Zły klucz i upuszczona nasadka. Tak zaczęła się jedna z największych katastrof sił jądrowych USA [TAKA CIEKAWOSTKA]

Eksplozja była tak silna, że rozbiła ważącą ponad 700 ton betonową pokrywę silosu i posłała głowicę jądrową w powietrze. Głowicę, która była z serii najpotężniejszych w historii. Wybuch wywołał taką panikę, że jeden z reporterów obecnych na miejscu zatrzymał się dopiero po przejechaniu prawie stu kilometrów.

Była to jedna z kilku najpoważniejszych katastrof w historii amerykańskiego arsenału jądrowego. Przy czym najlepiej opisana i najbardziej szczegółowo relacjonowana, ponieważ miała miejsce w 1980 roku. Dokładniej 19 września. Wszystko widziało na żywo wielu dziennikarzy, stojących pół kilometra dalej na autostradzie.

- Wybuch był dla nas kompletnym zaskoczeniem. Nikt nie sygnalizował, że coś takiego może się stać. Usłyszeliśmy nagły grzmot, a chwilę później poczuliśmy falę uderzeniową. Przed nami w niebo wystrzeliła wielka ognista kula, otoczona płonącymi szczątkami - wspominał po latach w rozmowie z gazetą "Arkansas Democrat" Steve Taylor, niegdyś jej dziennikarz.

Panika i ucieczka przed toksynami

To nie sam wybuch był jednak dla niego najbardziej przerażający. Paliwo rakiety, która eksplodowała, było silnie trujące. - Szybko zaczęły mi łzawić oczy i poczułem pieczenie w płucach. Stał przed nami szpaler żołnierzy, dotychczas zupełnie niemych. Oddzielali nas od miejsca wypadku. Wszyscy mieli na twarzach maski przeciwgazowe. Tuż po eksplozji jeden ją ściągnął na chwilę i krzyknął do nas, żebyśmy uciekali tak szybko i tak daleko jak tylko możemy. Po czym natychmiast założył ją z powrotem - wspomina dziennikarz. On i wszyscy inni obecni na miejscu rzucili się do swoich samochodów.

Taylor przyjechał autostradą stanową numer 65 z południa, z miejscowości Collins, gdzie dzień wcześniej wynajął pokój w motelu. Jego samochód stał więc na poboczu zwrócony na północ. Nawet nie przeszło mu jednak przez głowę, aby trudzić się zawracaniem. Odpalił silnik, wcisnął gaz i pojechał przed siebie tak szybko jak to możliwe. - Zatrzymałem się dopiero 45 mil (72 kilometry) dalej. Wtedy przestało mi walić serce - wspominał.

Eksplozja była też zaskoczeniem dla znajdujących się na miejscu wypadku żołnierzy. Dwóch z nich dopiero co wyszło z wnętrza silosu, gdzie sprawdzali sytuację. Jeden został ciężko ranny i przygnieciony gruzami. Zmarł potem w szpitalu. Drugi został rzucony prawie 30 metrów dalej, a podmuch zerwał mu maskę, przez co nawdychał się toksyn i ledwie przeżył. 20 innych żołnierzy było lżej rannych.

Natychmiast ogłoszono jeden z najpoważniejszych alarmów w siłach zbrojnych USA - "Broken Arrow" (ang. złamana strzała). Oznacza on poważny wypadek z bronią jądrową. Na szczycie rozerwanej przez eksplozję rakiety Titan II, była głowica W53 o mocy dziewięciu megaton, czyli 642 bomb zrzuconych na Hiroszimę. Na szczęście nie trzeba było jej długo szukać. Wybuch wyrzucił ją na odległość około stu metrów. Wylądowała w rowie przy drodze prowadzącej do podziemnego kompleksu. Jak to określono później w informacji dla prasy - "była właściwie nietknięta, poza lekkim wgnieceniem".

Niestety jest niewiele zdjęć z miejsca katastrofy. Ze zrozumiałych względów media dopuszczono tam dopiero po kilku dniach. Na tej stronie można zobaczyć kilka zdjęć, wykonanych przez lokalnego dziennikarza.

Śmiertelnie groźna mieszanka

Wszystko zaczęło się dzień wcześniej, kiedy do kompleksu startowego 374-7 przyjechało dwóch techników. Mieli sprawdzić ciśnienie w zbiornikach rakiety, stojącej w podziemnym silosie w ciągłej gotowości do startu. Titan II był napędzany paliwem i utleniaczem, które same z siebie były silnie toksyczne. Na dodatek były hipergolowe, czyli ulegały gwałtownemu zapłonowi, kiedy tylko się zetknęły. Z czysto technicznego punktu widzenia były świetnym źródłem energii dla rakiet - wydajne, nadające się do długiego trzymania w zbiornikach i niewymagające systemów zapłonowych. Były jednak koszmarem w codziennej obsłudze. W Siłach Strategicznych USA panowało przekonanie, że technicy zajmujący się tymi groźnymi substancjami mają robotę najgorszą z najgorszych. Ich dodatek do żołdu za niebezpieczną służbę był na tym samym poziomie co saperów i żołnierzy sił specjalnych zajmujących się ratowaniem zestrzelonych pilotów z terenu przeciwnika. W 1978 roku dwóch zginęło, a jeden został sparaliżowany, kiedy doszło do wycieku z powodu zużytej uszczelki.

