Nikomu nie zależy na otwartym konflikcie o Górski Karabach? Ekspert: Nie chcą do niego dopuścić Rosja i Turcja

- Otwarty konflikt zbrojny nie jest w interesie ani Azerbejdżanu, ani Armenii. Nie chcą do niego dopuścić również Rosja i Turcja. Pomimo tego cały czas istnieje groźba nowej wojny. Jeśli w ciągu kilku dni jakaś siła - najpewniej Rosja - nie posadzi za stół negocjacyjny władz Azerbejdżanu i Armenii, to groźba, że obecne walki w Górskim Karabachu przerodzą się w coś większego, znacząco się zwiększy - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Wojciech Górecki, ekspert ds. Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Azerbejdżanie od poniedziałku, a w Armenii od niedzieli obowiązuje stan wojenny. Dodatkowo władze w Erywaniu ogłosiły powszechną mobilizację. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu podało, że wojska tego kraju zdobyły część wsi w Górskim Karabachu i prowadzą działania również wzdłuż tzw. linii kontaktowej, czyli zaminowanego pasa ziemi niczyjej między wojskami karabaskimi i azerbejdżańskimi. Dodano, że strona armeńska "przeprowadziła duże prowokacje" oraz "ostrzelała pozycje azerbejdżańskiej armii i przygraniczne miejscowości". 

Zobacz wideo Trump na konferencji: Jestem fanem Erdogana [ENG]

W poniedziałek wojska obu państw wciąż prowadziły wymianę ognia, wykorzystując m.in. ciężką artylerię.  Baku i Erywań informują, że są ofiary wśród żołnierzy i cywilów, jednak pojawiają się sprzecznie komunikaty, co do liczby ofiar. BBC podało, że zginęły co najmniej 23 osoby. Według władz Górskiego Karabachu w poniedziałek zginęło 28 jego żołnierzy, przez co łączna liczba ofiar wynosi już 59. Jak podaje Agencja Reutera za Ministerstwem Obrony Azerbejdżanu, armeńskie siły ostrzelały miasto Terter.

Według ministerstwa spraw zagranicznych Armenii, siły azerbejdżańskie są bezpośrednio wspierane przez Turcję, która dostarcza im m.in. uzbrojenie. Władze w Baku zaprzeczyły tym zarzutom, natomiast szef tureckiego MON wezwał Armenię, by wycofała "najemników" i "terrorystów" z terytorium Górskiego Karabachu.

Unia Europejska i Stany Zjednoczone wezwały władze obu krajów do zaprzestania działań zbrojnych. Konflikt o Górski Karabach trwa od 1987 roku, gdy ormiańska enklawa wchodząca w skład muzułmańskiej republiki Azerbejdżanu rozpoczęła działania na rzecz usamodzielnienia się, a po upadku ZSRR proklamowała niepodległość. Działań władz w Stepanakercie nie uznało żadne państwo na świecie. Armenia wspiera separatystów z Górskiego Karabachu, a Azerbejdżan próbuje odzyskać ten region. 

Regularna wojna toczyła się od 1992 do 1994 r., gdy podpisano zawieszenie broni, później wielokrotnie łamane. Do ostatniej tak dużej eskalacji konfliktu o kontrolowany przez Ormian Górski Karabach doszło w 2016 r. (tzw. wojna czterodniowa). W wyniku działań zbrojnych w Górskim Karabachu w ciągu ostatnich 30 lat zginęło ponad 30 tysięcy osób.

Ekspert: Na otwartym konflikcie nie zależy ani Rosji, ani Turcji

O przyczyny eskalacji konfliktu o Górski Karabach oraz możliwy rozwój wydarzeń w regionie zapytaliśmy Wojciecha Góreckiego z Ośrodka Studiów Wschodnich, autora raportu "Kaukaski węzeł gordyjski. Konflikt o Górski Karabach". 

Michał Litorowicz, Gazeta.pl: Choć zawieszenie broni między Armenią i Azerbejdżanem podpisano w 1994 r., to konflikt o Górski Karabach nie ustał. Dlaczego akurat teraz eskalacja urosła do takich rozmiarów, największych od 2016 r.?  

Wojciech Górecki, OSW: Według Baku działania zbrojne, które obserwujemy w ostatnich dniach, to azerbejdżańska odpowiedź na ormiańskie prowokacje. Erywań mówi o ataku na pozycje Ormian. Należy pamiętać, że w rejonie konfliktu dochodziło ostatnio do 20-30 incydentów na dobę z obu stron. W tego typu konfliktach rzadko jest tak, że mamy do czynienia z jedną przyczyną zaostrzenia sytuacji. Zwykle musi pojawić się kilka czynników, decydujących o tym, że zamiast kolejnej strzelaniny pojawia się eskalacja na większą skalę.

