Debata Trump-Biden. Ekspert ds. wizerunku: Trump zobaczył, że "wujek Joe" jest całkiem żwawy

- Donald Trump był Donaldem Trumpem. Niczym nie zaskoczył, był bezczelny w przerywaniu. Joe Biden dał radę, przeżył, nie zemdlał - tak debatę kandydatów na prezydenta USA komentuje w rozmowie z Gazeta.pl ekspert ds. wizerunku i marketingu politycznego dr Mirosław Oczkoś. W nocy z wtorku na środę czasu polskiego doszło do starcia obecnego prezydenta Donalda Trumpa i kandydata Demokratów, byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Kolejna debata odbędzie się za nieco ponad dwa tygodnie.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Amerykańskie media krytykują debatę Donalda Trumpa i Joe Bidena jako jedną z najgorszych w historii, wskazują, że wyborcy nie dowiedzieli się niczego konkretnego. Jakie jest pańskie wrażenie?

Dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. wizerunku i marketingu politycznego: Od lat praktycznie każda debata w Stanach Zjednoczonych jest krytykowana za to, że niczego nie daje i nikogo nie przekonuje. Oczekiwania były duże, spodziewano się, że Joe Biden i Donald Trump się nawzajem "zamordują". Tymczasem żaden z nich tej debaty nie wygrał, ona niczego nie rozstrzygnęła. To taki paradoks: debaty poprawne niczego nie zmieniają, ale mogą przeważyć szalę, jeśli ktoś się na czymś wyłoży.

Zarówno zwolennicy Trumpa, jak i Bidena mogą nie czuć się zawiedzeni. Donald Trump był Donaldem Trumpem. Niczym nie zaskoczył, był bezczelny w przerywaniu. Bardzo często mową ciała wręcz pouczał prowadzącego Chrisa Wallace'a, że chce jeszcze mówić. Joe Biden dał radę, przeżył, nie zemdlał. Mówiło się, że Trump jest przygotowany i zmiażdży Bidena, a wcale tak się nie stało.

Jest takie słynne pytanie: "czy kupiłbyś od tego kandydata używany samochód?". Ktoś powie "no tak, Trump prawdopodobnie mógłby mnie oszukać, a wujek Joe pewnie sprzedałby mi dobre auto". Jeśli ktoś jednak spodziewał się, że Biden będzie niesamowity, to nie był. Nie był drugim Barackiem Obamą, Billem Clintonem. Biden już siebie nie przeskoczy, w każdej kolejnej debacie będzie chodziło o to, żeby nie odniósł porażki.

Trump musiał wystąpić na tej udeptanej ziemi, bo, jak każda debata w Stanach Zjednoczonych, jest to walka o elektorów niezdecydowanych. Być może tak zwane ciosy będą prowadzone w następnej debacie.

Oglądając debatę, miałem wrażenie, że Trump celowo wytrącał Bidena z równowagi. Kandydat Demokratów chwilami nie mówił płynnie, szukał odpowiednich słów. W niektórych momentach wydawał się zagubiony.

Zawodowo zajmuję się przygotowywaniem ludzi do wystąpień i wolę, kiedy ktoś się "zawiesi" i szuka słowa, bo to jest po prostu ludzkie. Cztery lata temu Hillary Clinton podczas debat z Donaldem Trumpem zachowywała się tak, jakby miała wszystko "wyklepane na blachę" i Amerykanom wcale się to tak nie podobało.

Biden nie poległ, nie zauważyłem, żeby był szczególnie zagubiony, nie dostrzegłem też poważnej gafy. Może miałem mniejsze oczekiwania niż pan? Nie wyłapałem takiego momentu, w którym można byłoby powiedzieć "kurczę, on się nie nadaje".

Trump zobaczył, że ten cały "wujek Joe" jest całkiem żwawy. Trump i jego otoczenie najprawdopodobniej wyszli z założenia, że trzeba wyprowadzić Bidena z równowagi i przedstawić go jako człowieka, który gubi się w supermarkecie. A Biden najpewniej uznał, że zobaczy, co się będzie działo i nie da się sprowokować. Odpuszczał, często nie zwracał się do Trumpa bezpośrednio, tylko mówił o nim "ten człowiek".