Technik w specjalnym stroju ochronnym, obowiązkowym podczas zajmowania się paliwem do rakiet Titan IITechnik w specjalnym stroju ochronnym, obowiązkowym podczas zajmowania się paliwem do rakiet Titan II Fot. USAF

18 września 1980 roku dwóch techników zapomniało zabrać ze sobą przepisowego specjalnego klucza nasadowego, służącego do odkręcania jednego z zaworów. Nie chcąc wracać do bazy odległej o kilka godzin jazdy, postanowili użyć starszego, prostszego klucza, który służył w kompleksie startowym za blokadę do drzwi. Przy jego pomocy zabrali się do pracy. Dostęp do rakiety stojącej w głębokim na ponad 40 metrów silosie, zapewniały rozkładane kratownicowe pomosty. W pewnym momencie jeden z nich przez nieuwagę upuścił nasadkę do klucza. Nie byle jaką, bo mowa o naprawdę dużej nasadce, ważącej 3,6 kilograma. Wpadła w szczelinę pomiędzy pomostem a rakietą i poszybowała w dół silosu. Około 20 metrów niżej odbiła się od stalowej podpory i uderzyła w bok pocisku. Przebiła cienką ścianę i znajdujący się za nią zbiornik z paliwem, która natychmiast zaczęło się wylewać do silosu, wypełniając go jednocześnie toksycznymi oparami.

Widząc, co się dzieje, technicy wycofali się z silosu długim na kilkadziesiąt metrów tunelem i zaalarmowali czteroosobową obsadę centrum kontroli, które znajdowało się na końcu kolejnego tunelu długiego na kilkadziesiąt metrów. Tam już panował popłoch, ponieważ uruchomiło się kilka różnych alarmów. Po ocenieniu sytuacji wszyscy jak najszybciej wydostali się na powierzchnię i na wszelki wypadek usunęli się na bezpieczną odległość. Na miejsce w ciągu kilku godzin przybyło wsparcie. Poważnie obawiano się, że dziurawy i w znacznej mierze pusty, a co za tym idzie pozbawiony ciśnienia dającego mu dodatkową sztywność, zbiornik na paliwo w dolnej części rakiety zawali się pod ciężarem jej górnej części. Oznaczałoby to zmieszanie się paliwa i utleniacza, a co za tym idzie eksplozję. Nie było jednak specjalnie co z tym zrobić. Wysłani celem zbadania sytuacji dwaj technicy, David Lee Livingston i Jeff Kennedy, szybko wrócili z informacją, że w silosie i jego okolicy w powietrzu jest mnóstwo oparów paliwa, więc są idealne warunki do eksplozji. Trzeba było coś z tym zrobić, dostali więc rozkaz powrotu i uruchomienia wywietrznika, który miał za zadanie usunąć opary ze środka.

Kennedy został blisko wejścia pod ziemię a Livingston zniknął w środku. Uruchomił wywietrznik i zaczął wracać. Kiedy był już blisko wyjścia, silosem targnęła potężna eksplozja. Podczas śledztwa uznano, że spowodował ją prawdopodobnie dopiero co uruchomiony wywietrznik, w którym mogło coś zaiskrzyć. Eksplozja była tak silna, że ważąca 750 ton pokrywa silosu, wykonana ze zbrojonego betonu i mająca chronić rakietę przed efektami pobliskiej detonacji jądrowej, została odrzucona niczym zabawka 200 metrów dalej. Silos został całkowicie zniszczony. Po rakiecie zostały rozrzucone po okolicy szczątki.

Jedna rakieta została

Wojsko nie zdecydowało się na odbudowę kompleksu startowego 374-7. I tak rakiety Titan II zbliżały się do swojego kresu. Pochodziły z początku lat 60. 20 lat później istniały już znacznie prostsze w obsłudze i tańsze rakiety Minuteman na paliwo stałe. Przypomina ono coś w rodzaju twardej gumy i jest bardzo bezpieczne oraz nadaje się do długiego przechowywania. Nie jest toksyczne i nie może się rozlać czy ulotnić. Dzisiaj praktycznie wszystkie rakiety wojskowe są napędzane czymś takim. Ostatnia rakieta Titan II została usunięta z silosu w 1987 roku.

Jeden z kompleksów startowych został zachowany jako muzeum. Umieszczono w nim rakietę używaną do szkoleń, która nigdy nie zawierała paliwa czy głowicy. Muzeum znajduje się w stanie Arizona, na południe od miasta Tucson. Miałem przyjemność zwiedzić to miejsce kilka lat temu. Rozmiary silosu, rakiety i otaczających je podziemnych instalacji, robią duże wrażenie. I dają do myślenia, jak wielkim wysiłkiem były zimnowojenne zbrojenia. Amerykanie pobudowali 54 takie kompleksy startowe rozrzucone po trzech stanach. I to w ciągu zaledwie kilku lat. Pojedyncza głowica umieszczona na każdej rakiecie miała dość mocy, aby zamienić miasto wielkości Warszawy w kupę gruzu i zabić miliony ludzi. Choć oficjalnie ich celem były podziemne bunkry mieszczące radzieckie centra dowodzenia, które miały niszczyć, wywołując lokalne trzęsienie ziemi.

Dzisiaj w muzeum zwiedzającym daje się możliwość "dla zabawy", przekręcenia klucza startowego, który kilkadziesiąt lat wcześniej odpaliłby rakietę.

Zobacz wideo