Jak wirus zdobył Biały Dom. Pacjent zero nieznany, ale jedno wydarzenie przykuwa uwagę

Wszystko wskazuje na to, że do gwałtownego rozprzestrzenienia się koronawirusa w Białym Domu doszło za sprawą jednego dużego wydarzenia. Takiego, na którym wśród licznych gości mało kto nosił maseczki i ignorowano zasadę dystansu społecznego. Już od dawna było wiadomo, że w najbliższym otoczeniu prezydenta te podstawowe metody ograniczania rozprzestrzeniania się wirusa były wręcz wyśmiewane.

Koronawirus zdobył szturmem Biały Dom na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni, choć tak naprawdę sprawa wyszła na jaw dopiero 1-2 października. Wówczas najpierw prasa poinformowała, że jedna z bliskich współpracowniczek Donalda Trumpa jest chora. Następnego dnia oficjalnie przyznano, że sam prezydent i jego małżonka mają koronawirusa. Potem posypały się kolejne doniesienia o pozytywnych testach w otoczeniu Trumpa. 

Gwałtowny rozwój sytuacji wywołał duże zaskoczenie w USA. Fakt, że prezydent następnego dnia trafił do szpitala, dodatkowo podgrzał emocje. Jak mogło się stać, że przywódca najpotężniejszego państwa na świecie, teoretycznie świetnie chroniony, został zarażony? Szybko szereg mediów wskazało na jeden krytyczny dzień - 26 września w Białym Domu.

Bardzo dogodne warunki dla wirusa

Odbyło się wówczas wyjątkowe wydarzenie, Trump ogłosił nominację sędzi Coney Barrett do Sądu Najwyższego. To bardzo ważna funkcja, a co za tym idzie wskazanie, kto według prezydenta powinien ją pełnić (kandydata musi jeszcze zaakceptować Senat), ma duże znaczenie. Ogłoszenie nominacji zaplanowano więc jako duże publiczne wydarzenie. Największe w Białym Domu od wielu miesięcy. Zorganizowano je w dopiero co odnowionym Ogrodzie Różanym, na świeżym powietrzu. Fotele dla około 150 gości ustawiono jednak w tradycyjny sposób, jeden obok drugiego.

Wszystkich przybyłych zebrano przed uroczystością w zamkniętym pomieszczeniu i pobrano próbki do przeprowadzenia szybkiego testu na obecność koronawirusa. Szereg ekspertów regularnie przypomina, że szybkie testy w rodzaju tych przeprowadzanych w Białym Domu, nie dają pełnej gwarancji, że przebadana osoba nie jest nosicielem. Pomimo tego, kiedy wszyscy zebrani otrzymali wynik negatywny, pozwolono zdjąć maseczki i zachowywać się, jakby pandemii nie było.

W efekcie, podczas uroczystości w Ogrodzie Różanym, jedynie pojedynczy goście mieli maseczki. Nosili je głównie dziennikarze i obsługa wydarzenia. Nawet gdyby ktoś chciał, nie było jak zachowywać dystansu społecznego. Na fotografiach uwieczniono szereg gości, którzy ściskali sobie ręce, dotykali się, a nawet przytulali. Po głównej ceremonii w ogrodzie, a potem już we wnętrzu Białego Domu, odbyły się dwa kolejne spotkania, które nie były już relacjonowane na żywo przez media. Z oficjalnych zdjęć wynika jednak, że tam też właściwie nikt nie miał maseczek, a koncepcja dystansu społecznego nie istniała.

- Gdyby chcieć stworzyć idealne warunki do rozprzestrzeniania się wirusa, to trzeba by zrobić właśnie takie wydarzenie - stwierdził w rozmowie z agencją Bloomberg Michael Osterholm, kierownik Centrum ds. Chorób Zakaźnych na Uniwersytecie stanu Minnesota. - Jedyne bardziej ryzykowne warunki, które mogę wymyślić, to powietrze w sali szpitalnej, gdzie leży wielu zakażonych - dodał. Według "Washnigton Post" już podczas wydarzenia wielu pracowników Białego Domu miało poważne obawy, bo było to coś bez precedensu od początku pandemii.

Infekcje wśród współpracowników

Dzisiaj już wiemy, że co najmniej siedem osób obecnych na tamtej uroczystości ma koronawirusa. Wszyscy siedzieli w pierwszych rzędach. Jeden z nich, senator Mike Lee, został uwieczniony na fotografiach, kiedy wyjątkowo entuzjastycznie obejmował innych gości. Bez maseczki.

