Łukaszenka chciał zadziałać jak zwykle, ale się przeliczył. "Ludzi strasznie wzburzyło też bestialstwo OMON-u"

- Aparat władzy sukcesywnie próbuje wprowadzić atmosferę strachu, coraz mocniej dokręca śrubę protestującym. Jednak na razie nie przynosi to oczekiwanego efektu - o protestach na Białorusi opowiada w rozmowie z Gazeta.pl Jakub Górnicki, reporter i współzałożyciel serwisu z dziennikarstwem międzynarodowym Outride.rs.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Protesty trwają od ponad miesiąca. W jakiej kondycji jest białoruskie społeczeństwo?

JAKUB GÓRNICKI: Protesty trwają od ponad miesiąca, ale nastroje rewolucyjne i zgromadzenia zaczęły się jeszcze wcześniej, bo już w kampanii, na kilka tygodni przed wyborami. Co do kondycji, to jest wciąż bardzo dobra, chociaż minęło już sporo czasu, a protesty odbywają się w zasadzie każdego dnia.

Nie ma zmęczenia materiału?

Żadnych oznak słabnięcia entuzjazmu i determinacji nie widać. Pierwsze dni po wyborach były bardzo brutalne, po obu stronach emocje sięgały zenitu. Potem doszło do ogólnonarodowego festiwalu wolności, kiedy reżim nieco odpuścił. Teraz znowu wraca widoczność i obecność czy to OMON-u, czy wojsk wewnętrznych, dochodzi też do bardzo regularnych zatrzymań dużych grup ludzi, a jednak determinacja Białorusinów nie słabnie.

Napędza ich poczucie sukcesu, tego, że idą we właściwym kierunku?

Na pewno nie wszystko udało się z akcjami strajkowymi tak, jak opozycja planowała, jednak całość protestów jest oceniana bardzo pozytywnie. Z kolei jeśli chodzi o poziom emocji, mobilizacji i nadziei, to można powiedzieć, że jest on bardzo zbliżony do tego z pierwszych dni po wyborach.

Reżim nie zdołał zastraszyć Białorusinów represjami? Wciąż wierzą w zmianę władzy?

Na pewno determinacja jest i deklaratywność w tej kwestii również. Ale czy to wystarczy, żeby osiągnąć cel i wprowadzić realną zmianę na Białorusi, trudno wyrokować. Na pewno jest wola, żeby do tego doprowadzić, ale wola nie zawsze wystarcza do tego, żeby cel zrealizować.

Zobacz wideo Europoseł Adam Bielan ocenia działania rządu ws. Białorusi

Zmiana władzy to jedyna motywacja protestujących?

Chęć zmiany systemowej i przeprowadzenia uczciwych wyborów to od początku główny cel ludzi, którzy występują przeciwko reżimowi Łukaszenki. Ale w toku protestów i wymierzonych przeciwko nim działań władz bardzo ważnym powodem stała się również brutalność władz i służb w pierwszych dniach po wyborach. Jeśli chodzi o represje, które powróciły w ostatnich dniach, to na razie mają one charakter mobilizujący dla protestujących. Ludzie podkreślają, że się boją, że jest ciężko, ale nadal walczą i są widoczni.

Były jakieś momenty przełomowe?

Środa 2 września była bardzo ważnym dniem w trakcie tych protestów, bo władze popełniły ewidentny błąd - aresztowały studentów i licealistów. To nikomu się nie podobało, zostało bardzo źle przyjęte i wzbudziło powszechny opór. Efekty będzie zapewne widać w najbliższych dniach przy organizacji kolejnych protestów i marszy.

Białoruskie władze zaskoczyło to, że protesty rozlały się na cały kraj i dotarły nawet do małych, kilkunastotysięcznych miasteczek?

Zaskoczenie władz było spore, bo nagle okazało się, że antyrządowe protesty nie są wymysłem jednej grupy społecznej albo wymysłem wyłącznie dużych miast, które z natury rzeczy są bardziej wolnościowe, podczas gdy mniejsze ośrodki - bardziej godnościowe. Jednak mamy tutaj wspólnotę celów - przeprowadzenie wolnych wyborów i uwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Przecież paru kandydatów w wyborach prezydenckich wciąż przebywa w areszcie.

