Ponad miesiąc protestów na Białorusi. Łukaszenka jeszcze nigdy nie miał tak zdeterminowanego przeciwnika

Piotr Andrusieczko, Outriders
Minął już ponad miesiąc od wyborów prezydenckich na Białorusi. Po ogłoszeniu wstępnych wyników 9 sierpnia Białorusini poczuli się oszukani i wyszli na ulice swoich miast. Od tego czasu, nie zważając na represje, kontynuują protesty. Ale Alaksandr Łukaszenka nie ma zamiaru ustępować. Póki co sytuacja wygląda na patową. Ale jedno jest pewne: Białorusini są innym społeczeństwem i tego nie da się już cofnąć.

Materiał jest częścią projektu "Białoruskie domino", w którym białoruscy reporterzy Outriders wspierani przez Gazeta.pl relacjonują wydarzenia na Białorusi.

Jeszcze przed startem oficjalnej kampanii wyborczej było widać, że te wybory będą różniły się od poprzednich. Tym razem konkurentami Alaksandra Łukaszenki starali się zostać trzej kandydaci, którzy nie byli związani z "tradycyjną" opozycją. Bloger Siarhiej Cichanouski, bankier Wiktar Babaryka i były dyplomata, szef Białoruskiego Parku Wysokich Technologii Waleryj Cepkała stali się znani dzięki chęci kandydowania w wyborach. Centralna Komisja Wyborcza odmówiła jednak rejestracji ich kandydatur. Cichanouski został zatrzymany 29 maja, Babaryka – 18 czerwca, a Cepkała wyjechał ze względów bezpieczeństwa z Białorusi 24 lipca.

Po tym, jak odmówiono rejestracji Cichanouskiemu, swoją kandydaturę zarejestrowała jego żona, Swiatłana, i to ona została główną konkurentką Alaksandra Łukaszenki. Do zjednoczonego sztabu kandydatki dołączyły: żona Cepkały, Weronika, oraz szefowa sztabu Babaryki, Maria Kolesnikova. Urzędujący prezydent nie był przygotowany na kobiecą konkurencję albo po prostu ją zlekceważył. Oficjalnie zarejestrowanych kandydatów było pięcioro, ale pozostałych trojga nikt nie traktował poważnie.

Jeszcze podczas kampanii widać było wyraźnie, że Białorusini są gotowi bronić swojego wyboru. Białoruscy programiści stworzyli specjalną platformę internetową Głos, której celem było zapobieganie fałszerstwom wyborczym. W dzień głosowania 9 sierpnia Centralna Komisja Wyborcza poinformowała, że w trakcie przedterminowego głosowania, w okresie od 4 do 8 sierpnia, swój głos oddało aż 41,7 proc. wyborców. To rekordowy wynik i tego typu głosowanie, przy braku odpowiedniej niezależnej kontroli nad jego przebiegiem, daje dużą możliwość sfałszowania wyników.

Po zamknięciu lokali wyborczych o godz. 20 białoruska telewizja państwowa przedstawiła dane oficjalnego exit poll, według którego urzędujący prezydent otrzymał 79,7 proc. głosów, a niezależna kandydatka Swiatłana Cichanouska – 6,8 proc. głosów. Późniejsze oficjalne wyniki dały urzędującemu prezydentowi jeszcze wyższy rezultat: Alaksandr Łukaszenka – 80,1 proc., Swiatłana Cichanouska – 10,1proc.

Brutalne starcia na ulicach

Wyborcy nie uwierzyli i wyszli na ulice. Jeszcze przed wyborami niezależne grupy na komunikatorze Telegram publikowały instrukcje, jak się zachowywać i co wziąć ze sobą na protesty. Szybko doszło do starć, przeciwko protestującym wysłano oddziały OMON-u. Użyto pocisków gumowych i granatów ogłuszających oraz gazowych. W wyniku działań OMON-u zostały ranne pierwsze osoby. Starcia trwały do późnych godzin nocnych. Z różnych miejsc stolicy Białorusi dobiegały odgłosy ciężkich eksplozji i wystrzałów.

Brutalna pacyfikacja pokojowych protestów trwała trzy kolejne dni. Władze Białorusi odcinają internet, uważając, że jest to jedno z głównych narzędzi mobilizacji i koordynacji działań protestujących. Cztery osoby zginęły (niektóre źródła mówią o sześciu), wiele zostało rannych, wciąż są osoby uznawane za zaginione, aresztowano niemal 7 tys. osób, z których wiele było torturowanych. Po kilku dniach brutalnych represji wydawało się, że władza ustępuje. Z aresztów zaczęto zwalniać zatrzymane osoby.