John Jenkins, rektor prywatnego katolickiego uniwersytetu Notre Dame, już następnego dnia oficjalnie przeprosił, za swoje zachowanie na uroczystości. - Żałuję swojej błędnej decyzji, aby nie nosić maseczki i ściskać ręce innym gościom obecnym w Ogrodzie Różanym. Zawiodłem w swoim obowiązku przewodzenia poprzez przykład, w czasie, kiedy prosiłem wszystkich w naszej uniwersyteckiej społeczności o odwrotne zachowanie - oznajmił. Kilka dni później okazało się, że ma koronawirusa.

Nie wiadomo, jak konkretnie dochodziło do zarażeń w Białym Domu. Jest jednak bardzo możliwe, że wydarzenie 26 września było punktem zapalnym. Do dzisiaj wiadomo, że pomimo nieobecności na ogłoszeniu nominacji Barrett, jeszcze kilkoro współpracowników prezydenta ma koronawirusa. Między innymi wspomniana doradczyni Hope Hicks, u której jako pierwszej potwierdzono chorobę. Poza nią zaraziła się też Ronna McDaniel, szefowa Narodowego Komitetu Partii Republikańskiej, Bill Stepien, menadżer kampanii wyborczej Trumpa i Nick Luna, asystent prezydenta. Dodatkowo obecność wirusa w ostatnich dniach potwierdzono u trójki dziennikarzy akredytowanych w Białym Domu.

embed

Złudne poczucie bezpieczeństwa

Kontrowersje wywołuje dodatkowo zachowanie współpracowników i rodziny Trumpa podczas pierwszej debaty prezydenckiej, która miała miejsce 30 września nad ranem czasu polskiego. Przybyli spóźnieni, wobec czego nie było już czasu zrobić im, zgodnie z uprzednimi ustaleniami, testów. Zostali więc wpuszczeni na zasadzie "dżentelmeńskiej umowy". Dodatkowo, zgodnie z ustaleniami, członkowie świty prezydenta obecni na widowni mieli mieć na twarzach maseczki. Większość je jednak zdjęła niemal natychmiast po zajęciu miejsc. Przedstawiciele organizatora debaty próbowali im zaproponować nowe, i w ten sposób przekonać do założenia ich, ale spotkali się z odmową.

Dodatkowo pierwszego października, już po tym, jak było wiadomo, że Hicks ma wyraźne objawy, Trump wziął udział w zamkniętym spotkaniu dla prominentnych darczyńców wspierających jego kampanię wyborczą. Miało ono miejsce w Bedminster, w stanie New Jersey. Nie ma żadnych zdjęć, ani oficjalnych relacji, ale według "Washington Post", na tym spotkaniu także mało kto miał maseczkę i nie zachowywano dystansu. Większość gości stanowiły starsze zamożne osoby.

Według "Washnigton Post", w otoczeniu Trumpa już od miesięcy panowało złudne poczucie bezpieczeństwa, za sprawą regularnego przeprowadzania testów. Osoby mające kontakt z samym prezydentem i wiceprezydentem mają mieć robione je codziennie. W efekcie noszenie maseczek, czy utrzymywanie dystansu społecznego ma być przedmiotem drwin wśród bliskich współpracowników Trumpa.

Przynajmniej miało być, ponieważ już od momentu wystąpienia wyraźnych objawów u Hicks, dziennikarze zaczęli dostrzegać maseczki na twarzach ludzi z otoczenia prezydenta. W kolejnych dniach ten trend się utrzymywał. Kiedy Trump wsiadał do śmigłowca w piątek wieczorem czasu lokalnego, żeby odlecieć do szpitala, on sam miał już maseczkę. Podobnie jak żołnierze pełniący wartę, agenci ochrony, oraz przyglądający się temu współpracownicy. Choć jeszcze dobę wcześniej było inaczej.

Członkowie rodziny i bliscy współpracownicy Trumpa w dniu, kiedy odlatywał do szpitala. Teraz wszyscy w maseczkachCzłonkowie rodziny i bliscy współpracownicy Trumpa w dniu, kiedy odlatywał do szpitala. Teraz wszyscy w maseczkach Fot. Alex Brandon / AP Photo

Zobacz wideo