Chociażby mąż Swiatłany Cichanouskiej.

Tak, podobnie zresztą jak Wiktor Babaryka. Dlatego jeśli chodzi o cel tej walki, on dla wszystkich jest ten sam, tutaj mamy zaskakującą spójność. Całe społeczeństwo domaga się zmiany. Trudno dzisiaj wskazać na Białorusi grupy społeczne czy zawodowe, które nie protestują i nie opowiedziały się przeciwko Łukaszence. Chyba tylko pracownicy resortów siłowych, ale tu powód jest oczywisty - oni jadą na jednym wózku z Łukaszenką, więc jeśli w ogóle go opuszczą, to jako ostatni.

Jak reżim radzi sobie z tym, że przeciwko niemu stanęła również prowincja?

W tym momencie działań protestacyjnych w tygodniu jest w małych miejscowościach na pewno mniej niż w dużych miastach. Na prowincji represje władz odniosły jednak znacznie większy skutek niż w miastach - zamknięcie liderów strajków i protestów mocno uderzyło w tego rodzaju akcje na prowincji. Sytuacja nieco się uspokoiła. Niemniej gotowość prowincji do oporu, do protestów na pewno pozostała.

Jak Łukaszenka przyjął to, że po raz pierwszy ma przeciwko sobie nie opozycję, tylko cały naród?

Chwilę po wyborach zastosował manewr dobrze znany z przeszłości - pozbył się liderki opozycji i wysłał OMON do stłumienia protestów. Tyle że tym razem nie przyniosło mu to żadnych efektów. Wręcz przeciwnie - nakręciło wszystko to, co działo się później i dzieje do tej pory. Wyjazd Cichanouskiej w żaden sposób nie osłabił ruchu protestacyjnego. Z zewnątrz wydaje się, że to ona wszystkim tu kierowała i była motorem napędowym opozycji. Ale to nie do końca prawda, bo bardzo duża zasługa była też w samoorganizacji ludzi skupionych wokół Cichanouskiej - oni ją wspierali, ale to nie tak, że ona była jedynym gwarantem zmiany. Ludzi strasznie wzburzyło też bestialstwo OMON-u, bo trudno to określić innymi słowami. Dlatego te dwie metody, które Łukaszenka stosował wobec swoich przeciwników przez 26 lat rządów, tym razem nie zdały egzaminu. "Gest" Maryi Kalesnikowej, czyli podarcie paszportu, został odebrany skrajnie pozytywnie - wręcz jako heroiczny - przez protestujących.

Reżim zmienił strategię?

Po tym początkowym, bardzo brutalnym etapie walk z protestującymi, później wszystkie służby porządkowe niemal całkowicie zniknęły z przestrzeni publicznej na cztery, może pięć dni. To wtedy wybuchł w całym kraju prawdziwy festiwal wolności - protesty, marsze, wiece. Czytelnikom zostawiam ocenę tego, czy to był szok reżimu, czy próba przegrupowania sił. Na chwilę obecną, chociaż wróciły zatrzymania i stosowanie aresztów (najdłuższy wyniósł bodajże piętnaście dni dla współorganizatora strajków w Soligorsku), to działania władz na pewno nie mają już tej siły i brutalności, która była do zaobserwowania tuż po wyborach.

Łukaszenka może do tego wrócić?

Nie wiem, czy takie działania władzy wrócą, bo nawet jak na Białoruś, to była niespotykana brutalność i opresyjność służb. Na pewno aparat władzy sukcesywnie próbuje wprowadzić atmosferę strachu, coraz mocniej dokręca śrubę protestującym. Jednak na razie nie przynosi to oczekiwanego efektu.

Wszyscy wskazują Swiatłanę Cichanouską jako liderkę opozycji, ale ona pozostaje poza Białorusią. Brak wyrazistego przywództwa politycznego nie szkodzi protestom?