Zobacz wideo "Łukaszenka zaczął wojnę". Białoruscy manifestanci opowiadają o starciach z policją

Nowa nadzieja

Tydzień po wyborach w Mińsku i innych miastach odbył się pierwszy marsz. Szacuje się, że w stolicy Białorusi wzięło w nim udział ponad 200 tys. osób i była to największa demonstracja w historii współczesnej Białorusi. Ten marsz dał Białorusinom poczucie siły i nawet pewnego zwycięstwa. Do tego każdego dnia odbywały się różnego rodzaju akcje – mniejsze i większe, które nie miały liderów. Zarówno kandydatka i – zdaniem protestujących – zwyciężczyni wyborów Swiatłana Cichanouska, jak i druga liderka opozycji Weronika Capkała musiały ze względu bezpieczeństwa opuścić Białoruś.

Ale nadzieje na to, że reżim Łukaszenki osłabł i jest gotowy do dialogu czy też ustępstw, okazały się przedwczesne. Już na kolejny marsz władze zmobilizowały ciężki sprzęt włącznie z transporterami opancerzonymi, postawiły zasieki, a za nimi – OMON i wojsko. Służba prasowa Łukaszenki opublikowała zdjęcia i filmy przedstawiające urzędującego prezydenta i jego 15-letniego syna z bronią w ręku. To miało pokazać, że Łukaszenka nie zamierza ustąpić.

Łukaszenka kontratakuje

Kolejne marsze i inne akcje to mobilizacja protestujących i pokaz ich kreatywności. Ale to też kolejne pokazy siły władzy: ciężki sprzęt, zasieki, OMON i wojsko. Przede wszystkim jednak nastąpił powrót do represji: bicie protestujących, zatrzymania uczestników akcji, dziennikarzy i liderów opozycji.

Nie udało się przeprowadzić ogłoszonego po wyborach strajku generalnego. Strajki w poszczególnych zakładach w Mińsku, Grodnie i Soligorsku zostały faktycznie stłumione, chociaż do dziś część robotników protestuje.

7 września zatrzymano Marię Kolesnikovą, a kiedy służbom nie udało się jej wyrzucić z kraju, trafiła do aresztu w Mińsku. 11 września zatrzymano Maksima Znaka, kolejnego członka prezydium Rady Koordynacyjnej. Tym samym na wolności pozostała już tylko noblistka Swiatłana Aleksijewicz, do której mieszkania też przychodziły nieznane osoby. Protesty trwają, ale ich uczestnicy są zatrzymywani każdego dnia. Wymogi protestujących są proste i niezmienne: Łukaszenka powinien odejść, wszyscy więźniowie polityczni powinni zostać wypuszczeni oraz powinny odbyć się nowe wybory.

Ale urzędujący prezydent odchodzić nie ma zamiaru. We wtorek udzielił wywiadu dziennikarzom państwowych kanałów telewizyjnych. - Tak, być może trochę się zasiedziałem, ale tylko ja mogę obronić Białoruś – powiedział Łukaszenka i dodał, że broni nie tylko Białorusi, ale także Rosji.

Co dalej?

Wczoraj Łukaszenka spotykał się z Putinem w Moskwie. Urzędujący prezydent wprowadza zmiany w swoim otoczeniu. W ostatnim czasie wymienił szefa KGB, sekretarza Rady Bezpieczeństwa i Prokuratora Generalnego.

Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, czego można się spodziewać w najbliższym czasie. Łukaszenka nie ma zamiaru się poddać. Jedno natomiast wydaje się pewne – urzędujący od 26 lat Alaksandr Łukaszenka jeszcze nigdy nie miał tak licznego i zdeterminowanego przeciwnika, jakim jest aktywna część białoruskiego społeczeństwa.

Piotr Andrusieczko, reporter: W Outriders korespondent z Ukrainy i Europy Wschodniej. Potrafi unikalnie nadać kontekst, pomagający łatwiej przyswoić temat i zrozumieć zagadnienia, o których pisze. Zawodowo od grudnia 2013 r. relacjonuje wydarzenia na Ukrainie. Był na Majdanie, na Krymie i od początku konfliktu – na wschodzie Ukrainy. W konkursie Grand Press został wybrany Dziennikarzem Roku 2014.