zawiodły wszystkie.

Produkcja Tallboy'ów była ogólnie bardzo pracochłonna i wymagała dużej precyzji. Powstał niecały tysiąc. Nie ma informacji o ich szacowanej wartości, jednak dużo mówi o niej pewien fakt, wspomniany po wojnie przez dowódcę sił bombowych RAF, Arthura Harrisa. Załogi w przypadku niezrzucenia bomby na cel, miały nakaz wracać z nią na lotnisko, wbrew standardowej praktyce zrzucania nieużytego ładunku do morza, aby nie było dodatkowego ryzyka dla załogi i samolotu podczas lądowania.

Pokazowe zdjęcie bomb używanych przez RAF podczas wojny. Po prawej za lotnikiem Tallboy. W tle Grand Slam. Po lewej przed Tallboy klasyczna bomba o podobnej masie. Widać różnicę w konstrukcjiPokazowe zdjęcie bomb używanych przez RAF podczas wojny. Po prawej za lotnikiem Tallboy. W tle Grand Slam. Po lewej przed Tallboy klasyczna bomba o podobnej masie. Widać różnicę w konstrukcji Fot. RAF

Specjalna broń dla elity

Ze względu na konieczność specjalnego zmodyfikowania bombowców, aby mogły przenosić bomby Tallboy, oraz wymaganej dużej precyzji ataku, do ich używania wyznaczono najpierw wspomniany 617. Dywizjon, a później dodatkowo 9. Dywizjon, oba stanowiące elitę sił bombowych RAF. Pierwsze naloty miały miejsce w czerwcu 1944 roku. Przez kilka kolejnych miesięcy wielkimi bombami atakowano głównie budowane przez Niemców w północnej Francji potężne bunkry, mające służyć do odpalania rakiet V-1 i V-2. Tallboy okazały się bardzo skuteczne, poważnie uszkadzając i niszcząc szereg konstrukcji, które wcześniej opierały się masowym nalotom przy użyciu zwykłych bomb. Atakowano również wielkie bunkry pobudowane przez Niemców w szeregu francuskich portów, kryjących bazy dla okrętów podwodnych i ścigaczy. Tutaj również dokonały tego, co nie udało się czasem przez lata uczynić normalnymi bombami, uszkadzając i niszcząc szereg konstrukcji.

Tallboy'e zostały również użyte do ataków na ocalałe duże okręty Kriegsmarine. Zwłaszcza pancernik Tirpitz, który Niemcy trzymali ukryty w Norweskich fiordach, gdzie oparł się wielu próbom zatopienia go z powietrza, spod wody i przy pomocy dywersantów. Ostatecznie dzieła zniszczenia dokonał wspólny nalot 9. i 617. Dywizjonu, 12 listopada 1944 roku. Dwie lub trzy bomby Tallboy trafiły pancernik bezpośrednio, a kilkanaście eksplodowało tuż obok. Wielki okręt w ciągu dziesięciu minut zamienił się w poszarpany, dymiący wrak, leżący na burcie na mieliźnie. Zginęło ponad tysiąc marynarzy z jego załogi. Tylko jeden z 29 bombowców został uszkodzony.

Do końca wojny bomby Tallboy zrzucono jeszcze na szereg mostów, tam, kanałów i bunkrów. Przedostatnią operacją, podczas której ich użyto, był nalot na krążownik Luetzow w Świnoujściu. 14 wielkich bomb zrzuciły bombowce Avro Lancaster z 617. Dywizjonu. Żadna nie trafiła bezpośrednio, ale okręt został na tyle poważnie uszkodzony, że osiadł na dnie i pozostał tam do końca wojny. Jeden z bombowców został trafiony przez artylerię przeciwlotniczą i spadł na las w pobliżu. Była to ostatnia strata 617. Dywizjonu podczas wojny. Natomiast ostatni nalot przy użyciu bomb Tallboy, miał miejsce 25 kwietnia 1945 roku. Kilkaset bombowców RAF wykonało propagandowy nalot na Berghof, rezydencję Adolfa Hitlera w Alpach. Kilka z nich zrzuciło wielkie bomby.

W ostatnich miesiącach wojny do użycia weszła też trzecia bomba zaprojektowana przez Wallisa, Grand Slam. Było to coś, co planował od początku, czyli wielki ładunek o masie dziesięciu ton. Jego użycie stało się możliwe dzięki poważnym modyfikacjom seryjnego bombowca Avro Lancaster, odchudzonego i o zwiększonej mocy silników. Pomimo tego i tak ledwo dźwigał tak ciężki ładunek. Bomb Grand Slam przed końcem wojny wyprodukowano tylko 99 sztuk. Zrzucono 41. Głównie na ważne mosty i wiadukty, które wcześniej opierały się normalnym nalotom. Do tego na kolejne bunkry do produkcji i obsługi okrętów podwodnych.

Brytyjska kronika filmowa z 1945 roku pokazująca produkcję i użycie bomby Grand Slam

 

Po wojnie Brytyjczycy jeszcze wiele lat utrzymywali bomby Tallboy i Grand Slam w gotowości do ewentualnego użycia. Amerykanie na ich bazie stworzyli swoje warianty, w tym naprowadzany ASM-A-1 Tarzon, użyty podczas wojny w Korei. Zadanie niszczenia silnie umocnionych obiektów przejęły jednak z czasem głowice jądrowe, zdolne generować nieporównywalnie silniejsze wstrząsy sejsmiczne. Do ataków na mniejsze bunkry istnieje dzisiaj cała gama lżejszych bomb naprowadzanych, o masie tony lub dwóch. Dodatkowo Amerykanie stworzyli nowoczesnego następcę ładunków Wallisa, ważącą 14 ton bombę GPU-57. Jest przeznaczona do ataków na te bunkry i podziemne konstrukcje, do zniszczenia których nie można użyć broni jądrowej. Na przykład irańskie, lub północnokoreańskie.