To zawsze zależy, z kim się rozmawia. Musimy pamiętać, że większość liderów, którzy dzisiaj są członkami Rady Koordynacyjnej, jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie widziała się w tej roli. To sytuacja ich do tego zmusiła, tak poukładały się losy tej kampanii i wyborów. Sama Cichanouska przecież też nie planowała wejścia do polityki i startu w wyborach.

Zdecydowała się, gdy do więzienia trafił jej mąż, który kandydował.

Właśnie. Jest w tym wszystkim trochę przypadkowości, ale ciężko wyrokować, czy to problem, czy wręcz przeciwnie. Na pewno są sytuacje, gdy przywództwo jest potrzebne. Z drugiej strony, z punktu widzenia władzy nie ma nic gorszego niż protesty bez wyraźnego lidera czy liderów, bo można aresztować nawet kilkaset osób, ale nie przynosi to większego efektu. Hierarchiczne protesty można bardzo łatwo zdławić, uderzając w przywódców mas. Tutaj reżim nie jest w stanie rozmontować protestów od głowy, bo tej głowy nie ma. Choć cały czas próbuje - dziś na wolności w Białorusi pozostała tylko noblistka Swiatłana Aleksijewicz.

Na ile dzisiaj Łukaszenka kontroluje stworzony przez siebie system?

Nie ma jeszcze żadnych sygnałów, żeby system trzeszczał w szwach. Nie było spektakularnych odejść wyższych urzędników resortów siłowych czy osób z najbliższego otoczenia Łukaszenki. Jeśli ktoś odchodził, to postacie szeregowe, niższego szczebla.

Adam Eberhardt, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, powiedział w pierwszej połowie sierpnia w RMF FM: "Charyzma Łukaszenki to przeszłość, dzisiaj jego władza opiera się na milicyjnej pałce oraz na spójności jego zaplecza, nomenklatury, sektora siłowego".

Pełna zgoda, obraz sytuacji nadal wygląda dokładnie tak, jak ujął to Adam Eberhardt.

Kto jako pierwszy może opuścić Łukaszenkę?

To trudne pytanie, nie potrafię na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Wiele osób myśli, że sytuacja na Białorusi potoczy się wedle scenariusza ukraińskiego. Tyle że to są sytuacje nieporównywalne. Białoruś tworzy kraj związkowy z Rosją, co naturalnie sprawia, że jej znaczenie dla Kremla jest zdecydowanie większe. Poza tym, na Ukrainie mamy bardzo silnych oligarchów, którzy w pewien sposób zapewniali jednak pluralizm systemu politycznego, a w czasie rewolucji odegrali bardzo istotną rolę po stronie antyrządowej opozycji. Na Białorusi linie podziału są wyraźnie zarysowane i niezmienne od dawna - ludzie konta aparat państwowy Łukaszenki. Łukaszenka co prawda nie ma już żadnej legitymacji społecznej do sprawowania urzędu prezydenta, ale cały aparat państwowy nadal jest skupiony wokół niego.

Łukaszenka dopiero co zapowiedział zmiany w konstytucji: "Władze są za przemianami, które pozwolą społeczeństwu iść naprzód". To wybieg czy pierwsza propozycja ustępstw?

Białorusini podchodzą do tego absolutnie bez zaufania, Łukaszence nikt już nie ufa. Tego typu zapowiedzi było już mnóstwo. Na pewno jest to pewna próba uspokojenia nastrojów i kupienia sobie czasu przez reżim, ale jak na razie kompletnie bezskuteczna.

Białorusini boją się, że dojdzie do zbrojnej interwencji Kremla, jeśli Łukaszenka będzie realnie zagrożony? Władimir Putin złożył taką obietnicę.

W tym momencie tego strachu w białoruskim społeczeństwie nie ma. Zapewne dlatego, że te protesty od początku są bardzo probiałoruskie, a nie prounijne, prozachodnie czy antyrosyjskie. Na razie jedyna pomoc ze strony Rosji dla Łukaszenki, którą można udokumentować, to przysłanie rosyjskich dziennikarzy Russia Today na miejsce dziennikarzy, którzy odeszli z kontrolowanych przez państwo telewizji propagandowych.