Bardzo napięta sytuacja utrzymywała się od lipca 2020 r., gdy toczono kilkudniowe, intensywne walki, jednak nie wokół samego Karabachu, a wzdłuż granicy Armenii i Azerbejdżanu. Zginęło kilku azerbejdżańskich żołnierzy, w tym jeden z generałów. Wtedy też w Baku odbyły się duże prowojenne manifestacje, w których mogło uczestniczyć nawet 30 tys. osób. Z jednej strony głoszone hasła walki o Karabach odpowiadały linii władz. Z drugiej jednak, w pewnym momencie manifestanci podjęli próbę dostania się do parlamentu. Ostatecznie zostali odparci, ale władze zorientowały się, że mogą nad tym spontanicznym ruchem nie zapanować. Trzeba go więc było jakoś wziąć pod kontrolę. Innymi słowy, rządzący - podobnie zresztą jak w Armenii - stali się zakładnikiem oczekiwań społecznych w kwestii karabaskiej.

Nie zapominajmy też o innych aktorach tego układu, a więc o Rosji, uaktywniającej się Turcji oraz nieco mniej widocznym Zachodzie, który jednak też interesuje się tą częścią świata. W tym wszystkim jest gdzieś Gruzja, jednoznacznie ukierunkowana na Zachód, ale utrzymująca dobre relacje zarówno z Azerbejdżanem, jak i Armenią. Widać więc, jak wielopłaszczyznowy jest konflikt o Górski Karabach.

Dlaczego więc ci wielcy tak bardzo interesują się tym regionem? Co próbują tam ugrać?

Turcja, która jednoznacznie wspiera Azerbejdżan, chciałaby być mocniej obecna na Kaukazie Południowym, uznawanym powszechnie za strefę wpływów rosyjskich. Rywalizację turecko-rosyjską obserwujemy już na kilku teatrach, np. w Syrii i Libii. Teraz doszedł do nich Kaukaz. Być może jest to dalekie echo marzeń panturkistycznych z okresu tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego. Wówczas Ankara wyobrażała sobie, że stanie się liderem grupy tureckojęzycznych państw poradzieckich. Życie i historia zweryfikowały jednak te zamierzenia. Obecnie największym sukcesem tamtej polityki są wpływy, jakie Turcja posiada w Azerbejdżanie. Mówimy tu nie tylko o gospodarce czy polityce, ale również o miękkiej sile, soft power, bo masowa kultura turecka powoli wypiera czy już wyparła tę rosyjską.

A Rosja? 

Chce utrzymać Kaukaz w swoim zasięgu. Jej sojuszniczką jest Armenia, gdzie istnieje rosyjska baza wojskowa. Armenia należy też do struktur integracyjnych kierowanych przez Rosję, takich jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza czy Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Co ciekawe, państwo rządzone przez Władimira Putina utrzymuje też bardzo dobre relacje z Azerbejdżanem. Według oficjalnej rosyjskiej nomenklatury Armenia jest strategiczną sojuszniczką Rosji, a Azerbejdżan jej strategicznym partnerem. Rosja sprzedaje broń obu stronom konfliktu, twierdząc, że w ten sposób dba o równowagę sił.

W jaką stronę może więc pójść obecna odsłona sporu o Górski Karabach? Czy komukolwiek, w tym Rosji i Turcji, zależy na otwartym konflikcie między Armenią i Azerbejdżanem i bezpośrednich działaniach zbrojnych?

Otwarty konflikt zbrojny nie jest w interesie ani Azerbejdżanu, ani Armenii. Nie chcą do niego dopuścić również Rosja i Turcja. Pomimo tego, cały czas istnieje groźba nowej wojny. Jeśli w ciągu kilku dni jakaś siła - najpewniej Rosja - nie posadzi za stół negocjacyjny władz Azerbejdżanu i Armenii, to groźba, że obecne walki w Górskim Karabachu przerodzą się w coś większego, znacząco się zwiększy. A to może z kolei doprowadzić do destabilizacji całego regionu, przez który przebiegają ważne ropociągi i gazociągi. Na razie taki czarny scenariusz wydaje się dość mało prawdopodobny, ale nie nierealny. Pamiętajmy, że w konflikcie nie są zaangażowane żadne siły rozjemcze. Pozycje azerbejdżańskie i ormiańskie znajdują się naprzeciwko siebie, przez nikogo nierozdzielone, a to sprzyja różnego rodzaju prowokacjom.

Rosja nie może pozwolić na totalną klęskę Armenii, bo straciłaby twarz, gdyby okazało się, że nie umiała obronić sojusznika. Nie może też doprowadzić do większego upokorzenia Azerbejdżanu. Musi więc umiejętnie rozgrywać te interesy, pamiętając zarazem o rosnącym zaangażowaniu Turcji w regionie.