U prezydenta w trakcie pojedynku w dwóch, trzech momentach widać było irytację: na twarzy uśmiech, ale ciało mówiło swoje. Duże gesty, przekręcanie się za mównicą w prawo i lewo.

Biden przyjął strategię reagowania uśmiechem lub wręcz śmiania się, gdy Trump mówił coś, z czym się nie zgadzał.

To podejście jest słuszne, bo jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. To oczywiście banał, ale tak to działa. Sztabowcy radzą zawsze: "autokomentuj to, co mówi przeciwnik, bo kamery to wyłapią jeszcze zanim cokolwiek powiesz". To załatwia dwie sprawy: "jestem luźny i się uśmiecham" i "lekceważę to, co mówi kontrkandydat".

Biden opanował to do perfekcji. Wypadało to naturalnie, pomagało w budowaniu ogólnego wrażenia. Prawdopodobnie chodziło o to, żeby Biden wyszedł na męża stanu, na tego, który może być pierwszym, a nie drugim, nie irytuje się i patrzy na przeciwnika z pobłażaniem. To może dać efekt.

A gestykulacja Trumpa pasuje do wizerunku męża stanu?

Ludzie bardzo często odbierają gesty na poziomie podświadomym. To ma znaczenie, ale jest jednocześnie pułapką. Z jednej strony Amerykanie już wiedzą, jaki jest Trump jako prezydent, a Bidena tak bardzo nie pamiętają. Typ osobowości Trumpa jest taki, że gestykuluje.

Z drugiej strony jest niebezpieczeństwo, że może nie chcieliby już takiego machającego prezydenta. Badania mówią, że ludzie, którzy czują się pewniejsi, dowartościowani, gestykulują mniej. Myślę, że Bidenowi zalecono, by pokazał, że jest tym, który jest bardziej zrównoważony.

Kiedy ktoś nie gestykuluje w ogóle, to jest nienaturalne, ale gdy gestykuluje za bardzo, to zastanawiamy się, czemu tak się dzieje. To oczywiście zależy od nastawienia. Jeśli jest pan zwolennikiem Kowalskiego, a Kowalski kopnie w stół, to powie pan: "mój Boże, jak on pięknie kopie w stół!".

Zobacz wideo "Zamknij się". Ostra wymiana zdań na debacie Trump-Biden

Joe Biden nazywał Donalda Trumpa w trakcie debaty "kłamcą", "klaunem", zarzucał mu, że "schrzania" to, za co się zabiera. Czy to nie jest przekroczenie granicy i pójście o krok za daleko?

Nie, to jest niestety standard. Debata kandydatów to nie jest szlachetna walka dwóch szlachetnych osób, tylko brutalna gra. Spodziewam się, że w kolejnych debatach będzie to jeszcze bardziej zaognione. Sądzę, że sztabowcy Bidena doradzili mu, żeby nie odpuszczał.

Porozmawiajmy jeszcze o wyglądzie obu panów. Donald Trump jak zwykle nieco pomarańczowy na twarzy, Joe Biden blady, obaj z przypiętą flagą amerykańską...

To oczywiście kwestia dyskusyjna, ale moje wrażenie jest takie, że garnitur leży lepiej na Joe Bidenie. Trump, jak na Trumpa, był nawet całkiem elegancki, ale wydawał się nieco niechlujny. Krawaty obu kandydatów były raczej stonowane.

Być może nieco przesadzono z makijażem Bidena, niewykluczone, że chodziło o to, by przykryć czerwone plamy, które pokazują mu się na twarzy w chwilach zdenerwowania.

Trump i Biden wybrali wersję: "jesteśmy mężami stanu, mamy garnitury, krawaty, białe koszule...". Nie było ekstrawagancji.